Страница 33 из 38
Czesław Miłosz ma oczywiście absolutną rację, kiedy w swoim nieśmiertelnym wierszu o panience przelotnie widzianej w paryskim metrze (Esse) boleje nad niepoznawalnością istnie- nia, nad niepełnością poznania, nad widmowością literatury daremnie ścigającej byt niedości- gły. „Wysiadła na Raspail. Zostałem z ogromem rzeczy istniejących. Gąbka która cierpi bo nie może napełnić się wodą, rzeka która cierpi bo odbicia obłoków i drzew nie są obłokami i drzewami”. To jest w istotności swojej bardzo wielki fragment. Doceńmy wszakże czytelni- cze upodobania tego, kto siedzi na brzegu i oddaje się kunsztowi subtelnej kontemplacji świata odbitego w wodzie. On siedzi nad rzeką (imię rzeki: Miłosz) i nie chce samych w sobie strasznych obłoków i nie chce samych w sobie drzew niepojętych, z widmami mu znośniej. Być może, losem rzeki jest cierpienie, ale, być może, cierpi ona po to, by tym na brzegu było raźniej. Widzę zamazane, ciemne, jakby odbite w rzece płynącej pod ewangelickim cmentarzem cienie moich nieboszczyków i przeganiam z serca wulgarną nadzieję, i przeganiam z głowy tandetną, sentymentalną i bezbożną myśl o sztuce wskrzeszającej zmarłych. Być może, literatura jest zaklinaniem widm, być mo- że, pomiędzy zaklinaniem widm a wskrzeszaniem zmarłych granica jest niejasna, ale widma niech wy- starczą. Trzeba przeganiać demony, ale trzeba im w pamięci dochowywać wierności. Pamięć
jest substancją tego rzemiosła.
Nie zachowuję rękopisów. Wpierw z wrodzonej zapobiegliwości zapisuję papier obustron- nie (z jednej strony rękopis, z drugiej maszynopis), następnie z wrodzonej skrzętności wiozę zapisany papier do punktu skupu makulatury, gdzie dokonuję korzystnej transakcji, uzyskane zaś w ten sposób pieniądze składam sobie, moim marzeniem jest bowiem kupno w przyszło- ści zacisznej kawalerki. Ponieważ nie zachowuję rękopisów, nie mogę sprawdzić, ale przecież pamiętam dobrze, kiedy zaczynałem pisać, narratorowi i zarazem bohaterowi moich pierw- szych opowiadań zawsze towarzyszyło widmo Dziadka. Nawet pierwsze literackie kroki sta- wiałem w jego wszechwiedzącym towarzystwie. Pisałem opowiadanie o epoce handlu wy- mie
Nawet wtedy, gdy żył jeszcze, dobrze się czułem w towarzystwie jego widma; tak jak i te- raz jest mi znośnie, gdy przez ciemny park, nadrzecznym wałem, za kościołem i za szkołą jedziemy do Domu Zdrojowego po odpady pokonsumpcyjne. Księżyc jest w pełni i cienie kładą się na wodzie. Darzyłem go podziwem, podziwiałem jego klęski, podziwiałem fiaska kolejnych przedsięwzięć, jakże piękne było, że fortuny przechodziły mu przez palce, a on nigdy z tego nie miał ani grosza. Ale teraz jest już koniec, teraz się rozkręca ostatni nieudany interes. Wielkie i ciężkie jak woda księgi rachunkowe przedwoje
I dźwigaliśmy banie pełne dobrego bydlęcego jadła, resztki rosołów, krupników, eskalo- pek, bigosów, sałatek, surówek, rumsztyków zamieniały się w ma