Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 5 из 71

 

Cyfrak czaił się obok multiterminala. Przy końcu peronu metra, gdzie pojedyncza świetlówka mrugała spazmatycznie, brzęcząc cicho i siejąc wokół drżące poblaski, które zdawały się poruszać, wstrząsane podmuchami tunelowego ciągu. Stwór nie miał jeszcze konkretnej formy, był kształtującą się chmurą danych. Zielonkawy obłok falował lekko i pulsował w nieregularnym rytmie. W chmurze migotały tysiące znaków, kod binarny, ASCI, elementy heksadecymalne i zupełnie nieznane, nowe symbole.

Obserwowałem go spod wpółprzymkniętych powiek, mój mózg instynktownie starał się odszukać zbieżność pomiędzy jego ruchem a stłumionym stukotem dobiegającym gdzieś z trzewi systemu podziemnej kolei. Jarzeniówka przygasła nagle, jakby zdmuchnięta powiewem z tunelu, cyfrak sięgnął do niej migoczącą wstęgą. Bzyczenie stało się głośniejsze, światło rozbłysło na nowo, jakby pobudzone energią stwora. Migotliwa macka cofnęła się pły

Moja głowa pulsowała lekkim tępym bólem, niczym nadpsuty, lecz jeszcze nie do końca spróchniały ząb. W kącikach oczu zagnieździła się czerwonawa poświata, na razie ledwie widoczna, ale to mogło się wkrótce zmienić. Wiedziałem, że jeśli czegoś z tym nie zrobię, to tętnienie stanie się nie do zniesienia, a mnie pochłonie morze czerwonego bólu. Miałem nadzieję, że Wiz.un będzie u siebie i że ma coś, co mi pomoże. Jak zawsze.

Cyfrak chwilowo stracił zainteresowanie świetlówką, zakłębił się wokół multiterminala i oscylował w sobie tylko znanym języku. Samo patrzenie na ten nierozpoznawalny żyjący kod źródłowy potęgowało tętnienie w mojej głowie, jakby umysł cierpiał, starając się dopasować do niepojętego dla człowieka języka programowania.

Z zamyślenia wyrwał mnie stukot obcasów. Ławkę, na której siedziałem, minęły długie nogi w czarnych rajstopach, czerwone podeszwy czarnych szpilek skutecznie przyciągnęły mój wzrok. Uniosłem głowę. Całkiem ładna dziewczyna w ciemnej sukience pewnym krokiem zbliżyła się do maszyny. Nie widziała cyfraka, z jakiegoś powodu większość ludzi prawie nigdy ich nie zauważa. Stwór zareagował żywo, wyciągając do niej mgliste macki. Oplótł ją, zanim zdążyła się zatrzymać, przeskanował całą, skupiając się na niewielkiej torebce. Jasne – portfel, karty, elektronika. Jakby potwierdzając moje przypuszczenia, chmura danych zapulsowała gwałtownie, pobierając dostępne informacje w sobie tylko znanym celu.

Zawsze zastanawiało mnie ich dążenie, by gromadzić wszystkie dostępne bajty, magazynować je i przetwarzać. Niektóre cyfraki potrafiły zrobić całkiem niezły użytek z tego, co zebrały. Wyrządzić spore szkody lub wręcz przeciwnie, w zależności od tego, co podsunęła im ta durna (lub po prostu niezrozumiała) sztuczna inteligencja. Ten stwór był jeszcze zbyt prymitywny, by choć przybrać konkretną formę, ale instynkt nieodmie

Dziewczyna odgarnęła za ucho krótki kosmyk blond włosów i grzebała chwilę w torebce. Wyjęła kartę, wsunęła ją w czytnik. Dobrze, że miała choć tyle rozsądku, żeby nie używać w publicznym terminalu osobistego portu. Pewnie nie chciała łyknąć reklam podprogowych, programów szpiegujących i całego tego syfu, który RepTek pakował ci w system podczas takich transakcji. Oczywiście nasza wspaniała korporacja robiła to „dla Twojego dobra” oraz „by lepiej rozpoznawać Twoje potrzeby”, a także „w trosce o Lepsze Jutro”. Problem w tym, że lepsze jutro już było, a nas czekać mogło tylko gówniane pojutrze.

