Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 36 из 53

– Piękna rzeźba – powiedziałem.

Służący skwapliwie pokiwał głową.

– Mistrz Ignacius specjalnie sprowadzał rzeźbiarzy z Hezu – wyjaśnił.

Mistrz Ignacius był starszym tiriańskiego Inkwizytorium. Pamiętałem go jeszcze ze szkoły, gdyż przybył niegdyś na cykl gości

Służący otworzył drzwi i weszliśmy do chłodnej, kamie

– Proszę na lewo, mistrzu – powiedział. – Mistrz Ignacius wieczerza.

Znowu rozwarł przede mną następne drzwi, tym razem prowadzące do niedużej komnaty, w której stały prostokątny stół i osiem rzeźbionych krzeseł o wysokich oparciach. Tylko jedno z nich było zajęte, a siedział na nim pulchny, niski człowieczek z wianuszkiem włosów, otaczających mu łysinę, niczym wieniec laurowy. Kiedy mnie zobaczył, wstał wolno i odłożył nóż, którym kroił właśnie tłustą pieczeń.

– Kogo mam zaszczyt gościć? – zapytał niezbyt wyraźnie, bo miał pełne usta.

– Jestem Mordimer Madderdin, inkwizytor Jego Ekscelencji biskupa Hez-hezronu – po raz trzeci, i miałem nadzieję, że ostatni, wygłosiłem tę formułkę.

– Witam, drogi Mordimerze! – zakrzyknął, jakbym był upragnionym i z dawna spodziewanym gościem. – Jakżeś się zmienił od czasów szkoły!

– Wasza dostojność mnie pamięta? – spytałem uprzejmie.

– Oczywiście, Mordimer. I proszę, nie zawstydzaj mnie „waszą dostojnością”. Nie jesteś już uczniem, lecz inkwizytorem, o którego dokonaniach wiele tu słyszeliśmy, na naszej głuchej i spokojnej prowincji.

– Jesteś zbyt uprzejmy, Ignaciusie – pochyliłem głowę.

– Tak, tak, siadaj, Mordimer. – Wskazał mi krzesło naprzeciw siebie. – Manuelu, przynieś drugie nakrycie, proszę. Zmężniałeś – rzekł, znów obracając na mnie wzrok. – Pamiętam cię jako chudego, wiecznie milczącego szesnastolatka, mój drogi. Wiesz, że nigdy nie zadałeś mi żadnego pytania?

– Słuchałem – odparłem, gdyż lepiej pamiętał przeszłość ode mnie i byłem tym zdumiony.

– To prawda, pilnie słuchałeś. I zastanawiałeś się, jak blisko jestem herezji, prawda?

Drgnąłem. Czyżby było to aż tak widoczne? Faktycznie, jedno zdarzenie akurat sobie przypomniałem. Kiedyś, gdy słuchałem wykładu Ignaciusa przemknęła mi przez głowę myśl: „Spłoniesz, mistrzu. Spłoniesz z całą pewnością”. I zaraz się tej myśli sam przestraszyłem. Skąd mógł wiedzieć? Czy wszystkich uczniów pamiętał i rozumiał aż tak dobrze?

– Byłem niedoświadczony, Ignaciusie – odparłem łagodnie. – I być może nie rozumiałem, że wiara umacnia się w ogniu dyskusji.

– W ogniu dyskusji – powtórzył. – Cóż, nie wszyscy tak myślą – spojrzał na mnie badawczo. – Większość sądzi, że należy wierzyć bez zbędnego mędrkowania.

– Również mają rację – odparłem. – Bo wszystko zależy od tego, kto dyskutuje i jak daleko sięga dyskusyjny zapał.

– Zapał, ogień… Jakże blisko od tych słów do płomienia i stosu… – powiedział zamyślony.

Służący, nazywany przez Ignaciusa Manuelem, przyniósł na tacy talerz, nóż i metalowy kubeczek.

– Częstuj się, Mordimer – zaprosił mnie dawny nauczyciel. – Czym chata bogata… – Dał znak Manuelowi, by opuścił komnatę.

– To miło, że przestrzegasz starych zwyczajów i przyszedłeś nas odwiedzić – powiedział, kiedy odkrawałem sobie najmniej tłusty, a za to dobrze wypieczony kawałek mięsa. – Spróbuj chleba – dodał. – Mamy własną piekarnię i śmiem twierdzić, że robimy najlepszy chleb w Tirianie. Taaak – ciągnął. – Dobrze widzieć, że młode pokolenie szanuje odwieczne obyczaje, na których wyrośliśmy i o które dbaliśmy.

