Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 60 из 71

 

Nyo dalej, piękna, proszę cię... – Ulep zaklinał Królową, trzeci już raz przekręcając kluczyk. – No dawaj, mała...

Rozrusznik kręcił, ale silnik nie chciał zaskoczyć. Wskaźnik temperatury opadł wprawdzie z czerwonego pola, ale nadal był mocno poza wskazaniem optymalnym.

Skryliśmy się w samochodzie przed narastającym wiatrem. Nie był to jeszcze huraganowy wicher, ale drobinki niesionego nim piasku na otwartej przestrzeni wciskały się dosłownie wszędzie. Razem z nim wkradał się niepokój. Nadciągała burza, a my byliśmy pośrodku niczego. Niebo pociemniało, przynajmniej słońce przestało dokuczać. Jeśli wkrótce nie ruszymy, zostaniemy tu na zawsze.

– Dajmy jej jeszcze pół godziny – powiedział mechanik po czwartej próbie. – Tak tylko zakatuję rozrusznik.

– Czas nam się kończy – podzieliłem się oczywistą informacją. – Jest jakiś i

– Jest, ale nie kiedy jest tak rozgrzana. Macie w apteczce jakiś aerozol? Może być cokolwiek.

Siedzący obok drzemiącego Wiz.una Gart zaczął szperać w pudełku.

– Mam jakiś odkażacz – odparł po chwili. – Nada się?

– Pokaż to. Tak, da radę. Ale i tak musimy zaczekać.

– Ulep, jeśli za pół godziny nie odpali... – zacząłem.

– Odpali. – Pewność w jego głosie nieco mnie uspokoiła.

Na zewnątrz wiatr wciąż się wzmagał.

– Po dobroci nie da rady – oznajmił mechanik, gdy pół godziny później Królowa wciąż nie chciała zapalić. – Będziesz musiał mi pomóc. Daj ten sprej.

– Co chcesz zrobić? – Z niepokojem spoglądałem to na niego, to na tumany piasku, które wicher porywał w powietrze. Kończył nam się czas.

– Ten aerozol jest łatwopalny. Wprowadzę go do filtra dolotowego, będzie dodatkowy kop. Coś w rodzaju samostartu. Dostarczenie materiału lotnego z pominięciem układu zasilania silnika, pompy i tak dalej.

Niewiele z tego rozumiałem, ale Ulep zdawał się pewny swego.

– Co mam zrobić? – zapytałem tylko.

– Siądziesz za kółkiem. Jak dam ci sygnał, przekręcisz kluczyk, to wszystko. Gotowy?

Wyskoczyliśmy na zewnątrz, a właściwie to on wyskoczył, ja wylazłem. Z mojej strony zdążyła już urosnąć miniaturowa wydma utrudniająca otwarcie drzwi. Starałem się nie myśleć o Hardym pochowanym żywcem w SUV-ie, ale skojarzenie było oczywiste.

Wiatr smagnął mnie mocno, niemal zbijając z nóg. Zasłaniając twarz, złapałem się karoserii, obiegłem samochód i zająłem miejsce kierowcy. Mechanik otworzył maskę, pokrywa dygotała targana wichrem. Pochylił się nad silnikiem i coś tam majstrował, po czym machnął do mnie ręką. Odruchowo zamknąłem oczy i przekręciłem kluczyk. Rozrusznik zakręcił się szybko, motor załapał właściwie od razu. Usłyszałem znajomy już głośny ryk, stanowiący w tej chwili najpiękniejszą muzykę.

– No, wreszcie. – Nawet ra

– Wyskakuj, przecież nie dam ci prowadzić. – Ulep zatrzasnął klapę i podbiegł do drzwi. Znów wysiadłem i obiegłem auto, mimowolnie łykając piach. – Po samym dźwięku słyszę, że straciliśmy środkowy tłumik, może nawet dwa. Ale to twarda sztuka – dodał, gdy zająłem miejsce.

