Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 46 из 71

– Tędy – milczący całą drogę Sidth w końcu raczył się odezwać. – Garaż Ulepa jest zaraz przy tym moście.

Poprowadził nas bocznymi alejkami dzielnicy przytulonej do rzecznego koryta, chwilami szliśmy tuż przy brzegu. Próbowałem wyobrazić sobie, jak wyglądał ten kanał wypełniony wodą, lecz nie umiałem. Dla mnie zawsze pozostanie przysypaną piaskiem dziwaczną blizną na miejskiej tkance.

Zdarzało mi się wcześniej bywać w tej dzielnicy. Mieściło się tu między i

Skręciliśmy za róg, wchodząc pomiędzy niskie bloki. Na schodach prowadzących do jednej z klatek siedziało kilku wyrostków. Ubrani w robocze kombinezony z podwiniętymi rękawami, palili papierosy i pluli na chodnik. Niżej wykwalifikowana siła robocza korporacji, oceniłem, z gatunku tych pracujących na dwunastogodzi

Przeszliśmy jeszcze kilka przecznic i dotarliśmy w okolice jedynego w Mieście wiszącego mostu. Dziwiło mnie, jak ta osobliwa budowla zdołała przetrwać tyle lat. Żadnych podpór, tak po prostu sobie wisi. Moglibyśmy się sporo nauczyć od dawnych budowniczych, wszystko, co tworzymy dziś, jest tandetne i jednorazowe.

Sidth zaciągnął nas w jakieś podwórka i podprowadził do niedużego bloku. Na parterze dostrzegłem kilka bram garażowych, dwa górne piętra zajmowały mieszkania.

– Zaczekajcie chwilę – polecił haker. – Wejdę i z nim pogadam, lokalsi nie przepadają za obcymi.

Posłusznie się zatrzymaliśmy, chłopak zniknął w klatce schodowej. Staliśmy tak, pocąc się w pełnym słońcu – ja coraz bardziej zniecierpliwiony, Marbel raczej obojętny. Wreszcie Sidth wyjrzał i przywołał nas gestem.

Weszliśmy w ciemną bramę, kilka sekund zajęło, zanim oczy przyzwyczaiły się do mroku. Na schodach siedział jakiś typek, który zmierzył nas znudzonym spojrzeniem. Sądziłem, że pójdziemy do któregoś z mieszkań, ale haker skręcił w boczny korytarz i otworzył drzwi do garażu. Właściwie było to pomieszczenie, które powstało z połączenia kilku i

Rozległ się głośniejszy hurgot i spod SUV-a z wybebeszonym, wiszącym na łańcuchu silnikiem wyjechał mechanik. Wstał z deski na kółkach i przyjrzał się nam. Ubrany był w pokryte czarną mazią robocze ogrodniczki, miał wyszmelcowaną czapeczkę ze złamanym daszkiem i ręce aż do łokci umazane smarem. Na szyi dyndała mu jakaś ceramiczna część, chyba świeca zapłonowa, w dłoni trzymał spory klucz.

Kilka sekund później uśmiechnął się, pokazując pożółkłe zęby.

– Mech, ty olbrzymie! – Szybkim krokiem podszedł do Marbela i poklepał go po ramieniu. – Urosłeś jeszcze czy mi się wydaje?

– Mech. – Osiłek zastanowił się chwilę. – Duży robot, taka ksywka! Do bijatyki.

– Jasne, stary, dokładnie! – ucieszył się Ulep. – Słuchaj, nie gniewasz się chyba za tamto...

– Za co?

– No, to świetnie – skwitował mechanik. – Ulep jestem. – Wyciągnął do mnie brudną dłoń.

Miał mocny uścisk człowieka codzie

– Podobno macie jakiś interes? – przeszedł od razu do rzeczy. – Nie lubię robić biznesów z zamaskowanymi ludźmi.

– Moja twarz nic ci nie powie, a nie lubię piachu między zębami.

Skinął głową, jakby przyjmując to do wiadomości. Mogłem się założyć, że w jego branży transakcje z tajemniczymi postaciami to raczej codzie

– Furę chcecie kupić?

– Wynająć – doprecyzowałem. – Z kierowcą.

– Nie robię już w napadach – odparł oschle, jakby urażony.

Uznałem, że nie ma co dłużej zwlekać. Jeśli ma nam pomóc, prędzej czy później będzie musiał poznać plan. Trzeba będzie po prostu mu zaufać, oczywiście do pewnego stopnia.

– To nie napad. Raczej... wycieczka. Za Mur – powiedziałem spokojnie, obserwując jego reakcję.

Chwilę stał, mierząc mnie wzrokiem. Potem zwyczajnie wybuchnął głośnym śmiechem. Zaczekałem, aż się uspokoi, ale wesołość pły

– Niezłe jaja. A tak poważnie? – zapytał, kiedy ostatecznie się wycharczał i odpluł gęstą flegmę.

– Wyjazd za Mur. Z kierowcą – powtórzyłem, patrząc mu w oczy.

– Nie da rady. – Pokręcił znacząco głową. – Jeśli chcecie prysnąć z Polis, spróbujcie pociągiem. Znam jednego gościa...

– Wycieczka znaczy pojechać i wrócić.

– Pojebany jesteś!? Wycieczka krajoznawcza? Po jaką cholerę?

– Tego nie musisz wiedzieć. – Puściłem obelgę mimo uszu, wiedziałem, że jest to raczej oznaka ekscytacji niż faktyczna próba obrażenia mnie. – Mamy taką fantazję, mamy kasę. Ty podobno już to robiłeś. Chcesz zarobić?

