Страница 61 из 71
Szarpnąłem krępujące mnie więzy, bardziej dla zasady niż z nadziei, że uda mi się je zerwać. Dziwne, ale czułem się spokojny, jakbym był pod wpływem lekkiego biośrodka. Leniwie rozważałem, czy poradziłbym sobie z pasami, gdybym skorzystał z pomocy cyfraka, ale właśnie w tej chwili otworzyły się drzwi.
Do pokoju wszedł mężczyzna średniego wzrostu, na oko trzydziestoparoletni. Miał ostre, nieco chytre rysy twarzy i czujne oczy. Ubrany był podobnie jak ja, z tym że jego ciuchy lepiej dopasowano i nie przypominały piżamy, a na piersi miał naszyte kilka prostokątów – chyba coś w rodzaju oznaczenia rangi. Nosił okulary w archaicznej oprawie, zsunięte na czubek nosa.
– Witamy w Enklawie – powiedział, podchodząc do mojego łóżka. – Jestem Norson.
W jego głosie było coś dziwnego, jakby ton czy raczej akcent. Mówił bardziej miękko i śpiewnie, zupełnie inaczej niż ludzie w Polis. Miałem dziesiątki, ba, setki pytań, ale na razie tylko mierzyłem go wzrokiem.
– Przepraszam za te pasy. Niezbędny środek ostrożności – ciągnął niezrażony, podchodząc bliżej.
– Tak traktujecie gości? – zapytałem, gdy stanął przy mnie. – Czy może jestem więźniem?
– Niezbyt często ktoś do nas przybywa. – Wydawał się zakłopotany moim pytaniem. – Właściwie to pierwszy raz za mojego życia zdarza się taka sytuacja. Zastosowaliśmy standardowy protokół, chyba trochę zbyt... radykalny. – Poprawił zsuwające się szkła. – Zaraz ci to zdejmę.
Mógł sobie pozwolić na granie dobrego policjanta, w końcu byłem bez broni, a za drzwiami pewnie czuwali ochroniarze w pełnej gotowości. Zresztą nie miałem zamiaru go atakować, w końcu nie po to tu przyjechałem.
– Neth – przedstawiłem się. – Gdzie moi towarzysze?
– Zaraz do nich dołączysz – zapewnił mnie, rozpinając pasy.
Siadłem na łóżku i teatralnie rozmasowałem nadgarstki. Norson przyglądał się temu z zakłopotaną miną. Zdałem sobie sprawę, że dla niego cała ta sytuacja jest tak samo nowa i trudna jak dla mnie. Obaj byliśmy jednocześnie ciekawi i nieufni, żaden nie wiedział, jak właściwie powinien się zachować. On miał przynajmniej ten swój protokół.
Opuściłem nogi na podłogę, stopami wymacałem coś miękkiego.
– A moje ciuchy? – zapytałem, wsuwając kapcie.
– Musieliśmy je odkazić, taka procedura. Dostaniesz je z powrotem.
O broń postanowiłem na razie nie pytać, choć dziwnie czułem się bez niej.
Wyszliśmy z pokoju. Wbrew moim przypuszczeniom na zewnątrz nie czekał nikt z ochrony. Korytarz ciągnął się kilkanaście metrów w każdą stronę, po czym skręcał pod kątem prostym. Gdzieniegdzie widziałem drzwi, dokładnie takie jak te do mojej izolatki. Blade światło rzucane przez umieszczone na suficie świetlówki i pomalowane na jasnoszary kolor ściany zwracały uwagę na najbardziej rzucającą się w oczy cechę tego miejsca. Było tu wprost sterylnie czysto.
Mój przewodnik ruszył przodem, chyba chciał w ten sposób okazać zaufanie. Skręciliśmy w sumie dwa razy, zanim otworzył niczym niewyróżniające się drzwi. Miałem nadzieję, że nie będę musiał wracać sam, gdyż w identycznych korytarzach łatwo było stracić orientację.
Weszliśmy do większego pokoju, a tam za prostym metalowym stołem siedzieli Gart i Ulep.
