Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 47 из 71

– Żartujesz sobie? – prychnął w odpowiedzi Ulep. – To jest E38. Najlepsza fura, jaką kiedykolwiek wyprodukowano. Genialna myśl motoryzacyjna. Silnik V8 4,4 litra z moimi autorskimi modyfikacjami. Biturbo, przelotowy wydech, usztywnione gwintowane zawieszenie. Do tego skórzana tapicerka i pełen komfort. Nawiasem mówiąc, Ariel objechał mnie tylko dlatego, że Królowa stała w garażu, bo nie mogłem znaleźć do niej części. Teraz już mruczy jak złoto. – Pieszczotliwym gestem pogładził lakier. – Posłuchajcie.

Ryk silnika w zamkniętym garażu był ogłuszający, ale jednocześnie... podniecający. Czułem, jak wibruje mi przepona w rytm równej pracy potężnego motoru. Poczułem nawet lekki żal, kiedy Ulep go zgasił.

Podszedł do roboczego biurka i grzebał w nim chwilę. Wyciągnął jakąś pomiętą mapę, coś na niej dorysował i podał mi. Zdziwiłem się, widząc analogowy dokument. Mechanik był chyba gościem nieco starej daty.

– Macie tu zaznaczoną podziemną trasę, sprawdźcie ją wcześniej. Kiedy będziemy uciekać, wszystkie grodzie muszą być otwarte. Ale najpierw jutro o dwudziestej pod tym adresem. – Wręczył mi zapisaną karteczkę. – Pamiętasz jeszcze, jak to się robiło, co, Mech? – Zamarkował kilka ciosów w kierunku Marbela.

– Nie martw się, pamiętam. – W uśmiechu osiłka było coś niepokojącego.

– Wiedziałam. – Telsi zwiesiła głowę. – Kurwa, wiedziałam.

Na wiadomość o interesie, jaki dobiliśmy z Ulepem, zareagowała spokojniej, niż myślałem. Sidth zmył się, zanim weszliśmy do kryjówki, twierdząc, że chce jeszcze coś załatwić. Może również obawiał się wybuchu. Weteranka sprawiała wrażenie po prostu zrezygnowanej.

Gart, usłyszawszy sumę, jakiej zażyczył sobie mechanik, swoim zwyczajem wzruszył tylko ramionami.

– Zły zawód sobie wybrałem, trzeba było ludzi po Pustyni wozić – stwierdził, masując sobie kark.

– Dasz radę tyle zorganizować? – upewniłem się.

– Damy radę, z twoją pomocą.

– Wolałbym się nie podpinać, jakoś ostatnio niezbyt dobrze to znoszę – odparłem, choć wiedziałem, że pewnie będę musiał to zrobić.

– Nie ma takiej potrzeby. – Haker uśmiechnął się chytrze. – Co ty myślisz, że zanim się pojawiłeś, nie umieliśmy złamać firmowego kodu? Potrzebujemy raczej twojej wiedzy. Jeśli chcemy uniknąć wpadki takiej jak z tym wirusem w multiterminalach, będzie trzeba rozegrać to mądrzej. Daty aktualizacji, algorytm kluczy autoryzacyjnych, a przede wszystkim opóźnienia sprzętowe.

– Czemu akurat to? – zainteresowałem się.

– Multiterminale nie aktualizują się jednocześnie, prawda?

– Tak. Raz, że technicznie byłoby to trudne do zrobienia ze względu na obciążenie sieci, dwa, że jakakolwiek awaria położyłaby cały system – wyjaśniłem. – Wszystkie zmiany postępują kaskadowo.

– Właśnie to możemy wykorzystać. – Haker uśmiechnął się drapieżnie.

– Zastosujemy tego samego wirusa, sam mówiłeś, że jest dobrze napisany – Nikthi wtrąciła się do rozmowy. – Trochę go jeszcze zmodyfikuję, ale powi

– Tak – odparłem, gdy szybko przeliczyłem w głowie daty. – Pokażę ci, jak zaszyć go w kluczu autoryzacyjnym, to dodatkowo opóźni namierzenie. Powi

– Zgarniemy trochę z góry ze wszystkich transakcji wewnątrz firmy, dzięki temu nie ucierpią zwykli ludzie. – Gart wyjaśniał szczegóły planu, który zaczynał wydawać się całkiem sensowny. – Poodbijamy to po kilkunastu kontach, w tym kilku trefnych. Na pierwszy rzut oka hajs będzie się zgadzał. Potem gdy przyjdzie moment wypłaty, zatrzymamy karuzelę.