Z tymi pieniędzmi oczywiście trochę blefowałem. Nie mieliśmy odłożonej żadnej okrągłej sumy, ale Gart zapewniał, że kilka komputerowych tricków, w których miałem mu pomóc, zapewni nam dostęp do sporej liczby czitów.

– To nie takie proste. – Zdjął czapeczkę i z chrzęstem podrapał się po przetłuszczonych włosach. – Jeździłem, ale to było kiedyś. Teraz bramy są szczelniejsze, Pustynia... groźniejsza. Do tego jeszcze zamontowali te działka na Murze... – Mówił tak, jakby sam chciał siebie przekonać, że jednak się da. Możliwe, że wspomnienie świata za barierą wywoływało w nim jakiś dreszcz emocji, miętosił czapkę w rękach, prowadząc wewnętrzną walkę. – Jak daleko? Kierunek obojętny? Chcecie się tylko przejechać czy czegoś szukacie? – Spojrzał na mnie podejrzliwie.

– Nie więcej niż pięćdziesiąt kilometrów. Południowy zachód.

– Góra? – domyślił się od razu.

– Tak. – Odsłoniłem wszystkie karty, jakie zamierzałem mu pokazać. – Więcej nie musisz wiedzieć.

– Sidth, czy on jest jakimś świrem? – zwrócił się do milczącego hakera. – A może was wszystkich porąbało?

– Ulep, kurwa, nie rób cyrków. – Chłopak przeszedł w tryb twardej negocjacji. – Podejmiesz się czy nie? Zawsze możemy pójść do Ariela.

– Tego partacza?! – Ulep wyraźnie się wkurzył.

– Ten partacz objechał cię na cacy w trzech ostatnich wyścigach – naciskał Sidth.

– Na Pustyni z nim zginiecie. Dobra. Siedemdziesiąt tysięcy.

Kwota, jaką wymienił, stanowiła małą fortunę, ale postanowiłem być cicho. Jak się okazało, słusznie.

– Sześćdziesiąt – powiedział Sidth spokojnie. – Dwadzieścia przed, reszta po robocie.

– Połowa przed, połowa po. Inaczej nigdzie nie jadę.

– Zgoda. – Haker wyciągnął dłoń, żeby przypieczętować umowę, ale Ulep się zawahał.

– Jest jeszcze coś.

– Kurwa, z tobą tak zawsze – westchnął chłopak. – Czego chcesz?

Mechanik poklepał się po kieszeniach i wyjął paczkę papierosów. Zapalił, nie częstując nikogo, i spojrzał na Marbela.

– Jego. Wpadłem ostatnio w drobne kłopoty. Ustawiane walki w klatce, przegrany zakład, takie tam. – Uciekł wzrokiem w bok. – Żeby spłacić dług, muszę dostarczyć mocnego zawodnika. Chcę, żeby Mech wszedł na ring.

– Za kasę, którą ci zapłacimy, spokojnie spłacisz swoje długi – zaprotestowałem, bo z góry wiedziałem, co o tym pomyśle powie pewna weteranka MedCoru.

– Nie rozumiesz. Zakład był honorowy, a zawodnik, którego wystawiłem, dał plamę na całej linii. Jeśli nie zorganizuję dobrego widowiska, nie będę mógł wystartować w derby.

– Derby to nie nasz problem.

– Owszem, wasz. – Jego twarz rozciągnęła się w chytrym uśmieszku. – Z Polis nie wyjedziemy przez żadną bramę, nie mam aż takich dojść. Trzeba będzie przez tunel kolejowy, razem z pociągiem. Tunele są połączone z metrem. Metro ze starymi miejskimi kanałami. Jeden z tych największych uchodzi do Koryta. Trzeba będzie tylko otworzyć grodzie.

– Tylko? – zakpiłem.

– Dla takich komputerowych magików to przecież żaden problem.

– Korzystałeś już z tej trasy?

– Nie, ale powi

– Pocieszające. Tylko nadal nie rozumiem, co ma do tego Piaskowe Derby. – Jego argumentacja wydawała mi się naciągana.

– Jeśli zjedziemy do Koryta ot tak, zaraz ktoś się tym zainteresuje. Jeśli dopuszczą mnie do wyścigu, będziemy mogli uciec w czasie jednego z treningów.

Zastanowiłem się chwilę i uznałem, że jego plan faktycznie ma sens. Zrozumiałem też, że Telsi prawdopodobnie mnie zabije, gdy tylko o tym usłyszy. Cóż, będzie musiała wepchnąć się w kolejkę.

– Marbel...? – zwróciłem się do osiłka. – Co ty na to? Będziesz się bił?

Wielkolud zastanawiał się chwilę, po czym spojrzał na mnie nieco przytomniej.

– Mogę się bić. Fajnie być Mechem.

– Świetnie! – Ulep klepnął go po ramieniu i zatarł brudne dłonie. – Do jutra wszystko zorganizuję, przyjedźcie wieczorem, zapiszę adres. – Odwrócił się i ruszył w stronę roboczego stołu.

Złapałem go za rękę.

– Zaraz. Najpierw pokażesz, że mamy czym pojechać.

W oczach mechanika zobaczyłem dziwny, niemal gorączkowy błysk. Bez słowa zaprowadził nas na koniec warsztatu i jednym ruchem zerwał plandekę.

Sedan był ogromny. Klasyczna linia smolistoczarnego nadwozia miała w sobie jakąś drapieżną nutę.

– Poznajcie Królową – powiedział z nieskrywaną dumą.

– Myślałem, że potrzebujemy raczej terenówki. – Samochód był naprawdę piękny, nawet dla takiego laika jak ja, ale miałem wątpliwości, czy poradzi sobie na Pustyni.