– Gdzie Wiz.un? – zapytałem, nie zajmując miejsca.
– Gdzie moja fura? – Mechanik miał i
Tylko skrzypek się nie odzywał, z fascynacją przyglądając się Norsonowi.
– Wasz przyjaciel jest ciężko ra
– Auto? – przypomniał mu Ulep.
– W garażu. Piękna maszyna.
– Żebyś wiedział – burknął mechanik. – Lepiej, żeby nikt przy niej nie grzebał.
Pozwoliłem Norsonowi podprowadzić się do stolika, usiadłem na krześle.
– Dobra, o co w tym wszystkim chodzi? – zapytałem wreszcie. – Drugi poziom, izolatki?
– Chwileczkę, na pewno jesteście głodni – odparł, kładąc rękę na klamce. – Zaraz coś zorganizuję.
Wyszedł, zostawiając nas samych.
– Gdzie byliście? – zapytałem od razu.
– W jakichś osobnych pokojach, coś jak szpital – powiedział Gart. – Przyprowadził nas tu po kolei.
– Nie ufam temu gościowi – oznajmił Ulep, kręcąc głową.
– Cicho, tu może być podsłuch.
– Mam to w dupie. Nie ufam mu i tyle – burknął w odpowiedzi. – Nie podoba mi się też, że rozebrali mnie, jak byłem nieprzytomny. Cholera wie co z nami robili.
– Podsłuchem w dupie wykryłeś spisek! – odezwał się Gart ironicznym tonem. – Enklawa istnieje, żeby ściągać do siebie mechaników, usypiać i oglądać ich kutasy. Przejrzałeś ich.
– Może takim jak ty to nie przeszkadza, ale...
– Takim jak ja?! – oburzył się chłopak. – Masz coś do takich jak ja?!
Napięcie, jakie się w nich zebrało, desperacko szukało ujścia, byli gotowi skoczyć sobie do oczu. Rodzącą się kłótnię przerwał Norson, który wszedł do pokoju w towarzystwie drugiego mężczyzny. Tamten był od niego nieco wyższy i nosił podobny uniform, tylko prostokąty na piersi miał w i
Ulep i Gart zamilkli od razu.
Poczułem, jak ślina napływa mi do ust, faktycznie dawno niczego nie jadłem.
Postawili posiłki przed nami. Norson nalał wodę, jego towarzysz wyszedł bez słowa.
– Jedzcie – zachęcił nas gospodarz, siadając naprzeciwko. – Skromny poczęstunek, ale pożywny.
Zawartość podzielonej na trzy części tacki wyglądała mniej zachęcająco, niż pachniała. Jasnożółta masa, kawałki czegoś w brązowym sosie i zielonkawa breja. Zwróciłem uwagę, że dali nam plastikowe sztućce. Ciekawe, czy była to część standardowego protokołu.
Z niepewną miną dźgnąłem papkę widelcem, moi kompani też nie kwapili się do jedzenia.
– Sobie nie przyniosłeś? – zapytałem Norsona podejrzliwie.
– Jadłem wcześniej – odparł śpiewnie. – Śmiało, gdybyśmy chcieli się was pozbyć, nie fatygowalibyśmy się z trucizną. Wystarczyło was nie wpuszczać.
Z jego logiką ciężko było dyskutować. Spróbowałem żółtej pasty, smakowała całkiem nieźle.
– Wiem, że macie pytania, postaram się na wszystkie odpowiedzieć. Najpierw jednak pozwólcie, że opowiem trochę o naszej Enklawie, wiele spraw powi
– Pozwolimy – mówiący z pełnymi ustami Gart nabijał się z jego oficjalnego sposobu wysławiania, który w połączeniu z tym dziwnym akcentem był rzeczywiście dość komiczny. – Ze wszech miar, kontynuuj.
