Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 63 из 72

Małgosiu, będę tu jeszcze tylko cztery dni. Szkoda, że Ciebie tu nie ma. To wprawdzie nie Twoje ulubione Busko. Nawet nie ma tutaj ławek. Ale wyobrażam sobie, że siedząc na piasku, przegadalibyśmy wszystkie tematy z „ławki w Busku”.

Nie będę pisał. Chcę się „odłączyć”. Zupełnie. Odezwę się po powrocie. Uważaj na siebie tam, w naszej „rajskiej” Europie.

Serdeczności,

Janusz L.

Warszawa, niedziela rano

Drogi Januszu,

muszę zaprotestować, ponieważ zdecydowanie bliżej mi do Szczuki i jej literackiej aktywności niż do Warszawki, która nie zawsze jeśli chodzi o książki jest na bieżąco z czytaniem, a już na pewno nie tych pozycji z zacięciem feministycznym. Przymiotnik ten, który u tzw. Warszawki wywołuje odruch diabła na widok święconej wody, dla każdej normalnej kobiety może stać się wielce pożytecznym przewodnikiem po życiu. Za aborcją często stoi mężczyzna. Nieodpowiedni, nieodpowiedzialny, niedobry, a czasami i nieznany. Nawet ten, który nigdy nie dowiedział się, że został ojcem – takimi słowami zaczęłam kiedyś felieton o dziwnej książce w słusznej sprawie. Szło o „Milczenie owieczek”, którą napisała Kazimiera Szczuka. Dowiadujemy się z niej, kim jest rzeźnik i dlaczego chce nam poderżnąć gardło, a także kim jesteśmy my, czyli owieczki idące na ścięcie.

„Dlaczego nie walczycie o więcej, dlaczego zrezygnowałyście z prawa do aborcji?” – pytała polskie dzie

Pozdrawiam,

M.

Frankfurt nad Menem, piątek nocą

Małgosiu,

wróciłem…

Trudno mi jest zacząć normalne życie, bo to na Seszelach było przecież nienormalne. Zaduch miasta z samochodami, śniadanie w pośpiechu, szarość zamiast błękitu za oknem, przerażające wiadomości o zamachach, partiach, bezrobociu, skandalach, kryzysach, płynące potokiem z radia, dzwoniący telefon, nieotwarte listy, na które wcale nie czekałem, i dominujące uczucie niepokojącego pośpiechu. Jestem tutaj dopiero kilka godzin i czuję się zagoniony. Kilkanaście nieodsłuchanych wiadomości na sekretarce telefonu w biurze, setki e-maili w skrzynce, terminy, które trzeba zapamiętać, decyzje, które trzeba podjąć. W okolicach Beau Vallon decydowało się, czy iść na leżak przy basenie, czy raczej położyć się pod palmą na plaży, jaką książkę czytać, czy wypić guinessa, czy raczej jakiś koktajl z maracują i rumem. Dziewięć i pół godziny lotu boeingiem stąd znajduje się świat zupełnie i

Wróciłem…

Ze wspomnieniami w głowie, z kilkuset fotografiami w aparacie, z poranioną słońcem skórą, z rozjaśnionymi słońcem włosami, z woreczkiem muszli znalezionych na plaży, z ziarenkami piasku między kartkami książek oraz z obietnicą złożoną sobie, że kiedyś tam powrócę.

Tymczasem jednak musiałem powrócić do życia tutaj. Wytrwałem w biurze do późnego popołudnia. W pewnym momencie poczułem, że muszę stąd po prostu wyjść. Natychmiast. Epizod klaustrofobii posturlopowej czy tylko brak świeżego powietrza?

Aby nie tracić czasu, pojechałem do swojego banku zapłacić zaległe rachunki. Nie lubię tego banku. Nie lubię prawie żadnych banków świata, nie tylko mojego. Jedyne banki, jakie lubię, to banki danych. Lubię natomiast być w pobliżu budynku mojego banku. Szczególnie lubię bywać przy wejściu do jego południowego skrzydła. Mój bank jest ogromny i przypomina mi architekturą katolicką katedrę. Pewnie jest w tym jakiś cel, zważywszy, że dla wyznawców religii pieniądza bank to przecież świątynia. Ma nawę główną zamkniętą półeliptycznym ołtarzem utworzonym z mahoniowych biurek, za którymi siedzą kasjerzy (w moim banku nie ma żadnych kasjerek) wyglądający w swoich białych koszulach i ciemnych krawatach jak ministranci. Ma także trzy nawy boczne: nawę kredytów z wąskimi boksami przypominającymi konfesjonały, nawę depozytów i lokat stałych oraz półkolistą nawę z wbudowanymi w ścianę, wykonanymi z grubej pancernej stali, ogromnymi ciężkimi drzwiami, za którymi znajduje się długi, mroczny korytarz prowadzący do hali sejfów, w których klienci przechowują swoje relikwie.