Pomyślałem o targach z mechanikiem i dostrzegłem lukę w naszym rozumowaniu.

– Ulepowi połowę trzeba zapłacić z góry. Wtedy wszystko się wyda. Zaczną sprawdzać konta i wpadniemy.

– Walić to, zapłaćmy od razu całość. Założymy dwa konta, na nie wpadnie szmal – Nikthi szybko znalazła rozwiązanie. – Dostęp do tego drugiego damy mu po całej akcji.

– Zdajecie sobie sprawę, że jeśli buchniemy taką kasę, RepTek będzie mocno węszył? – Chciałem, żeby mieli pełną świadomość, na co się porywają.

– Pomyślmy. Pomogliśmy w ucieczce poszukiwanemu mutantowi. Przystojnemu, ale jednak mutantowi. – Dziewczyna wymownie spojrzała na mnie. – Ukradliśmy bardzo wrażliwe, zakodowane dane, do tego wysłaliśmy je do Enklawy. Zamierzamy wystawić zawodnika do nielegalnych walk po to, żeby wyjechać z Polis tunelem kolejowym. Za to wszystko korporacja i tak nas załatwi, jeśli tylko zdoła złapać. Myślę, że kradzież dodatkowych kilkudziesięciu tysięcy czitów niewiele tu już zmienia.

– Kiedy tak o tym mówisz, nagle przestaje się to wydawać takim świetnym pomysłem. – Gart nagle spoważniał, by kilka sekund później parsknąć głośnym śmiechem. – Żartuję, po prostu to zróbmy!

– Bierzmy się do roboty – zgodziłem się.

Przypomniały mi się pierwsze przemyślenia na temat rodzeństwa hakerów, poczynione, jeszcze gdy moim największym problemem był cieknący port i suma, jaką zażyczy sobie Kabel za naprawę. Miałem trzymać się od nich z daleka, byłem przekonany, że ich nieco idealistyczne, beztroskie podejście ściągnie kłopoty. Teraz gdy poznałem ich (oraz i

Tego wieczora zalane światłem neonów Polis wyglądało inaczej niż zwykle. System zraszarek nadal nie działał, więc blask padał na zalegające gdzieniegdzie wydmy, skrząc i rozsypując się na miliony iskier. Powietrze nadal było rozgrzane, mury Miasta nie miały się kiedy wychłodzić. Suchy wiatr znad Pustyni przynosił zapach piasku.

RepTek późnym popołudniem ogłosił, że zapowiadana wcześniej druga burza słabnie i najpewniej przejdzie bokiem. Obniżono też stopień zagrożenia o całe dwa punkty, co świadczyło, że praktycznie nie ma niebezpieczeństwa. Oczywiście w związku z tym już na jutro korporacja zapowiedziała rozpoczęcie opóźnionego sprzątania, co większość obywateli przyjęła z ulgą. Większość, bo dla takich jak ja poruszanie się po Mieście będzie wkrótce mocno utrudnione.

Ulep czekał przed wejściem do budynku stojącego nieopodal Koryta.

– No, jesteście wreszcie. – Wyraźnie ucieszył się na nasz widok. – Chodźcie. Gotów, wielkoludzie?

Klepnięty po ramieniu Marbel mruknął w odpowiedzi coś niezrozumiałego. Kolejny raz zastanowiłem się, jak właściwie zamierzam spełnić daną Telsi obietnicę i chronić tego osiłka podczas nielegalnej walki. Sidth nerwowo rozglądał się wokoło, ale chyba nie dostrzegł nic niepokojącego.