Cyfrak zafalował niespokojnie, jakby rozczarowany faktem, że nie będzie mógł uzyskać dostępu do najbardziej prywatnych informacji przez osobisty port nieznajomej, ale skwapliwie wciągnął dane zawarte na jej karcie. W chmurze zabłysnęły czerwone nici, symbole rozjarzyły się na krótko. Oznaka wykrycia szczególnie ce

Blondynka, nieświadoma obecności istoty, dokonała transakcji (przy okazji ujawniając swoje kody dostępowe) i ruszyła z powrotem ku środkowej części peronu.

– Na twoim miejscu zastrzegłbym tę kartę – mruknąłem, gdy przechodziła obok mnie. Dziewczyna podniosła na mnie nieco spłoszony wzrok, po czym mocniej ścisnęła trzymaną pod pachą torebkę, jakbym zamierzał ją jej wyrwać. – Zmień też hasło – dodałem, choć widziałem już, że uważa mnie za świra. Nie mogłem jej za to winić, po części miała rację.

Ruszyła dalej przez opustoszałą platformę, stukot obcasów nabrał szybkiego, niemal nerwowego tempa. Zatrzymała się nieopodal schodów, obok dwóch rozmawiających ze sobą mężczyzn w znoszonych garniturach. Raz po raz zerkała niespokojnie w moim kierunku, jakby obawiała się, że zerwę się z miejsca i ją zaatakuję. Jeszcze raz zmierzyłem ją spojrzeniem, zaczynając od tych lśniących czarnych szpilek z czerwoną podeszwą, przez kształtne, opięte cienkim nylonem łydki i uda, płaski brzuch, niewielkie piersi pod ciemną sukienką, kończąc na zadbanej ładnej twarzy i lśniących blond włosach. Widać było, że miała jakieś modyfikacje, może rodzice chcieli mieć piękną córeczkę lub sama dodała to i owo do swojego genomu. Tak czy inaczej, była naprawdę niezła, ale chyba właśnie straciłem szansę na zaproszenie jej na kawę.

Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie rozprawić się z cyfrakiem, który pobrał jej dane. Niezbędne narzędzia miałem przy sobie, wystarczyło wpiąć się przez drugi, ukryty port, użyć zmodyfikowanej karty i trochę go przycisnąć. Bawiłem się tą myślą, ale ostatecznie zrezygnowałem. Za takie rzeczy zwykle biorę pieniądze, a ten konkretny stwór niczym mi nie zawinił. Zaczepił niezłą laskę, ale ona i tak nawet by na mnie nie spojrzała, więc zostawię go w spokoju. Zresztą takie potyczki potęgowały ból głowy, który i tak od kilku minut nasilał się bez żadnej pomocy. Multiterminal przy końcu peronu pozostanie zainfekowany, przynajmniej na razie. Cyfrak kłębił się i z nudów znów zaczął wyciągać półprzezroczyste macki w kierunku migoczącej świetlówki.

Z głębi tunelu dobiegł głośniejszy hałas, podmuch dusznego wiatru cisnął na stację drobiny żółtawego pyłu. W metrze zawsze gromadził się ten nawiewany z Pustyni piach, więc brygady czyszczące tunele musiały usuwać go na bieżąco. Nadjeżdżający pociąg wyhamował, drzwi rozsunęły się z cichym sykiem. Wsiadłem do ostatniego wagonu i zająłem miejsce. Plastikowe krzesełko skrzypnęło pod moim ciężarem.

