Страница 17 из 38
Możliwość dopisania dalszego ciągu tej refleksji jest w swej komiczności dość trywialna. Po co kochać, jak już się kochało? Po co jeść, jak już się jadło? Po co jechać do Wisły, jak już się tam było? Po co iść do kina, jak już się było w kinie? Z takiego mianowicie powodu, że życie jest jednorazowe i w swej jednorazowości produkuje silny, mityczny i nieubłagany głód powtarzalności. Książek nie czyta się po to, aby je pamiętać. Książki czyta się po to, aby je zapominać, zapomina się je zaś po to, by móc znów je czytać. Biblioteka jest zbiorem snów zapomnianych, ale utrwalonych, jest szansą nieusta
„przeżyjmy to jeszcze raz”, to ponowne uruchomienie snu, a sen choć już kiedyś śniony, zaw- sze jest nieprzewidywalny. Po co zasypiać, jak człowiek i tak się obudzi, i po co się budzić, jak człowiek i tak uśnie?
Obraz literatury jako snu, biblioteki – se
Budzisz się z niespokojnych snów i obojętnie, czy budzisz się w lodowatym domu w gó- rach, czy w rozgrzanym jak piec martenowski wieżowcu na Francesco Nullo i tak dygoczesz w niepojętej furii, zbytecznie rozwijasz swe retoryczne możliwości i udajesz, że nie wiesz, przeciw komu masz swą udrękę i furie obrócić, udajesz, że nie widzisz ani nie zapisanych, eleganckich zeszytów w linię, ani ryzy luksusowego i dziewiczo nietkniętego atramentem papieru na biurku. I po co udajesz, po co udajesz, jak i tak niczego i
Seans z wielbicielką
Piotrowi Mucharskiemu
Z filmu Woody Allena pt. Przejrzeć Harry'ego pamiętam niewiele, ponieważ byłem w ki- nie z wielbicielką mojej twórczości. Wielbicielka mojej twórczości siedziała obok, zarykiwała się ze śmiechu, z niesłychanym entuzjazmem grzmociła mnie pięścią w bok i raz po raz zna- cząco spoglądała to na mnie, to na ekran. Ja siedziałem z kamie
Nie byłem pewien, czy wielbicielkę mojej twórczości śmieszą mizerne analogie pomiędzy światem mojej osoby a światem przedstawionym filmu, czy przeciwnie (nietaktownie), śmie- szy ją przepaść, jaka jest pomiędzy mną a Woody Allenem. Owszem, pomiędzy mną a Wo- ody Allenem jest przepaść, ale to nie musi być powodem niewybrednych szyderstw. Będę brutalny: pomiędzy wielbicielką mojej twórczości a Elizabeth Shue (kreującą w filmie rolę Fay, wielbicielki twórczości pisarza Blocka, kreowanego przez Allena) jest także przepaść, ale ja elegancko nie naigrawam się z tego powodu z nieszczęsnej Elizabeth – Fay. Naigrawa- nie się za moim pośrednictwem z Woody Allena jest zresztą piętrowo nietaktowne, trąci mia- nowicie protestanckim antysemityzmem. Wielbicielka mojej twórczości, słysząc często gęsto padające z ekranu dowcipy żydowskie i antyżydowskie, wprost boki zrywała ze śmiechu, powiedzmy, że miała do tego uprawnienia – wielbicielka mojej twórczości co najmniej z dwóch powodów uważa się za Żydówkę: powód pierwszy jest taki, że jedna z prababek wiel- bicielki mojej twórczości była Singerówna z domu; powód drugi nazwać można solidarno- ściowym – wielbicielka mojej twórczości jest rocznik 1968. Proszę bardzo: śmiej się, po- chopna Sulamitko, z antysemickich dowcipów, mnie posępnego i znającego mroki nietoleran- cji protestanta takie, pożal się Boże, brawurowe wice nie śmieszą.
Powiem wprost: główny bohater filmu Harry Block jest pisarzem i ja także pisaniem zara- biam na bułę z masłem i na tym wszelkie analogie pomiędzy nami się kończą. Reszta to są zasadnicze różnice, ewentualnie analogie fałszywe i pozorne, których fałsz i pozór zaraz wy- punktuję i obnażę. Uczynię to nie tylko celem oświecenia wielbicielki mojej twórczości, uczynię to nie tylko celem publicznego uwypuklenia różnic pomiędzy twórcą sarmackim a twórcą amerykańskim, uczynię to przede wszystkim celem wzmożenia własnej tożsamości i co za tym idzie, rozjaśnienia ciemnych myśli, co okresowo zasnuwają moją głowę. A zatem obnażam i punktuję:
Block-Allen pisze po angielsku -ja piszę po polsku. On pisze na maszynie – ja piszę ręcz- nie. Block-Allen notorycznie wchodzi z najbliższym otoczeniem (a to ze szwagierką, a to z pacjentką żony, a to z wielbicielką jego twórczości) w intensywne więzi erotyczne, które to więzi z kolei dokumentnie (pobieżnie zmieniając realia) opisuje w swoich książkach. Ja – nic podobnego. Ani nie wchodzę w więzi, ani ich nie opisuję, a jak zmieniam realia, to gruntow- nie i nie do rozpoznania. W ogóle mam graniczącą z nałogiem zasadę zmieniania realiów, na przykład piszę: „buła z masłem”, choć w rzeczywistości nie jadam masła, buły, owszem, ja- dam (ale bez masła), w rzeczywistości absolutyzuję buły, neguję masło, w literaturze zaś zmieniam realia, daję bułę z masłem i obiektywizuję tym samym świat przedstawiony. Piszę np.: „moja toksyczna matka”, choć w rzeczywistości moja matka to jest święta kobieta
(świętość nie wyklucza toksyczności, kto wie, może nawet jest jej warunkiem); w literaturze neguję wszakże jej świętość, zmieniam realia i eksponuję jej toksyczność, bo akurat toksycz- ność matki jest „temu ja”, co pisze, niezbędnie konieczna dla należytej kompozycji dzieła sztuki. Piszę np. że zupełnie nie pamiętam przeczytanych książek, jest to wywołana podję- ciem autoszyderczej tonacji Patricka Suskinda zmiana realiów, w rzeczywistości pamiętam więcej, a o rzeczach, które pamiętam świetnie, w ogóle nie piszę, ponieważ ciekawi mnie akurat rozważenie pogrążonej w wiecznym cieniu strony niepamięci. Nie ma zatem czegoś takiego jak kosmetyczna zmiana niektórych realiów, ponieważ nie ma nieistotnych realiów. Zarówno buła z masłem, jak i noszona pod czaszką widmowa biblioteka to są elementy kon- strukcji, a nie sposoby pseudonimowania.
I