Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 6 из 71

Wiz.un mieszkał niedaleko dworca kolejowego. Teoretycznie dogodna lokalizacja dla dilera narkotyków i nielegalnego softu personalnego (sam wolał określenie „miejski szaman”, widać lepiej łechtało to jego wybujałe ego). Teoretycznie, bo pociągi przyjeżdżające na stację torami skrytymi w metalowych tubach prawie nigdy nie przywoziły ludzi. Prefabrykaty, surowce, uszkodzony sprzęt do naprawy w serwisach RepTeku. Ale ludzi prawie nigdy. Oczywiście oficjalnie można było uzyskać wizę i wyjechać, ale nie znałem nikogo, komu by się to udało. Zresztą dokąd się udać? Do i

Zawodzenie syreny rozległo się, gdy dochodziłem już do bramy niewielkiego bloku, w którym mieszkał Wiz.un. Kiedy przebrzmiało, prawie wszyscy przechodnie wyciągnęli i rozłożyli parasolki, a ja skryłem się w podcieniu. Z daleka usłyszałem narastający szum, po chwili uruchomiły się także zraszarki w tej części Miasta. Umieszczone na dachach budynków dysze plunęły w górę rozproszoną wodą, która ciężkimi kroplami zaczęła spadać na ulice. Rozpoczął się codzie

Cichy brzęczyk domofonu skojarzył mi się z echem niedawnej syreny.

– Kto tam? – Dobiegający z głośniczka głos był ciepły mimo lekko metalicznego brzmienia.

– Neth – odparłem krótko.

Ból głowy nasilał się, odkąd wysiadłem z metra, w centrum było za jasno, za dużo bodźców, kabli i danych. Czerwona poświata na krawędziach pola widzenia nabiegła ciemniejszymi pasmami i pulsowała w rytmie Miasta lub mojego serca, musiałem szybko coś z tym zrobić.

– Wchodź. – Ciche kliknięcie zasygnalizowało otwarcie drzwi.

Klatka schodowa była oświetlona ledowymi taśmami i znacznie czystsza niż ta u mnie. Postanowiłem nie korzystać z windy (przewody, przyciski, światła), szybkim krokiem wszedłem na drugie piętro.

– Spodziewałem się ciebie. – Wiz.un otworzył mi drzwi ubrany w krótkie spodnie i podkoszulek z logo jakiejś niszowej kapeli.

Szaman był trochę młodszy ode mnie, zapewne tuż przed trzydziestką. Zawsze ubierał się jak nastolatek, zresztą mógł sobie na to pozwolić. On nie musiał codzie

Gestem zaprosił mnie do środka. W ciasnym przedpokoju owionął mnie zapach tlących się kadzidełek, cicho plumkała imitacja dawnej indyjskiej muzyki. Wiz.un naoglądał się zbyt wielu filmów o dawnych hipisach – jego długie włosy podtrzymywane tęczową opaską dobitnie to potwierdzały.

– Dobrze cię widzieć – powiedział, gdy usiedliśmy w salonie. – Czego potrzebujesz?

– Tego, co zwykle. Coś na ból głowy, ze trzy aktywne wspomagacze i kilka tripsów – wymieniłem jednym tchem. – Tylko nie takie gówno jak ostatnio, coś spokojniejszego. Tamten szajs był jakiś zryty.

– Ciekawe, i

– Twoi i

– Nie musisz nikogo obrażać. – Uniósł dłoń w uspokajającym geście. – Choć w sumie coś w tym jest. Mam wszystko, czego potrzebujesz, zaczekaj, przyniosę.

Wstał i zniknął na chwilę za drzwiami przysłoniętymi kotarą z grzechoczących koralików w psychodelicznych kolorach. Jego mieszkanie naprawdę przypominało jakiś urządzany przez wariata skansen ubiegłego wieku. Stare plakaty, wzorzyste narzuty na fotel i kanapę, starodawne lampy z cudacznymi kloszami; po prostu folklor w najgorszym wydaniu. Nie miałem pojęcia, skąd on bierze ten cały badziew, ale musiało go to sporo kosztować. Cóż, na biednego nie trafiło.

– Przyniosłeś zużyte? – rzucił z pomieszczenia obok.

– Tak. – Wyjąłem z kieszeni garść okrągłych pozłacanych wtyczek do osobistego portu, w niestandardowym rozmiarze.

Pasowały do mojego drugiego, nielegalnie założonego interfejsu, a każda z nich była jednocześnie programowalnym nośnikiem danych. Położyłem je na stole w momencie, gdy Wiz.un odgarnął na bok klekoczące cicho koraliki i wrócił do pokoju.

– Nie wyglądasz najlepiej – stwierdził, mierząc mnie badawczym spojrzeniem. – Dobrze się czujesz?

– Gdybym się dobrze czuł, nie byłoby mnie tutaj – westchnąłem.

Może faktycznie coś było w tej jego durnowatej muzyczce i zapachu kadzidełek, byłem znacznie spokojniejszy niż jeszcze chwilę temu.

– Głowa, powidoki? – domyślił się. – Wiesz, to, co ode mnie kupujesz, częściowo może wywoływać te objawy. Zwłaszcza wspomagacze. – Zrobił efektowną pauzę. – Zwłaszcza u ciebie.

– Gówno tam wiesz – burknąłem. – Czasem nie daję rady pracować bez tego...

– A potem, żeby się oderwać, od razu walisz tripsa – przerwał mi. – Wieczorem spowalniacz na brak snu, zgadłem?

– Nie przesadzaj, czasem wystarczy trochę synt-whisky.

– A bywa, że jedno i drugie. – Pokręcił głową z dezaprobatą. – Zwolnij trochę.

