Страница 5 из 56
Ja też w pierwszym odruchu może uciekłbym z Indii i wrócił do domu, gdyby nie to, że miałem bilet powrotny na pływa-jacy wówczas między Gdańskiem i Bombajem statek pasażerski „Batory", ale statek nie mógł przypłynąć, jako że w tym czasie prezydent Egiptu Gamal Naser znacjonalizował Kanał Sueski, na co Anglia i Francja odpowiedziały zbrojną interwencją. Wybuchła wojna, Kanał został zablokowany, „Batory" utknął gdzieś na Morzu Śródziemnym. W ten sposób, odcięty od kraju, zostałem skazany na Indie.
Rzucony na głęboką wodę, nie chciałem jednak utonąć. Uznałem, że może mnie uratować tylko język. Zacząłem się zastanawiać, jak Herodot, wędrując po świecie, radził sobie z językami. Hammer pisze, że nie znał żadnego języka poza greckim, ale ponieważ Grecy byli wówczas rozsiani po całym świecie, wszędzie mieli swoje kolonie, swoje porty i faktorie, więc autor Dziejów mógł korzystać z pomocy napotkanych ziomków, którzy służyli mu za tłumaczy i przewodników. Poza tym grecki to była lingua franca ówczesnego świata, mnóstwo ludzi w Europie, Azji i Afryce mówiło tym językiem, który później zastąpiła łacina, a po niej francuski i angielski.
Mając odcięty odwrót, musiałem podjąć rękawicę. Zacząłem dzień i noc wkuwać słówka. Przykładałem do skroni zimny ręcznik, bo pękała mi głowa. Nie rozstawałem się z Heming-wayem, ale teraz opuszczałem niezrozumiałe opisy i czytałem dialogi, bo były łatwiejsze.
„- How many are you? – Robert Jordan asked.
– We are seven and there are two women.
– Two?
– Yes".
To wszystko rozumiałem! I to także:
„- Augustin is a very good man – Anselmo said.
– You know him well?
– Yes. For a long time".
To też rozumiałem. Zacząłem nabierać otuchy. Chodziłem po mieście, notując napisy na szyldach, nazwy towarów w sklepach, słowa zasłyszane na przystankach autobusowych. W kinach zapisywałem po omacku, po ciemku, napisy na ekranie, spisywałem hasła z transparentów niesionych przez napotkanych na ulicy demonstrantów. Docierałem do Indii nie przez obrazy, dźwięki i zapachy, ale poprzez język, w dodatku język nie rodzimie hinduski, ale obcy, narzucony, na tyle jednak zadomowiony, że był dla mnie kluczem niezbędnym, był tożsamy z tym krajem. Moje zapasy z Indiami to były w pierwszej rundzie zmagania z językiem. Pojąłem, że każdy świat ma własną tajemnicę i że dostęp do niej jest tylko na drodze poznania języka. Bez tego świat ów pozostanie dla nas nieprzenikniony i niepojęty, choćbyśmy spędzili w jego wnętrzu cale lata. Co więcej – zauważyłem związek między nazwaniem a istnieniem, bo stwierdzałem po powrocie do hotelu, że widziałem na mieście tylko to, co umiałem nazwać, że na przykład pamiętałem napotkaną akację, lecz już nie drzewo, które stało obok niej, ale którego nazwy nie znałem. Słowem, rozumiałem, że im więcej będę znał słów, tym bogatszy, pełniejszy i bardziej różnorodny świat otworzy się przede mną.
Przez wszystkie te dni po przylocie do Delhi dręczyła mnie myśl, że nie pracuję jako reporter, że nie zbieram materiałów do tekstów, które będę musiał potem napisać. Przecież nie przyjechałem tu jako turysta! Byłem wysła
Recepcjoniści w moim hotelu doradzali, żebym pojechał do Benares: – Sacred town! – tłumaczyli. (Już wcześniej zwróciło moją uwagę, ile rzeczy jest w Indiach świętych: święte miasto, święta nęka, miliony świętych krów. Rzucało się w oczy, jak bardzo mistyka przenika tutejsze życie, ile jest świątyń, kaplic i spotykanych na każdym kroku przeróżnych ołtarzyków, ile pali się ogni i kadzideł, ilu ludzi ma na czołach znaki rytualne, ilu siedzi nieruchomo wpatrzonych w jakiś punkt mistyczny).
Usłuchałem recepcjonistów i udałem się autobusem do Benares. Jedzie się tam doliną Jamuny i Gangesu przez ziemię płaską i zieloną, pejzaż zaludniony białymi sylwetkami chłopów brodzących po polach ryżowych, grzebiących motykami w ziemi lub niosących na głowach snopki, kosze czy worki. Ale ten widok za oknem często się zmieniał, bo krajobraz coraz to wypełniała wielka woda. Był to czas jesie
Do Benares przyjechaliśmy późnym wieczorem, właściwie już nocą. Miasto jakby nie miało przedmieść, które stopniowo przygotowują nas do spotkania z centrum, bo od razu z ciemnej, głuchej i pustej nocy wjeżdża się tam do jaskrawo oświetlonego, zatłoczonego i hałaśliwego śródmieścia. Dlaczego ci ludzie tak się tłoczą, gniotą, wchodzą na siebie, skoro wokół centrum jest tyle wolnej przestrzeni, tyle miejsca dla wszystkich? Po wyjściu z autobusu poszedłem na spacer. Dotarłem do granicy Benares. Po jednej stronie leżały w ciemnościach martwe, bezludne pola, po drugiej wyrastała nagle zabudowa miasta, już od samego skraju zatłoczonego, ruchliwego, rzęsiście oświetlonego, pełnego hałaśliwej muzyki. Tej potrzeby życia w ścisku, ocierania się o siebie i nieusta
Miejscowi radzili w nocy nie spać, żeby w porę, jeszcze po ciemku, pójść na brzeg Gangesu i tam, na kamie
W istocie, jeszcze było ciemno, kiedy ludzie zaczęli już iść w stronę rzeki. Pojedynczo, grupami. Całe klany. Kolumny pielgrzymek. Kalecy o kulach. Szkielety starców niesione na plecach przez młodych. I
Dojść do schodów nadrzecznych nie jest łatwo, ponieważ poprzedza je gąszcz wąskich, dusznych i brudnych uliczek, szczelnie zapełnionych żebrakami, którzy poszturchując natarczywie pielgrzymów, jednocześnie podnoszą lament tak straszny, tak przejmujący, że cierpnie skóra. Wreszcie, mijając różne przejścia i arkady, wychodzi się na szczyt owych opadających aż do rzeki schodów. Mimo że brzask ledwie się zaznacza, schody zapełniają już tysiące wiernych. Jedni, ruchliwi, przepychają się nie wiadomo dokąd i po co. I
Po przeciwnej stronie Gangesu, który jest w tym miejscu szeroki, rozlewny i leniwy, ciągną się rzędy drewnianych stosów, na których palą się dziesiątki, setki zwłok. Kto ciekaw, za kilka rupii może łódką podpłynąć do tego gigantycznego, na wolnym powietrzu leżącego krematorium. Kręcą się tu półnadzy, osmoleni mężczyźni, ale także wielu młodych chłopców, którzy długimi drągami poprawiają stosy w ten sposób, aby powstał lepszy cug i kremacja szła szybciej, bo kolejka zwłok nie ma końca, czekanie jest długie. Coraz to grabarze zgarniają żarzący się jeszcze popiół i spychają do rzeki. Jakiś czas szary pył unosi się na falach, ale zaraz, nasycony wodą, tonie i znika.