Tylne koła zabuksowały, kiedy wcisnął gaz, i Królowa, lekko zarzucając zadem, wystrzeliła do przodu. Gromki pomruk silnika zagłuszył szum wzmagającego się na zewnątrz wiatru. Było coś dziwnego w tym samochodzie z poprzedniej, zapomnianej epoki. Siedząc w środku, czułem się bezpiecznie i pewnie, jakby szalejący za podwójną szybą żywioł nie stanowił zagrożenia. To połączenie mocy, wygody i niezawodności napawało mnie nową nadzieją.

– Wiesz, gdzie jedziemy? – Mechanik przerwał moje błogie rozmyślania.

– W kierunku Góry. Myślałem, że to oczywiste.

– Góra jest duża – odparł, nie odrywając wzroku od tego, co działo się za przednią szybą. – Zajechać z którejś konkretnej strony?

– Na razie po prostu podjedź bliżej. Nasza maszynka powi

– Lepiej, żebyś miał rację. Widoczność spada – stwierdził ponuro.

Oczywiście nie miałem pojęcia, czy i jak zadziała tajemnicze urządzenie ani jak na jego ewentualną wydajność wpłyną kiepskie warunki pogodowe, ale wolałem się nad tym nie zastanawiać, ani tym bardziej dzielić się tymi przemyśleniami.

Ulep prowadził w skupieniu. Omijał wydmy i zwietrzałe skałki, zaopatrzone w kolce, szerokie koła Królowej dobrze radziły sobie na piasku. Przesuwający się za oknami krajobraz był niczym z dziwnego snu. Gdzieniegdzie widziałem fragmenty starych asfaltowych dróg i na wpół zasypane, śpiące wiecznym snem budynki. Przejechaliśmy przez coś, co kiedyś mogło być niewielkim miasteczkiem, teraz, wśród skupiska wydm przykrywających domy dawno nieżyjących ludzi, w niebo mierzyła tylko wieża kościoła. Bóg mieszkający niegdyś w środku też z pewnością był martwy. Nawet on nie przeżyłby tak długo pozbawiony swych wyznawców i pogrzebany pod tonami piachu.

Przewalające się na zewnątrz tumany pyłu ograniczały widoczność, ale gdy nie musieliśmy kluczyć, majacząca przed nami Góra rosła w oczach.

– Podaj mi to ustrojstwo – powiedziałem do Garta, gdy zbliżyliśmy się do wzgórza.

Pstryknąłem przełącznikiem, odruchowo zaciskając zęby.

AKTYWACJA ZBLIŻENIOWA

UDANA

– Mamy coś! – krzyknąłem zaskoczony.

– Świetnie – skomentował na wpół żywy Wiz.un.

– Co konkretnie? – dopytywał się Gart.

– Czekaj...

SYGNAŁ WYKRYTY

ROZPOZNANIE UDANE

EMISJA POWITANIA

TRIANGULACJA W TOKU

WYZNACZONO TRASĘ. WSKAZANY POŚPIECH

– Co ty nie powiesz... – mruknąłem, wpatrując się w świecące zielenią litery.

– Powiesz mi wreszcie, co się dzieje? – zniecierpliwił się skrzypek.

– No i dokąd mam jechać?

Ekran urządzenia zgasł na chwilę, zielone napisy zastąpiła strzałka w tym samym kolorze. Wskazywała w kierunku Góry, nieco na prawo.

– Jedź tak, jak to pokazuje – poleciłem Ulepowi, kładąc przyrząd nad gałką zmiany biegów. – Gazu.

– Robię, co mogę – odparł, rzucając okiem na ekran. – Też wolałbym, żeby ta cholerna wichura nas tu nie zastała.

Gdzieś za nami rozległ się łoskot gromu, wiatr uderzył mocniej. Oddalaliśmy się wprawdzie od szalejącej burzy, ale w zbyt wolnym tempie. Kierowca dodał gazu, choć i tak jechaliśmy za szybko, jak na trudny teren i panujące warunki. Zaciskał dłonie na kierownicy, aż bielały mu knykcie, i uważnie wpatrywał się w bezdroże przed nami. Królowa podskoczyła na wyboju, Wiz.un jęknął cicho z tylnego siedzenia.

