Страница 61 из 83
Przywitała go pocałunkiem. Przytuliła się do niego w milczeniu, owiana jakąś cichą melancholią, jednak był to prawdziwy pocałunek, a nie małżeńska formalność przypominająca uderzenie stempla pocztowego, jaką go ostatnio częstowała.
Objął ją i pchnął nogą drzwi, przejęty do głębi poczuciem winy z powodu swojego popołudniowego flirtu. Ukryta w tylnej kieszeni wizytówka paliła go jak nasączona kwasem.
Czuł jej gorący dotyk, później, kiedy jedli wspólną kolację, kiedy siedzieli na kanapie patrząc w milczeniu w telewizor. W powietrzu nie było napięcia, naładowana elektrycznie burzowa atmosfera gdzieś się rozwiała, ale zastąpił ją głęboki, milczący smutek. Tak jakby oboje byli w żałobie, ale już nauczyli się z nią żyć. Nadal przytulała się do jego boku, półleżąc na kanapie z podwiniętymi nogami, opierając głowę o jego ramię. Gładził ją po głowie, a ona rewanżowała mu się, głaszcząc go delikatnie pełnym współczucia i smutku gestem. Wizytówka uwierała go przez tylną kieszeń dżinsów. Sztywne, prostokątne kłamstwo, które już zawsze będzie tkwiło między nimi. Postanowił pójść do kuchni i wyrzucić ją. Tak po prostu.
– Dlaczego płaczesz? – zapytał, pragnąc wydobyć ze swego głosu tyle ciepła i czułości ile tylko możliwe.
– Płaczę nad nami – szepnęła i to było jak wyrok. Poczuł fizycznie śmierć nadziei. Gdzieś wewnątrz klatki piersiowej, głęboko. Zapłonęła krótko i zgasła, jak trafiona piorunem. Ten wieczór nie był melancholijnym zakończeniem kłótni. Ona się z nim żegnała. Tracił ją. Zostawał sam. Tonął.
Długo siedział nocą w kuchni, patrząc na fraktale siwego dymu układającego się nad popielniczką, na mokry mrok za oknem, wianuszek liliowych płomyków pod szumiącym czajnikiem. Na elegancką, welurową wizytówkę leżącą przed nim na kuche
A potem podniósł słuchawkę i z bijącym sercem, zdumiony własnym strachem, wystukał numer. Po trzech sygnałach rozległ się trzask i metaliczny, bezosobowy głos, którego nie poznawał, powiedział:
– Halo?
Milczał. Nie wiedział, co powiedzieć, zagubiony w nagłej panice. Dzwonił bez celu, tylko po to, żeby upewnić się, że nieprawdopodobnie piękna dziewczyna z kawiarni, którą kilka godzin temu trzymał w ramionach, istnieje naprawdę. Ale nie poznawał jej. Nie potrafił nawet powiedzieć, czy głos, który słyszy, należy do mężczyzny czy do kobiety.
– To ty? – tym razem słyszał wyraźnie, że to Weronika. Głos stał się ciepły, dźwięczący. – Powiedz coś, chcę usłyszeć twój głos.
– Dobranoc – szepnął.
– Dobranoc, miły – powiedziała. Położył słuchawkę i stwierdził, że ma spocone dłonie. Dorosły facet, drżący jak osika, ponieważ przed chwilą powiedział przez telefon „dobranoc” pięknej dziewczynie. Dziewczynie, która wyrwana ze snu, o Bóg wie której w nocy, głuchym telefonem, nie tylko wie, kto dzwoni, ale odpowiada: „Dobranoc”. Bez żadnych pytań.
Ideał kobiety? To ta, która nie zadaje bez przerwy zbędnych pytań.
Wbrew własnym oczekiwaniom zasnął twardo i śniło mu się, że tkwi w pajęczynie, opleciony niczym mumia.