Mógł sobie darować te nostalgiczne uwagi, ale przyjąłem je z uśmiechem. Ignacius sprawiał wrażenie sympatycznego, poczciwego i dobrze trzymającego się staruszka. Czy próbował mnie nabrać, czy też tak bardzo przyzwyczaił się do gry, że stała się jego drugim życiem i grał bezwiednie? Nieważne. Był inkwizytorem, a w Inkwizytorium nie pracują sympatyczni i poczciwi staruszkowie, z łezką w oku wspominający chwałę dawnych czasów.

– Czy nie obrazisz się, Mordimer, jeśli spytam cię o cel wizyty w Tirianie? Może będę ci mógł w czymś pomóc?

– Jesteś niezwykle uprzejmy, Ignaciusie – powtórzyłem niedawno wygłoszoną kwestię. – Ale powiedziałbym, że odwiedziny w Tirianie traktuję jak dawno mi należne wakacje. Pewien bogaty kupiec, pozwól, że nie wymienię jego nazwiska, postanowił sfinansować mój pobyt tutaj. I to pobyt w miłym towarzystwie – mrugnąłem znacząco. – W zamian za niedawno oddane przysługi.

– Ach, tak – uśmiechnął się. – Wybrałeś więc właśnie Tirian jako miejsce odpoczynku. Jak miło!

W jego głosie nie wyczułem ani szyderstwa, ani ironii. Grał swoją rolę bezbłędnie, więc i ja zamierzałem grać swoją.

– Och, nie ukrywam, że postanowiłem połączyć przyjemne z pożytecznym – rzekłem z lekkim zakłopotaniem. – I mam nadzieję na pewne spotkanie w interesach. Jednak, wybacz, że nie mogę o tym mówić, gdyż nie działam tylko w swoim imieniu i zobowiązano mnie do utrzymania tajemnicy. Niestety, Ignaciusie, Jego Ekscelencja biskup Hez-hezronu, niech Pan czuwa nad jego świątobliwą duszą, niezwykle skrupulatnie liczy rozchody biskupstwa…

– … a co za tym idzie inkwizytorskie pensje – zaśmiał się. – Skąd ja to znam? Ale oczywiście, Mordimerze – dodał. – W interesach dyskrecja jest rzeczą świętą i nie zamierzam cię skłaniać do złamania danego słowa. Jednak z twoich słów rozumiem, że odwiedziny Tirianu nie są w żaden sposób związane z twoją działalnością, jako inkwizytora Jego Ekscelencji?

– Boże broń, Ignaciusie – powiedziałem.

Przez chwilę jedliśmy w milczeniu i spróbowałem wina, którym poczęstował mnie tiriański inkwizytor.

– Alhamra – powiedziałem, próbując. – Miód w gębie.

– Mamy specjalną zniżkę – mrugnął porozumiewawczo. – Bo w Hezie już każą sobie słono za nie liczyć…

– O, tak – westchnąłem. – Widzę, że i w Tirianie bracia chętniej spędzają czas we własnych kwaterach niż w Inkwizytorium – dodałem.

– Dlaczego tak sądzisz? – zmrużył oczy.

– Wieczerzasz sam – odrzekłem. – Ale ja też wolę pokój w karczmie niż nasze dormitorium.

– Jest nas pięciu – odparł – i wszyscy mieszkamy w Inkwizytorium. Jednak teraz moi czterej bracia przebywają poza miastem i zostałem sam. Tak więc cieszę się, że dotrzymasz mi towarzystwa dzisiejszego wieczoru.

Zaciekawiło mnie, cóż za pilne sprawy wyrwały z miasta wszystkich inkwizytorów, ale wiedziałem, że nie wypada się dopytywać. Jednak fakt, że piątka inkwizytorów mieszkała razem, był nieco dziwny. Chociaż, może w Tirianie obowiązywały i

Z Ignaciusem spędziłem miły wieczór przy dzbanku dobrego wina. Gawędziliśmy leniwie, on opowiadał tiriańskie plotki, a ja zwierzałem się z tego, jak żyje się w bliskości Gersarda, ekscelencji biskupa. Z tym że, chyba wierzycie, mili moi, iż wasz uniżony sługa nie pozwolił sobie na wypowiedzenie ani jednego zbędnego słowa, a o atakach podagry Gersarda mówił z podszytym współczuciem szacunkiem. W końcu samo Pismo mówi: „Nie każdemu człowiekowi otwieraj serce swoje”. I jak mało kto na świecie mogę świadczyć o niezwykłej słuszności tych słów.

Kiedy zaświtał pierwszy poranek mojej bytności w Tirianie, odemknąłem okie