Страница 19 из 32
Matka w tamtych czasach była młodą wiślańską, ewangelicko-augsburską farmaceutką, często miewała dyżury nocne i o najciemniejszych godzinach, o trzeciej albo o czwartej nad ranem, budził ją przeciągły dzwonek, paniczne kołatanie i rytualny okrzyk:
– Pani magister! Pani magister! Przypadek nagły i wymagający natychmiastowej interwencji! Przypadek absolutnie nie cierpiący zwłoki!
Za oszklonymi drzwiami kolebała się zwalista postać, u jej stóp warował pies. Doktor Swobodziczka roztrzęsioną ręką podawał receptę, na której widniało magiczne, przynoszące ulgę, a może nawet euforię zaklęcie: “Morph. Hydr. 002”. Głos mu się łamał naturalnie, doktor zgoła nie musiał imitować spazmatycznego sposobu mówienia.
– Pani magister… Na Zameczku aktualnie przebywa towarzysz pierwszy sekretarz Władysław Gomułka, dostał nagłej kolki, potworne bóle, głowa państwa zwija się w męczarniach, wezwano mnie… Pani magister rozumie, sprawa wagi państwowej.
Za pierwszym, a może nawet i za trzecim razem (Pani magister, na Zameczku przebywa aktualnie premier Józef Cyrankiewicz, dostał nagłej kolki…) był w tym brawurowym pretekście jakiś rys prawdopodobieństwa. Przedwoje
Wiślanie do dziś śpiewają pieśni sławiące jego kunszt lekarski, do dziś usłyszeć tu można historie o powstrzymanych przez niego zarazach, o straszliwych chorobach, które przeganiał bez śladu, o bezbłędnych diagnozach, które nieomylnie stawiał. Wypalała się jego dusza, słabło jego ciało, mowa jego była coraz mniej wyraźna, ale kunszt lekarski zostawał nietknięty. Pożar nałogu trawił w nim wszystko z wyjątkiem umiejętności. z najwyższym trudem zakładał słuchawki, ale skryty w labiryncie wnętrzności szczurzy pisk choroby słyszał doskonale, ręce dygotały przy wypisywaniu recept, ale wypisywał ściśle to, co trzeba. Kiedy kierował do szpitala – szpital był nieuchro
Chorowałem na wszystko. Chorowałem nieusta
– No tak – mówił – kaszel, znowu kaszel. – Przecież on nie kaszle, panie doktorze – wtrącała blada jak ściana i bliska konwulsji matka. – On nie, ja kaszlę – Swobodziczka nie przerywał badania – ja kaszlę i kompletnie nie wiem, co z tym zrobić, jakoś nie przechodzi – zdecydowanym ruchem zdejmował słuchawki. Szedł do stołu, wyjmował receptariusz.
– On będzie kaszlał za dwa dni. Za dwa dni kaszel przyjdzie. a za siedem dni, czyli w sumie za dziewięć dni kaszel przejdzie. Ile on ma lat? – Dziewięć – mówiła matka, w głosie jej słychać było wyraźną ulgę. Doktor przyglądał mi się uważnie. – Dziewięć lat, dziewięć lat, to już najwyższy czas, żeby zacząć rozglądać się po świecie, najwyższy czas, żeby zacząć jakieś typowania. Powiedz, Jerzy, które wolisz, które ci się bardziej podobają, katoliczki czy ewangeliczki? – Katoliczki – odpowiadałem bez namysłu, uskrzydlony wreszcie legalną możliwością mówienia o kobietach. – Katoliczki, a zwłaszcza Urszula i Aldona. – Masz absolutną rację – mówił ze śmiertelną powagą i po chwili dodawał jeszcze jakieś tajemnicze zdanie, zwłaszcza, jak się zdaje, kluczowego w tym zdaniu wyrażenia: “ekumeniczne żądze”, nie tylko nie rozumiałem, ale i prawie nie słyszałem, matka jak pantera rzucała się w kierunku stołu, zasłaniała mnie własnym ciałem, zagłuszała słowa doktora histerycznymi w swej serdeczności zaprosinami do kuchni, skąd zresztą po dobrej chwili słychać było mityczny odgłos: brzęk wyjmowanych z kredensu kieliszków.
Domysłu, że sam skracał swoje życie i z tego powodu darzył samobójców niechęcią i pogardą, doktor Swobodziczka – jestem pewien – nigdy by nie potwierdził. Żadnym słowem, żadnym gestem, za nic nie dałby po sobie poznać, że widzi w ich desperacji własne, w formie skrzywione, lecz w treści prawdziwe odbicie. Jemu rzekomo chodziło wyłącznie o to, że nasi straceńcy zawsze szli w głąb gór i w głąb lasu i tam przepadali, i tam w niedostępnych matecznikach znajdowali sposobną bukową (lasy mieszane) gałąź. a przecież powi
Na przykład młody Oyermah. Nikomu by do głowy nie przyszło, że tak się stanie. Tydzień przedtem byliśmy tam z ojcem, widny i rozległy dom na wzgórzu, pokryte świeżym tynkiem zabudowania gospodarcze, kurza ferma i i
Doktor Swobodziczka klął na czym świat stoi, miotał obelgi, ocierał pot z czoła, groził, że to ostatni samobójca, do którego idzie. w sumie było to trochę dziwne, samobójców nie znosił, ale w końcu zawsze był gotów na każde wezwanie, zjawiał się prędko nawet w środku nocy. (Niewątpliwie bezse