Weszliśmy za mechanikiem do środka. Zorientowałem się, że jesteśmy w gmachu dawnej szkoły. Po korytarzach kręcili się jacyś ludzie. Ulep prowadził w stronę sali gimnastycznej, z której dobiegał stłumiony gwar. Drogę zastąpił nam rosły ochroniarz. Nieco rozbawił mnie fakt, że był o głowę niższy od Marbela.

– Powiedz Wydrze, że przyprowadziłem zawodnika. – Nasz przewodnik wydawał się pewny siebie. – Gwiazdę wieczoru.

– To się okaże – burknął goryl, wpuszczając nas do środka.

Ostre światło, zgiełk setki dopingujących głosów i silny zapach potu uderzyły mnie jednocześnie. Tłum zgromadzonych w sali gimnastycznej kobiet i mężczyzn tłoczył się wokół umieszczonego centralnie ringu. Na otoczonym metalową siatką podeście okładało się dwóch zawodników. Walka musiała trwać od dłuższej chwili, gdyż obaj mężczyźni byli już trochę pokiereszowani.

– Wszystkie chwyty dozwolone, wygrywa ten, który utrzyma się na nogach – wyjaśnił Ulep zupełnie niepotrzebnie, kiedy zatrzymaliśmy się, żeby popatrzeć na zmagania. – Obstawiać można tam w rogu.

– Z kim będzie walczył Marbel? – zapytałem, patrząc na tablicę wyświetlającą ksywki zawodników w następnej walce oraz wysokość zakładów.

– Z braćmi Kintaro. Ostatnia walka wieczoru.

– Kitajce – mruknął osiłek. – Będzie bijatyka. – Swoje słowa zaakcentował, strzelając kostkami masywnych dłoni.

– Z dwoma przeciwnikami? – zdziwiłem się.

– Trzema. Kintaro to trojaczki.

Teleskopowa pałka sama wsunęła mi się w dłoń i rozłożyła z satysfakcjonującym sykiem. Złapałem mechanika za rękę i przyłożyłem mu pręt do twarzy.

– Ulep, kurwa, to mi nie wygląda na uczciwy układ – warknąłem, mocniej zaciskając dłoń na jego nadgarstku.

– Mówiłem ci, ma być widowisko – stęknął, wykręcając głowę. – Mech zawsze walczył z kilkoma...

– Jeśli coś mu się stanie...

Pomieszczenie wypełnił ryk będący mieszaniną głosów triumfu i zawodu: po szczególnie udanym ciosie jeden z zawodników odbił się od ogrodzenia i padł na deski.

– Jakiś kłopot, panowie? – Nie zauważyłem, kiedy za moimi plecami pojawił się ochroniarz. – Wpisać was do walk amatorów?

– Nie trzeba – mruknąłem, puszczając Ulepa. – Prowadź do szatni.

Było już za późno na wątpliwości, mogłem mieć jedynie nadzieję, że Marbel sobie poradzi. W czasie gdy z ringu ściągano zakrwawionego uczestnika, przecięliśmy salę i weszliśmy do bocznego korytarza. Znaleźliśmy się w niewielkiej przebieralni. Chwilę później dołączył do nas niski człowieczek o twarzy chytrego zwierzaka. Ubrany był w staromodny garnitur, z ust wystawała mu wykałaczka.

– Ulep, kogóż to przyprowadziłeś?! – zakrzyknął już od drzwi. – Oż, w mordę, Mech?! To naprawdę ty?

– No. – Marbel nie był w nastroju do pogawędek. – Cześć, Wydra.

– Tym razem naprawdę się postarałeś. – Bukmacher pokręcił głową z uznaniem. – Nie to, co ten cherlak ostatnim razem. Masz pojęcie, ile wtedy straciłem?

– Nie ty jeden. Kiedy nasza walka?

– Za jakieś półtorej godziny, zależy, jak pójdą pozostałe. Rozgośćcie się. Obok jest siłka, Mech może się tam rozgrzać.

Nie bardzo wiedziałem, gdzie niby mamy się rozgościć. Całe wyposażenie pokoju stanowiły dwie ławki, rozchybotany metalowy stół, nieduża szafka, odrapane lustro i rzędy wieszaków na ścianach.

– Stawiasz dzisiaj? – zwrócił się Wydra do mechanika.

– Jasna sprawa.