Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 32 из 38

Człowiek pióra zawsze gdy sięgał po kieliszek, myślał o piątej od końca potencjalnej ko- biecie swojego życia, chciał jej odczytać ułożone przez siebie słowo po słowie porównanie porównujące pijaństwo z miłością, chciał być z nią, chciał pijaną dłonią dotykać jej pijanej dłoni, chciał na nowo powtórzyć to, co do niej mówił, choć nie pamiętał, co mówił, chciał jeszcze raz ujrzeć stojące obok wysokie i dorodne damskie widmo, ale piąta od końca poten- cjalna kobieta życia człowieka pióra nie pokazywała się ani na jawie, ani w delirycznych snach. Szóstej od końca nie pamiętał.

Był sam i nie ruszał się z miejsca. Pisał, wydawało mu się, że wreszcie wie, jak pisać, przestał przybierać pozy, przestał spowijać się w trupio udrapowane woale, zrzucał maski, choć nie pisał o sobie, nie pisał ani o swych aktualnych, ani o potencjalnych kobietach, nie ekscytował się swymi nałogami. Pisał i prawie nigdzie nie wychodził. Nie odwiedzał nawet swych ulubionych i pełnych teraz – kiedy kraj wyzwolił się z moskiewskiego jarzma – wsze- lakiego dobra sklepów papierniczych. Jeszcze nie tak dawno, przynajmniej raz w miesiącu, kupował herbaciany papier, elegancki notatnik albo wykwintny zeszyt w linie. Teraz, kiedy skończyły mu się herbaciane arkusze, wyjął z dna szafy ryzę bolszewickiego papieru pośled- niej jakości, przechowywaną tam jeszcze od czasów stanu woje

Przeczuwał nadchodzącą starość i bał się cielesnego nieposłuszeństwa, ale na razie ciało jego budziło się chętnie, głowa ulegała myślom, nogi człowieka pióra chciały go jeszcze nosić po świecie. Najwyraźniej nie był to jeszcze kres wędrówek, a poza tym, prawdą a Bogiem, jakież to dotąd były wędrówki? Gdzież to najdalej człowiek pióra zaszedł na własnych no- gach? Do Kocmyrzowa? Do Swoszowic? Do Tyńca? Komunikacją miejską na Wolę Duchac- ką? Pekaesem do Wisły? Koleją z powrotem do Krakowa? Dajcie spokój. Niekiedy przypo- minał sobie, iż wszystkie potencjalne kobiety jego życia, i ostatnia, i przedostatnia, i trzecia od końca, i czwarta, i piąta, i nawet szósta, której wcale nie pamiętał, chciały z nim pojechać do Wenecji. Wieczorami, kiedy wstawał zza biurka, kiedy otwierał okno, kiedy słyszał głosy stygnącego miasta, coraz intensywniej i coraz praktyczniej myślał o dalekiej, samotnej podróży.

Elegia na wożenie odpadów pokonsumpcyjnych

Kiedy pani Oglądaczowa przyniosła hiobową wiadomość, że w Domu Zdrojowym każde- go wieczora wszeteczne kobiety rozbierają się do naga i tańczą na stołach, dla wszystkich stało się jasne, że to co jest zapowiedziane w Objawieniu Świętego Jana, spełni się lada dzień. Znaki zapowiadające koniec wszystkich rzeczy zawsze były liczne, bluźniercy i szydercy krążyli po Wiśle, zanikała wiara, wzrastało bezprawie, fałszywi prorocy wynajęli dom w Dziechcince i nakłaniali wyznawców do codzie

Jechaliśmy do Domu Zdrojowego po odpady pokonsumpcyjne, konie biegły kłusem, księ- życ był w pełni i na jasnej tarczy widać było cienie astronautów.

Spieszyliśmy się bardzo, banie na wozie dźwięczały jak ostatni dzwonek, spieszyliśmy się, żeby zdążyć przed apokalipsą i żeby zobaczyć gołe wszetecznice.

Jechaliśmy razem, ale nasze doznania nie były jednolite, ja miałem ujrzeć jedne z pierw- szych, a Dzidek Dziadek chyba jedne z ostatnich wszetecznic w życiu, chyba jedne z ostat- nich, choć kto wie. Ja gorączkowo poganiałem konia, on majestatycznie zadzierał głowę i gapił się niespiesznie w pustkę po niebiosach.

W teorii, jeśli jest teoria, wi

Żadne zresztą teorie nie miały dostępu do moich przodków i domowników, żadne poza Pi- smem, a Pismo nie było teorią. Teorii nie było w ogóle, była tylko rzeczywistość, zawiła nie- kiedy i niespójna jak teoria snu. Teoretycznie miałem na przykład na imię Jurek, a on mówił do mnie: Kuba, on był moim Dziadkiem, a ja zwracałem się doń: Dzidku, i w studzie

Matka była za młoda, ojciec był daleki, babcia Maria miała dom i gospodarstwo na głowie, a on był oficerem rozgromionej armii, jego przedwoje

Dzidek Dziadek był godzien najwyższego podziwu i na nim skupiałem cały mój podziw. Jemu pod oknami zawsze grali muzykanci, on się tajemniczo do swych myśli potrafił uśmie- chać, on pilnie pielęgnował chwalebny obyczaj duchowej izolacji, zawsze w drodze powrot- nej z poczty do domu w „Piaście” (później „Ogrodowa”) wypijał duszkiem dwieście gramów czystej i gdy w parę chwil później szedł przez podwórze i wchodził do kuchni, był całkowicie gotów do starcia z psychopatologią życia codzie

– Jak matka? – pytał i kładł teczkę na stole i powoli rozwiązywał modry pocztowy krawat

– Jak dziś matka?

– Poszła do Partecznika, zła jest jak osa – odpowiadaliśmy rytualnie – wściekła jest strasz- nie, chyba diabeł ją dziś opętał.

– Diabeł ją dziś opętał? Ciekawe, że akurat w czwartek? – zasępiał się dziadek i nierucho- miał z chabrową pętlą w garści.

Trzeba dochowywać wierności własnym demonom. Pytanie: dlaczego diabeł przyszedł w czwartek? jest dla mnie jednym z możliwych początków literatury, jednym z powodów pisa- nia, jednym z pierwszych impulsów – jakby Mariana Stalę sparafrazował Heidegger – litera- turoodczucia, literaturoodczucia świata. Na pytanie, dlaczego diabeł przyszedł w czwartek, raczej nie ma dobrej odpowiedzi i można tu jedynie jedyną rzecz uczynić, można zapisać to pytanie. Można, rzecz jasna, daremnie dociekać, jaki to był czwartek (umowny, a więc nieist- niejący dzień pomiędzy środą a piątkiem, zupa pomidorowa była w ten czwartek na obiad), jaki to był diabeł (tu akurat był diabeł Marcina Lutra, diabeł z krwi i kości, z krwi ciemnej, z kości smolistej, z ofajdanych kopyt, z cuchnącego chwostu, z chitynowych rogów, z pazurów przerośniętych gnojem, śpiew diabła słychać było nad Partecznikiem), można podziwiać es- tetyczną siłę tej frazy, piękne napięcie, jakie tu jest pomiędzy codzie