– Przede wszystkim raz jeszcze przepraszam za tak szorstkie powitanie. – Norson nie załapał żartu albo postanowił go zignorować. – Zastosowaliśmy procedury spisane na wypadek wizyty z zewnątrz. A teraz, zaczynając od początku. Jak już mówiłem, nazywam się Norson i jestem zastępcą nadzorcy Enklawy, w której się znajdujecie. Enklawa to dawny schron przeciwatomowy, zamieszkały obecnie przez potomków Operatywności. Nie mogliście słyszeć o grupie naszych przodków, założycieli tego miejsca. RepTek zapewne skutecznie usunął wszelkie informacje na ten temat.
– Fakt, nie znam sprawy – wtrąciłem.
– Nic dziwnego. Według przekazów, którymi dysponujemy, Operatywność była frakcją wewnątrz korporacji, a jej idee nie były firmie na rękę. Będący jej członkami wysoko postawieni w hierarchii nadzorcy sprzeciwiali się między i
– Zaraz, jakie więzienie, jacy osadzeni? – zdumiałem się.
– RepTek Polis to tak naprawdę kolonia karna, przynajmniej jako taka zostało stworzone. – Norson zrobił efektowną pauzę i spojrzał mi w oczy. – Ze strzępków informacji, które do nas docierają, od lat to raczej rodzaj eksperymentu.
Kawałek papki wypadł Ulepowi z otwartych ust. Skrzypek też nie miał tęgiej miny. Zapewne sam nie wyglądałem mądrzej.
– Możesz... wyjaśnić? – zdołałem wreszcie wydukać.
– Dysponujemy przekazami naszych przodków, z których jasno wynika, że RepTek Polis krótko po Entropii zostało zamienione w kolonię karną. Większość obecnych mieszkańców to potomkowie więźniów.
– Czekaj, czekaj, Entropii? – Nic, co mówił, zdawało się nie mieć sensu.
– Sami wiecie, choćby z holofilmów, że świat kiedyś wyglądał inaczej. – Przybrał ton, jakim niekiedy mówi się do dzieci. – Władzę stopniowo przejęły korporacje, nastąpiła gwałtowna degradacja środowiska, a dzieła zniszczenia dokonała wzmożona aktywność słoneczna. To właśnie nazywamy Entropią. Teraz tam, gdzie warunki są w miarę sprzyjające, ludzie żyją w państwach- -miastach, trochę jak wy. Trochę, ponieważ tak naprawdę jesteście więźniami, obiektami eksperymentów społecznych i nie tylko. RepTek zaraz po Entropii uznał, że w ten sposób można zarobić. Przyjmując ludzkie odpady z i
– Skąd to wszystko wiesz? – Od nadmiaru informacji trochę kręciło mi się w głowie.
– Nasi przodkowie, opuszczając Miasto, wynieśli trochę nośników. RepTek nie daje swoim więźniom dostępu do tych danych. – Splótł leżące na stole dłonie. – Mamy też... swoje źródła.
– Możesz sprecyzować?
– Powiedzmy, że nie tylko siedzimy sobie pod Górą. Z Miasta wyjeżdżają transporty. Jakieś dwa lata temu pewien pociąg nie dojechał do miejsca przeznaczenia. – Trzasnął kostkami palców. – Przechwyciliśmy wtedy sporo informacji, także o i
W pomieszczeniu zapanowała ciężka cisza. Nie bardzo mogłem uwierzyć w słowa Norsona, ale nie potrafiłem znaleźć uzasadnienia dla kłamstwa. To, co mówił, zwyczajnie nie mieściło mi się w głowie. Wiedziałem, że RepTek Polis nie jest prawdopodobnie najlepszym miejscem do życia, ale te informacje stawiały wszystko w zupełnie i
– Nigdy nie próbowaliście wyjechać? – zapytał Gart po chwili. – Dotrzeć do i
– Po co mielibyśmy robić coś takiego? – zdziwił się nasz gospodarz. – Enklawa jest całkowicie samowystarczalna. W trzewiach Góry jesteśmy bezpieczni, nieduży reaktor jądrowy wspomagany ogniwami słonecznymi na stoku zapewnia nam energię. Prowadzimy własne uprawy, nikt nas nie podgląda i nie mówi, jak żyć. Rada, której jestem członkiem, decyduje o bieżących sprawach. Tutaj jesteśmy wolni.