Następne dwa dni były tak szare i stalowociemne, że wydawało się, jakby cały świat umarł i toczył się przed siebie jedynie siłą rozpędu. Janusz postanowił jednak wrócić do pracy. Wstawał rano, wmuszał w siebie kubek cienkiej kawy z elektrycznego ekspresu, a czasem także kanapkę, którą żuł bezmyślnie nie czując smaku i połykał na siłę niczym gęś tuczona na pasztet sztrasburski. Potem szedł na przystanek i wciskał się do autobusu, pomiędzy cuchnące mokrą bawełną buroszare płaszcze. Patrzył na czarną gumę podłogi, wytłoczoną w przeciwpoślizgowe wzory, albo przez okno, na szare niebo, bure budynki i bezlistne drzewa.
Nawet Ogród Botaniczny, w którym stał Instytut, był martwy, jak skamieniały las.
Janusz żył jak w koszmarnym śnie, od czasu do czasu budząc się na chwilę w trupim świetle jarzeniówek auli, gdy abstrakcyjne piękno biochemii procesów genetycznych, którą wykładał na elementarnym poziomie drugiego roku, krzesało w nim odrobinę zainteresowania. Potem patrzył na siedzących przed nim studentów obleczonych w białe fartuchy laboratoryjne, gapiących się na tablicę z martwą cierpliwością galerników. W sinym świetle wydawali się udręczeni i chorzy, nawet studentki były ziemiste i nieatrakcyjne. Nawet Nigeryjczyk Patrick Nisangani wydawał się jakiś blady i pożółkły. W tym szarobetonowym, jarzeniowym świecie, w którym byli zamknięci, Afryka wydawała się zjawiskiem czysto teoretycznym.
Czasami odnosił wrażenie, że prowadzi ostatnią odprawę dla oddziału kamikadze, a nie wykłada genetykę ludziom, którzy swego czasu stanęli na głowie i pokonali zaporę morderczych egzaminów, żeby się tutaj znaleźć. Nie winił ich za to. Tkwili w piekle tak samo jak on. Przyszli tu, bo mieli idealistyczne marzenia o życiu odkrywców, o tropikalnych morzach i tajemnicy życia kryjącej się w cudach biologii. Zamiast tego czekały ich obskurne laboratoria, smród odczy
Przestał śledzić Sylwię. Już wiedział, że spotykała się z tamtym i to mu wystarczyło. Było jak różnica między prawdą i kłamstwem. Czy ten tajemniczy gość był jedyny? Jego żona – to uosobienie prawdomówności i odpowiedzialności – była w stanie kłamać, kręcić i prowadzić podwójne życie. I gdyby nie atak paranoi, który podpowiedział mu, że coś jest nie tak, nigdy by się tego nie domyślił. W takim razie, co jeszcze w ich dotychczasowym życiu było kłamstwem? Potencjalnie mogło to być wszystko. Każda chwila, którą dotąd uważał za bezce
Wychowywała go – wszystko robił źle, wszystko miał nie takie i nie wtedy, kiedy trzeba. Nie podejmował kłótni i tylko patrzył z dziecięcym zdumieniem, jak jego piękna i wyjątkowa żona zamienia się w jakąś straszliwą sekutnicę, niczym żywcem wyciętą z tych zimnowoje
Największym wstrząsem było dla niego odkrycie własnej zazdrości. Wcale nie był ponad to, jak sądził. Było to uczucie bezsilnego upokorzenia, podobne do tego, którego doznają zgwałcone kobiety i pobici mężczyźni. Wcale nie musiał do tego uważać swojej żony za rzecz lub swoją własność. Nie zmieniało to faktu, że czuł się skrajnie upokorzony i wyzuty z praw. Gdyby znalazł swoje mieszkanie okradzione, spustoszone wszystkie zakamarki, wybebeszone szuflady i przekleństwa wypisane na ścianach ekskrementami, nie byłoby wiele gorzej. Wrażenie, jakby ktoś bezkarnie nasikał na jego życie i odszedł, okazało się być jak najbardziej pierwotne i instynktowne, niczym strach przed wysokością albo ogniem.