Страница 21 из 38
Potem rósł zdrowo, choć specjalnie nie wyrósł. Dobrze mu szły rachunki, ogrywał wszyst- kich w szachy i lubił straceńcze zabawy. Szkoła powszechna, gimnazjum, matura, dwa lata wojska i chwalebna praca montera trakcji wysokiego napięcia. (Jest bardzo możliwe, że taka praca wymaga straceńczej odwagi i szachowej precyzji). Nieudane małżeństwo. (Jeśli kogoś ciekawią kobiety, zdarzać mu się mogą w małżeństwie rozmaite perypetie. Ale ktoś kogo w ogóle nie ciekawią kobiety, skazany jest na małżeńskie fiasko). Nieudane małżeństwo. Byle jaki dom. Picie. Picie muliste, posępne i bez polotu. Któregoś wieczoru w knajpie zakrztusił się kawałkiem kiełbasy zwyczajnej na gorąco. Wstał zza stolika, pokasłując wyszedł na ze- wnątrz, wpierw usiadł, a potem legł na parkowej ławce. Kawałek kiełbasy zwyczajnej na do- bre utkwił mu w krtani. Umarł. Do rana wystygł i zesztywniał. Kiedyśmy go znaleźli, jeden but miał tylko na prawej nodze, drugiego nie było. Zawsze mnie raziła pewna tandetność wszelkich symbolicznych przesłań. Bo niezbicie wyglądało, jakby ten niewidzialny, co mu nocą but ściągnął, wiedział, że stryj Adam całe życie co najwyżej jedną stopą dotykał ziemi. A i to nie bardzo.
Obłoki nad Czantorią
Z okien hotelu widzę dachy Genewy, od zawsze znam to miasto, bo przecież od zawsze Biskup Wantuła posyłał stąd kartki. O szóstej dzwonią katedralne dzwony, ciemnieje przed burzą, duchota niepojęta. Z jakich czasów, z jakich wcieleń i z jakich powodów jest we mnie strach przed podróżowaniem? Czemu już w ekspresie InterCity Kraków – Warszawa nacho- dzą mnie mdłości według Jeana Paula Sartre'a i czemu potem w samolocie lecącym nad Eu- ropą stygnę i obojętnieję jak skazaniec w celi? Alpy wyłaniają się z mglistego powietrza i mało, że ja na ten niesłychany widok żadnego nie doznaję uniesienia, mało, że żadnych ma- rzeń, wzruszeń, epifanii, mało tego. Mój istotny stosunek do Alp wyłaniających się z mgliste- go powietrza jest w zasadzie wrogi.
Jestem gotów do zasadniczej polemiki z tym masywem skalnym, jestem gotów przypuścić nań frontalny atak, jestem gotów obalić jego zasadnicze tezy. Zaznaczam na wszelki wypa- dek, że mój zapał do sporu nie ma żadnych genetycznych związków z trywialnymi odruchami psychologicznymi. Nie bierze się on, na przykład, ze strachu przed lataniem. Lecieć jest przyjemnie, nie lubię podróżować, ale lot sam w sobie jest stanem zawieszenia wszystkiego: zawieszenia przedmiotów, zawieszenia wolnej woli i zawieszenia śmiałych decyzji. Lecisz i absolutnie nic od ciebie nie zależy i to jest byt błogi. Docelowość lotu czyniąca zeń podróż mierzi, ale lot sam w sobie koi, a nawet upaja. Alpy widoczne w dole porządek i tożsamość lotu naruszają w sposób żenujący i zgoła bezwstydny. A potem jeszcze, jak się wyląduje, Le- man – woda sama w sobie o wiele słabsza od wiersza Mickiewicza. Przyroda tu daje zwodni- czą zapowiedź znaku i niejeden dał się nabrać, niejeden uległ mylnej inspiracji. Bo też pokusa jest silna.
Kiedy osiem lat temu mieszkałem przez tydzień w Loza
Czyli strach przed podróżowaniem może być strachem przed ujrzeniem znaku, usłysze- niem głosu. Podróżuje się wszakże (jeśli podróż jest podróżą bezinteresowną, podróżą samą w sobie) do miejsc intensywnych, do miejsc silnie sugerujących istnienie ukrytego ładu, pod- ziemnego języka, gotowości artykulacyjnej, trawy, skały, chmury. Stąd mdłości egzystencjal- ne. Leci się nad Alpami, stoi się nad Lemanem i pewne jest, że gdyby góry przemówiły albo gdyby woda wywiesiła jakiś wymowny transparent, pewne jest, że wówczas człowiekowi zrobi się niedobrze.
Można też mechanikę strachu przed podróżowaniem rozłożyć na prostsze części, można dać prostszą egzegezę. Wielkodusznie pomijam miniony system i preferowane przezeń za- mknięcie przestrzeni. Towarzysze preferowali bezruch. Nieruchomość i niezmie
Jeśli nieruchomość systemu wpłynęła i na moją nieruchawość, zostawiam to na boku, nie uskarżam się i nie dociekam, spokojnie mogę zabrać do grobu ewentualnie uczynione mi przez reżim podróżnicze szkody i przestrze
Lecę boeingiem nad Alpami, w kieszeni mam paszport namacalny i banalny jak karta ro- werowa, z okien hotelu „Savoy” patrzę na dachy Genewy, komunizm upadł, zanim zdążyłem się zestarzeć. Gładko oswoiłem się z myślą, że ani w paszporcie w kieszeni, ani w upadku komunizmu, ani w dachach Genewy nie ma nic sensacyjnego. Kiedy wszakże pomyślę, że wystarczą dwa pokolenia, co mówię – dwa, jedno pokolenie wystarczy do tyłu i otwiera się epoka, w której ko