Przedział był prawie pusty. Godziny szczytu dawno minęły, do tego system komunikacji Miasta był zaprojektowany na większą liczbę osób. Wtedy jeszcze nikt nie myślał o Błękitnej Pladze, a przylegające do metropolii osady tętniły życiem. Dziś, wbrew propagandzie głoszonej przez RepTek, betonowa dżungla nosząca nazwę zarządzającej nią korporacji powoli umierała. Miałem wrażenie, że jeżeli nic się nie zmieni, za kilka pokoleń zostanie tu tylko kurhan usypany z pusty

Światła w wagonie zamigotały na chwilę, skład szarpnął lekko i ruszył, a podziemny tunel połknął go gładko. Wlepiałem wzrok w szybę, obserwując przelatujące obok pojedyncze lampy i betonowe żebrowania. Czerwona poświata w kącikach oczu nieco zbladła, miarowy stukot uspokajał.

Kilka minut podróży zlało się w jeden rozmyty obraz sunącej za oknem żelbetowej ściany. Kolejka zatrzymała się na stacji, szybkim krokiem opuściłem pociąg i stanąłem na peronie. Był znacznie większy niż ten nieopodal mojego bloku, kręciło się tu też więcej ludzi. Jak na tę porę, prawie tłok, w końcu przyjechałem do centrum. Zapach też był nieco i

– Halo?! – ubrany w elegancki garnitur mężczyzna w średnim wieku wydarł się do telefonu. – Pierdolony złom. – Wściekle stukając w ekran, zakończył rwące się połączenie.

Nie rozumiałem, po co ludzie nadal próbują. Moja komórka już od kilku lat zalegała gdzieś na dnie szuflady. Komunikacja bezprzewodowa szwankowała w całym Mieście.

 

Erę zdalnej łączności mieliśmy już za sobą – wszystko na to wskazywało. Przedstawiciele RepTeku twierdzili, że to kwestia aktywności słonecznej, zanieczyszczeń powietrza i cholera wie czego jeszcze. Co ciekawe, chodziły plotki, że tuzy na szczycie korporacyjnej drabiny miały dostęp do technologii działającej bez zarzutu. Pytanie tylko, z kim niby mieliby się za jej pomocą kontaktować? Reszta mieszkańców była zmuszona do korzystania z mulititerminali za pomocą kart lub portów osobistych.

Mężczyzna gorączkowo przesuwał palcem po ekranie, w poświacie omiatającej jego dłoń zabłysnęły widoczne tylko dla mnie symbole. Proszę, czyli jakiś cyfrak nie uznał jednak jego telefonu za zupełnie bezużyteczny.

Skierowałem się w stronę schodów prowadzących na powierzchnię. Minąłem grupkę znudzonych nastolatków, chłystek w spranych jeansach i kurtce z imitacji skóry trącił mnie ramieniem. Rzucił mi wyzywające spojrzenie, ale nie zamierzałem dawać mu pretekstu. Niech poszukają i

Stanąłem na ruchomych schodach i sunąc wolno, opuściłem trzewia podziemnej kolejki. W Mieście panował przyjemny wieczorny chłód, lekki wiaterek znad Pustyni przesypywał po chodniku drobiny pyłu. Rozświetlone pomarańczowymi latarniami i kolorowymi neonami ulice tętniły życiem, ludzie spieszyli do swoich spraw. Widziałem pewną nerwowość, już niedługo miało zabrzmieć kolejne tego dnia przeciągłe wycie syreny. Stanąłem i rozejrzałem się wokół, przywykając do światła i gwaru. Tutaj na pierwszy rzut oka trudno było się zorientować, że Miasto pomału wymiera. Dopiero po dłuższej chwili dawało się zauważyć, jak niewielu dorosłych prowadzi za rękę dzieci, jak opustoszałe są boczne uliczki. To i tak lepiej niż w mojej okolicy, gdzie można było natrafić na całe opuszczone budynki, a nieopodal powoli niszczało Przymurze.