Страница 67 из 74
– Szszsz, gryzie mały skurwiel – mruknęła, widząc mnie, i uderzyła dziecko palcami w policzek. Niemowlak się rozwrzeszczał.
– Sigmond Hausma
Ruchem głowy wskazała drzwi, przy których właśnie stałem.
– Ale on chory – rzuciła, kiedy już się odwracałem.
– A na cóż to chory?
– Matki Hausma
Słowo „był” w jej ustach podsunęło mi myśl, że mężczyzna znalazł sobie już jadłodajnię z nieco kulturalniejszą obsługą, co niewątpliwie świadczyło o jego roztropności. Zastukałem do drzwi, które mi wskazała, a kiedy nikt się nie odezwał, pchnąłem je mocno. Otworzyły się, gdyż nikt nie zadał sobie fatygi, by zamknąć je choćby na skobel. Z wnętrza uderzył mnie zaduch jeszcze silniejszy niż w korytarzu, widać nikt nie kłopotał się tutaj otwieraniem okien. Ba, nie odmykano nawet okie
– Kto tu? – usłyszałem starczy, zmęczony głos, który równie dobrze mógł należeć do kobiety, jak i do mężczyzny.
Postąpiłem kilka kroków i szarpnąłem okie
– Sigmond Hausma
– A kto wy jesteście? – zaskrzeczała w odpowiedzi. – Nie płacę żadnych długów, nic nie mam…
– Odpowiadajcie na pytania – warknąłem. – Czy to jest Sigmond Hausma
– Jest, jest – odparła. – Umiera łobuz… – Przy ostatnim słowie chlipnęła i przetarła oczy brudnym rękawem kaftana.
– Co mu jest?
– A co wy, dochtór jesteście? – Znowu zebrało jej się na pytania.
– Przysłał mnie biskup – odpowiedziałem.
I nieopatrzne były to słowa, gdyż stara natychmiast zerwała się z godną pozazdroszczenia chyżością i przypadła do moich nóg.
– Lekarza, panie, błagam was, lekarza. Ja juże nic nie mam, a za darmo kto tu przyńdzie…
– Dajcie pokój. – Wyszarpnąłem się z jej objęć. – Odpowiadajcie na pytania!
Znowu skuliła się w kącie i szponiastymi palcami objęła kolana.
– Co chcecie wiedzieć, panie?
– Na co choruje wasz syn?
– Abo tam kto wie – parsknęła. – Leży tak kilka bożych dni i ani drgnie, ani się odezwie.
Zbliżyłem się do barłogu z obrzydzeniem, bo smród kału i moczu był tam szczególnie silny, a z rozerwanego sie
– Nic nie mówił przez sen? – spytałem. – Nie majaczył?
– Nie, panie. – Pokręciła głową. – Leży jak martwy, a ja nawet nie wiem, co robić, kogo by o pomoc błagać? Może wy, panie…
Zostawiłem ją w izbie jęczącą i biadolącą, bo uznałem, że nic więcej się nie dowiem. Cóż, Sigmonda Hausma
Kanonik Odryl Bratta (cóż to w ogóle za imię i nazwisko, mili moi? Czyż słyszał ktoś o świętym Odrylu?) urzędował zwykle w kancelarii, nieopodal katedry pod wezwaniem Chrystusa Mściciela. Katedra była jednym z najbardziej imponujących gmachów w Hez-hezronie, budowano ją zresztą przez niemal dwadzieścia lat, a złośliwi twierdzili, że każda jej cegła jest przesiąknięta krwią robotników. W twierdzeniu tym było sporo przesady, gdyż nie sądzę, by w czasie prac zginęło więcej niż kilkudziesięciu budowniczych. Być może legenda o ciążącej na katedrze klątwie wywołana została śmiercią głównego architekta, nie przypominałem sobie teraz jego nazwiska, który zginął przeszyty szklanymi złomkami z rozbitego witraża. Swoją drogą, czyż nie była to śmierć godna zapamiętania oraz anegdoty? Żadne tam prostackie uderzenie cegłą w głowę, tylko wypadek na wskroś przesiąknięty artystycznym duchem!
Katedra miała trzy różnej wysokości wieże, a w każdej wieży dzwon o odmie
Budynki kancelarii były położone za głównymi murami katedry i skryte w stara
– Kanonik Bratta. Jest w kancelarii? – zagadnąłem przechodzącego obok księdza w obszarpanej na brzegach suta
– J-jest – odpowiedział dopiero po chwili, wpatrzony w srebrny, połamany krzyż wyhaftowany na moim kaftanie.
– W swoim biurze?
– Tak… Chyba tak…
Skinąłem mu głową i poszedłem dalej. Na księdza kanonika natknąłem się, kiedy właśnie wychodził z gabinetu. Gdy mnie zobaczył, i to w dodatku ubranego w strój służbowy, otworzył szeroko oczy. Wydawało mi się, że również zbladł, choć może były to tylko moje pobożne życzenia.
– Nie spieszcie się, kanoniku – powiedziałem serdecznie – bo, niestety, zajmę wam chwilę…
Bez słowa otworzył drzwi i wszedł pierwszy, zapraszając mnie do środka niedbałym gestem dłoni. Miał bardzo szczupłe i bardzo jasne palce, a na środkowym nosił skromny pierścień z szarym kamykiem w środku.
– Co was sprowadza? – zapytał, siadając na rzeźbionym krześle pod oknem i nie proponując mi, bym również usiadł. Zrobiłem więc to bez jego zezwolenia.
– Służba – westchnąłem. – A konkretnie polecenie Jego Ekscelencji, aby zbadać sprawę, która się toczyła przeciwko heretykom, a w której uczestniczyli mistrz Folken i pisarz Hausma