Człowiek wie, że naprawdę nie jest super, kiedy diler narkotyków martwi się o jego zdrowie. Pewnie miał słuszność, ale wcale nie było aż tak źle. Co najmniej dwa, trzy dni w tygodniu starałem się być czysty. Masakrowało mnie, dopiero kiedy przeciążałem system. Interfejs nie wytrzymywał i trzeba mu było dać kopa, a to napędzało spiralę, o której mówił szaman.

– Boisz się, że stracisz klienta? – zapytałem z przekąsem.

– Dobrze wiesz, że nie o to mi chodzi. – Proszę, proszę, jego spojrzenie naprawdę wyrażało troskę. – Może dla odmiany odstawiłbyś elektronikę i spróbował czegoś organicznego? Mam świeżą partię tripsów wyizolowanych z pleśni, naprawdę nieźle tarzają. Naturalny stymulant też ostatnio zrobiłem, trochę śmierdzi, ale działa. Coś przeciwbólowego mogę ci znaleźć i...

– Nie rozpędzaj się, wezmę to, co zawsze – wstrzymałem jego słowotok. – Od tych wszystkich biośrodków tylko się w głowie pierdoli.

– Nie bardziej niż od cyfrowych. Przemyśl sprawę – odparł, kładąc na stole niewielką metalową walizeczkę.

Otworzył ją, cicho zaszumiał ukryty w środku komputer. Ekran wpasowany był idealnie w szarą piankową okładzinę wnętrza, w dolnej części umieszczono podświetloną na czerwono, robioną na zamówienie klawiaturę. Obok znajdowało się dziesięć portów: pięć zupełnie standardowych, reszta w różny sposób modyfikowana. Znaczna część klientów Wiz.una była wyposażona tylko w legalne złącza, co tłumaczyło dysproporcje. Urządzenie służyło szamanowi do kodowania nielegalnego oprogramowania aplikowanego przez wtyczki takie jak te, które przed chwilą rozłożyłem na stole.

Szybko wstukał kod zabezpieczający, przyłożył palec do czytnika linii papilarnych, wprowadził drugie hasło. Ktoś mógłby pomyśleć, że jest paranoikiem, ale tylko jeśli nie widział w życiu tego, co ja.

Komputer w podwójnie ekranowanej walizce zapiszczał cicho na powitanie, palce dilera znów zatańczyły po klawiszach. Chwilę później zaczął oglądać wtyczki, które mu przyniosłem.

– Prawie wszystkie są poprzepalane. Powinienem kasować cię więcej – marudził, obracając je w palcach. – Muszę je naprawić, ale to później. Na twoim miejscu sprawdziłbym ten port.

– Może w wolnej chwili wpadnę do Kabla – mruknąłem, ale sam nie bardzo wierzyłem w swoje słowa.

– Ta, jasne. – Szaman mnie wyczuł. – Na szczęście mam kilka zapasowych. Mogą być normalne?

– Wolałbym nie – powiedziałem zdecydowanie. – Możesz mi dać coś lekkiego na teraz? – dodałem, pocierając skronie.

– Moment. – Wstał, podszedł do komody i wyciągnął z szuflady kilka wtyczek.

Włożył jedną z nich do portu komputera, wstukał kod. Umieszczona na końcu złącza dioda zaczęła migać na czerwono, sygnalizując transfer danych. Kilkadziesiąt sekund później światełko zamigotało zielenią i zgasło. Wiz.un odpiął cyfrowy narkotyk od komputera i podał mi.

– To powi

Spojrzałem na niego uważnie, ale uciekł wzrokiem, po czym znów pochylił się nad klawiaturą. Powinienem się domyślić, że będzie czegoś chciał. Ta jego troska o moje zdrowie była tylko wstępem. Obracałem w palcach niewielki pozłacany walec i przyglądałem się, jak odbija światło. Przez krótką chwilę bawiłem się myślą, że mógłbym go nie użyć, choć oczywiście wiedziałem, że to zrobię. Pulsujący ból głowy i przelewająca się na obrzeżach pola widzenia czerwona mgiełka nie pozostawiały żadnych złudzeń.

Podwinąłem wysoko rękaw, odsłaniając lewe ramię, i odruchowo wytarłem wtyczkę o koszulę. Wiz.un popatrzył na mnie i pokręcił głową z dezaprobatą.

– No wiesz co, przecież u mnie wszystko jest czyste – westchnął, nie przerywając stukania w klawisze.

– Wybacz, taki odruch – mruknąłem.

Uniosłem lekko rękę i wpiąłem narkotyk w nielegalny port umieszczony od wewnętrznej strony ramienia.

Zawsze najpierw pojawia się to lekkie mrowienie. Organizm wyczuwa obecność nowego bodźca, oplatające cyfrowy interfejs synapsy zaczynają pracować na zwiększonych obrotach. Skóra wokół gniazda drętwieje, ręka drży, mrowienie rozlewa się na obojczyk i szyję. Mój dodatkowy port jest tak zaprogramowany, by w razie potrzeby sygnał omijał poboczne węzły i jak najszybciej wzdłuż kręgosłupa docierał pod czaszkę. Oczywiście w przypadku fizjowspomagaczy działa to nieco inaczej, ale przeciwbólowy wytłumiacz leci wprost do miejsca przeznaczenia. W okolicy wkłucia zaczynam czuć niezbyt uciążliwe pieczenie (zdaje się, że faktycznie powinienem sprawdzić to złącze). Nagle dostaję gęsiej skórki, kiedy impuls przez nanokable połączone z systemem nerwowym dociera do mózgu.