Страница 26 из 38
Uważnie przyglądam się siedzącej po drugiej stronie biurka wdowie. Jej stara
Nietypowa sprawa, z którą przychodzi, polega na tym, że niedawno śnił się jej mąż nie- boszczyk. Sen był piękny i bolesny. Była w tym śnie razem ze zmarłym mężem w wielkiej poczekalni, może był to wielki port, może dworzec, może lotnisko. Mieli razem gdzieś je- chać, nie dźwigali wprawdzie żadnych bagaży, ale oboje mieli bilety. Wokół tłumy ludzi i niezwykłe, gęstniejące światło, jakby zmierzch zapamiętany z dzieciństwa. Wszyscy gdzieś szli, kontrolerzy w kuloodpornych kamizelkach sprawdzali bilety i mąż przeszedł na drugą stronę i oddalał się coraz bardziej, i machał do niej, a ona w tłumie w coraz większych ciem- nościach nie mogła się do niego dostać, choć jak najwyżej unosiła rękę z biletem. I on pole- ciał, a może popłynął bez niej, i obudziła się w płaczu, w rozpaczy, ale też w poczuciu nie- zwykłego piękna. – Mój sen był piękny jak wiersz – powiedziała – i chcę, żeby o moim śnie został napisany wiersz.
Spoglądałem na nią, wdychałem zapach jej perfum i bolałem nad tym, że sam nie potrafię wiersza o jej śnie napisać. Dziwię się nieusta
Z powodu sentymentalnych skło
Konkordia
Niekiedy powietrze było gęste jak szkło powiększające. Stałem w wielkiej izbie przy oknie i ludzi na moście widziałem jak na dłoni. Dwie florecistki w czerwonych dresach szły w kie- runku boiska, były po drugiej stronie wielkich mas upalnego powietrza, dotykały balustrady, ta z dłuższymi włosami unosiła w górę dłoń. Za nimi jaśniała droga do Partecznika, zza od- dalonego o kilometr zakrętu wyłaniały się dwa końskie łby. – Konkordia już jedzie – mówiła Babcia, stała przy drugim oknie i mówiła – Oho, Konkordia już jedzie. Na piaszczyste roz- staje wjeżdżała czarna kareta, odświętnie ubrany Wymowian siedział na koźle, wypucowane konie szły lekkim kłusem, czarny wóz ryzykownie kolebał się na wybojach. Florecistki w czerwonych dresach skręciły do ośrodka sportowego, postanowiłem, że ożenię się z krócej ostrzyżoną. Babcia Czyżowa raptownie odwracała się i biegła do kuchni, na kościelnej wieży rozlegały się dzwony.
Śmierć zawsze, codzie
Konie jechały wprost na mnie, pusta Konkordia sprawiała wrażenie wehikułu prowizo- rycznego i byle jakiego. Wymowian ulegał przyrodzonej skło
Nad powodami, z których karawan określany był w moich stronach łacińskim słowem concordia, prowadziłem studia wnikliwe, ale ostrożne. Ostrożność brała się stąd, że gdy jako młody prowincjonalny, kacerski barbarzyńca przestąpiłem progi Uniwersytetu w Krakowie, jeden z tamtejszych uczonych, któremu gotów byłem czapkować i bić pokłony, odbył ze mną rozmowę na temat kulturowej otchła
Mój paniczny strach przed światem wielkiej nauki i przed wielkim światem w ogóle wzmógł się. Wyszło, że nie wiem niczego, że nie wiem nawet tego, co wydawało mi się, że wiem niezbicie. Kirkawica, którą prawie widzę z okien, jest górą o grzbiecie rozczochranym, zboczach zmierzwionych, górą jakby figlarnie wytarmoszoną przez króla wiatrów Boreasza. A słowo „kirkać” w moim, w tamtym narzeczu, znaczy właśnie: mierzwić, czochrać, tarmo- sić. Tu zaś okazuje się, że nie jest to nazwa, co pochodzi prosto od kształtu, ale jest to nazwa, co ją greccy bogowie nadawali. Toteż w badaniu mechanizmów asymilacji słowa concordia w świadomość ludu miejscowego byłem powściągliwy. Oglądałem słowniki, pytałem znawców, sondowałem miejscowych historyków sprzętu pogrzebowego i w końcu wyszło na to, że najpewniej określenie Konkordia jest od nazwy przedwoje
Stary kościelny opowiadał, jak układała się geografia składek na wiślańską Konkordię, kiedy męczeńsko obchodził w tym celu doliny. Jarzębianie, na przykład, nie kwapili się do wyłożenia na wóz pogrzebowy, w końcu mieli dwa kroki do cmentarza i, rzecz jasna, nie szło tu o żadne zbyteczne wydatki, przeciwnie, bliskość cmentarza czyniła ich pogrzeby krótkimi i ubogimi. Mieszkańcy tej przycmentarnej góry mieli poczucie outsiderstwa swych pochów- ków, a tu wozem miało być jeszcze prędzej, jeszcze krócej.
Kiedy po południu pogrzeby przechodziły pod naszymi oknami, powietrze było już chłod- niejsze i nie miało mocy teleskopu, nie było widać, kto jest na moście, ale widziałem twarze pogrzebników, z przodu szedł nieżyciowo poważny synek z krzyżem, potem ksiądz Wantuła albo ksiądz Fiszkał, albo ksiądz Frank. Śpiewał chór. Wymowian statecznie ściskał lejce, my- ślał o tym, że na drodze z cmentarza znów puści konie ostrym kłusem, a może i galopem. Pogrzebnicy śpiewali, ale w przerwach pomiędzy pieśniami mówili do siebie, ich żałoba i stateczność zdawała się pierzchać. Zbliżał się cmentarz, najmniej straszna część pogrzebu. Zbliżało się prawdziwe i naznaczone harmonią ukojenie.
Nigdy nie bałem się cmentarzy. Nawet w najgłębszym dzieciństwie. Kiedy czytałem dzie- siątki rozmaitych młodzieżowych powieści, w których kluczowe, najstraszniejsze rzeczy działy się na cmentarzach, groza tych scen nie imała się mojej, skądinąd lękliwej, duszy. Z cmentarnego epizodu w Tomku Sawyerze, owszem, zapamiętałem to i owo, na przykład, zda- nie: „Potem obrabował zwłoki, wcisnął zdradziecki nóż w prawą dłoń Pottera i usiadł na roz- bitej trumnie”, ale zapamiętałem to chyba raczej z powodu pewnej (do dziś zresztą aktualnej) komiczności niż z powodu strachu.