Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 27 из 38

Prawdziwy strach to było widmo śmierci chodzącej po górach, prawdziwy strach to byli starzy ewangelicy w otwartych trumnach, prawdziwy strach to było nacieranie twarzy zmar- łego spirytusem. Babcia Czyżowa była biegła w tych czy

Do dziś, jak zdarza mi się być na pogrzebie w Wiśle, gdy przychodzi moment podnoszenia trumny z ołtarza, widzę, jak niektórzy starzy ewangelicy zrywają się z miejsc, i widzę, z ja- kim niedowierzaniem przyjmują, że to co przez lata czyniły całe pokolenia, robią teraz spece w białych rękawiczkach. Robią to elegancko i wprawnie, ale w twarzach starych ewangeli- ków jest rys mówiący, iż powstanie zakładów pogrzebowych również świadczy o upadku naszych czasów. Proste porównanie auta – karawanu z pleśniejącą w szopie starą Konkordią, na drewnie której litery alfa i omega są już ledwo czytelne, zostawiam na boku.

Staliśmy pod oknami w wielkiej izbie i patrzyliśmy na przechodzące pogrzeby. Na wieży kościelny pociągał za sznury dzwonów. Wymowian powoził, a sztywna noga, którą z trudem umieszczał na koźle, dodawała mu dostojeństwa. Kondukt przechodził i znikał, a kiedy dzwony przestawały dzwonić, znaczyło to, że pogrzebnicy są już na cmentarzu. Nie było się czego bać.

Kocia muzyka

Z niejakim opóźnieniem zauważyłem, że Hanula w końcu przywiozła kota z Francji. Samo nadejście kota, sam moment jego przyjścia, umknął mej uwadze – słaby byłem wtedy i w upadku.

Spoczywałem w bólu i cichości i podziwiałem umiar oczekiwań, jakie w stosunku do mnie żywią moi bliźni. Leżałem spowity czarną kołdrą udręki i podziwiałem skromność stawia- nych mi wymagań. Ciężka powi

Gdyby nie to, że jestem całkiem wewnętrznie wypalony i straciłem czucie, byłoby to wręcz upokarzające, i

Markotno mi było i wstyd. I dopiero gdy mgły się podniosły, gdy kot się całkiem z tumanu mojej rozpaczy wyłonił, wyrzuty sumienia mi przeszły jak ręką odjął. Dobrzem uczynił, żem tego kota od razu nie zauważył, zaoszczędzonych mi zostało choć kilka dni potwornego wstrząsu, chyba instynkt albo i Pan Bóg mnie prowadził. Co za kocia morda! Co za pysk! Ile fałszu! Jakie zwyrodnienie! Quel monstre! Podnoszę się, wracam do świata, a tu nade mną kolebie się koci łeb jak fałszywa latarnia. Kolebie się i uśmiecha obłudnie.

Koty – jak powszechnie wiadomo – są z natury fałszywe i mordy kocie pełne są, bez wy- jątku, fałszywego wyrazu. I ten to ma, pysk mu powleka grymas obłudy. Ale coś w nim jest jeszcze w dodatkowym stopniu zdegenerowanego, jakiś dodatkowy cynizm, jakaś zbrodni- czość znaczniejsza od przeciętnej kociej zbrodniczości. Łasi się serwilistycznie, przeciąga, ziewa i z tym ziewnięciem dolatuje mnie mdły obłok klasycznego zapachu. Chryste Panie, przecież od tego bydlaka Chanelem zajeżdża! Włosy mi dęba stanęły, ręce na nowo trząść się zaczęły i gdyby nie to, że to nie kot, a kotka, to bym tego kota grubym słowem do mniejszo- ści erotycznej zaliczył. Przecież ja cię, bestio – pomyślałem sobie – ja cię, bestio, w „Tygo- dniku Powszechnym” obsmaruję, ja zaraz jadowity tekst pt. Kot na równi pochyłej napiszę i suchego miejsca na tobie nie zostawię! Powstrzymałem się przed tą jedyną znaną mi formą ludzkiej aktywności, powstrzymałem się, ale już wiedziałem, już byłem w domu.

Wszak ten kot to Francuz, uświadomiłem sobie z całą mocą, ten kot z Francji przyjechał i oprócz naturalnego, kociego zbójectwa jest w nim jeszcze dodatkowe francuskie zwyrodnie- nie. Patrzyłem na tego fircyka, patrzyłem na tę paryską kreaturę, patrzyłem na to biedne zwie- rzę z racji samej swej geograficznej proweniencji upadłe, spoglądałem nań uporczywie, jakby samą jego występnością urzeczony, spoglądałem i z wolna, z wolna ohyda jęła się przeradzać w fascynację.

Widziałem w jego oczach otchłań czarną jak Noc św. Bartłomieja, z jego iskrzącej sierści wyskakiwały płomienie stosu Joa

Sezon dawania sprawozdań z własnego nieudacznictwa minął bezpowrotnie, dalej wpraw- dzie nikt niczego ode mnie nie oczekiwał, ale pojawił się upadły francuski kot i mogłem tro- chę sentymentalnie i trochę dzieci