Nagle zrobiło się znacznie ciemniej. Wjechaliśmy w cień Góry, Ulep włączył długie światła. Poruszyłem się niespokojnie. Było w tym miejscu coś tajemniczego i potężnego, jakby aura czy energia. Samotne wzgórze pośród równin, porośnięte martwym, spalonym słońcem lasem, z którego pozostały tylko krótkie kikuty. Nie wiedzieć czemu, pomyślałem, jak gładkie i wypolerowane piaskiem musi być ich drewno...

– Neth, skup się – upomniał mnie mechanik. – Zajeżdżamy z prawej?

– Tak. – Rzuciłem okiem na urządzenie. Strzałka nawet nie drgnęła.

– Z tamtej strony zbocze jest bardziej strome.

– Wspinać się nie będziemy – odparłem, choć wcale nie byłem tego pewny.

Kilka minut później dotarliśmy do podnóża Góry i zaczęliśmy ją objeżdżać. Zielona strzałka powoli obracała się wraz z kolejnymi kilometrami, coraz bardziej wskazując zbocze wzniesienia.

– Czekaj, to gdzieś tutaj! – krzyknąłem, gdy nagle gwałtownie się wychyliła. – Skręć, podjedź bliżej!

Ulep zwolnił i skierował Królową we wskazaną stronę. Podłoże było tu płaskie, jakby ktoś specjalnie uprzątnął skały i i

– Pod to nie podjedziemy – Gart stwierdził oczywisty fakt.

– Może nie będziemy musieli. – Ulep pochylił się bardziej nad kierownicą. – Tam coś jest.

Zauważyłem to w tej samej chwili. W litej skale ział czernią otwór dużego tunelu. Powoli podjechaliśmy bliżej.

– Jakby stara kopalnia czy coś... – wymamrotał mechanik. – Nie podoba mi się to.

– Strzałka wskazuje wprost tam – odparłem. – Chyba nie chcesz tu zostać, zaraz rozpęta się piekło.

Nadal mruczał coś do siebie, ale zwolnił hamulec i samochód wtoczył się do korytarza. Głośny szum wiatru nagle ucichł, ogarnęła nas całkowita ciemność rozcinana reflektorami Królowej.

Wzdłuż ścian zapaliły się punktowe zimne światełka, ich szlak ciągnął się dalej w mrok.

– Już o nas wiedzą.

– Jedź dalej. – Sam nie wiem, dlaczego zniżyłem głos do szeptu, choć dźwięk potężnego silnika echem odbijał się od skał.

Podłoże wznosiło się lekko, jechaliśmy po długiej pochylni.

– Tam są jakieś drzwi.

Faktycznie, drogę zagradzały spore metalowe wrota, jednak rozsunęły się, gdy podjechaliśmy bliżej.

– Kurwa, mają ze dwa metry grubości... – Ulep był najwyraźniej pod wrażeniem. – Tam są następne.

Kolejna gródź nie otworzyła się, gdy do niej podjechaliśmy.

– Co teraz? – zapytał kierowca. – Zatrąbić?

– Zamyka się za nami! – zaniepokoił się Gart.

– Czekaj, nic nie zrobimy. – Złapałem kierowcę za rękę, widząc, że chce wrzucić wsteczny bieg.

Stalowe płyty zatrzasnęły się z łoskotem. Rozległ się głośny syk i śluza zaczęła wypełniać się jakimś oparem, który przez wentylację szybko przenikał do wnętrza samochodu.

– Gaz!

Ostatnim, co zapamiętałem, była głowa Ulepa opadająca bezwładnie na kierownicę i ryk klaksonu.

Cela była niewielka i jasno oświetlona. Właściwie wyglądała jak szpitalna izolatka. Całe umeblowanie stanowił nocny stolik i proste metalowe krzesło, a także łóżko, na którym leżałem przypięty pasami.

Świadomość wracała mi dość szybko, jakbym budził się ze zdrowego, naturalnego snu. Rozejrzałem się wokół i wypatrzyłem jeszcze kamerę umieszczoną w rogu pod sufitem. Ktoś musiał mnie przebrać, bo miałem na sobie dresowe spodnie i prostą koszulkę, wszystko w ciemnoniebieskim kolorze.