Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 17 из 53

– Ojcze nasz – zacząłem znowu, choć modlitwa nie przynosiła ukojenia, a tylko wzmagała ból.

Ja jednak zdawałem się już płynąć gdzieś wśród kolorów i obrazów, otulony jaskrawym, żółtym blaskiem.

Musiałem siedmiokrotnie powtórzyć modlitwę, zanim poprzez zamknięte oczy wyraźnie dostrzegłem ogród i dom. Nie były takie, jak mogłem zapamiętać wcześniej. Dom pulsował mrokiem, zdawał się zbliżać i oddalać. Ogród jarzył się wściekłą, bolesną zielenią. Wyraźnie widziałem zeschnięte wiśnie uczepione gałązek drzewa, które teraz zdawały się brunatnymi potworkami o szczękach wypełnionych zębami w kształcie igieł. Widziałem krążące wokół tego domu istoty, których nie sposób opisać za pomocą słów. Stwory bez wyraźnych kształtów i barw, unoszące się nad ziemią i leniwie płynące w powietrzu. Obserwowanie ich budziło grozę, którą tylko modlitwa pozwalała mi przezwyciężyć. Modliłem się i wydawało mi się, że cały jestem już tylko ulepiony z bólu. Ale gdybym przerwał litanię w tym właśnie momencie, kto wie, czy nie znalazłbym się w polu widzenia bezkształtnych monstrów. A sama myśl, iż któryś mógłby spojrzeć w moją stronę, wywoływała paroksyzm przerażenia.

Teraz mogłem już swobodnie się rozglądać. Ba, mogłem, chwyciwszy za wieżyczkę na dachu, obracać dom, to w lewo, to w prawo, by zajrzeć do wszystkich jego zakamarków. I prawie od razu dostrzegłem miejsce, które powinienem dostrzec. Pulsującą błękitem iluzję. To była ściana w komórce na drewno. Stworzona za pomocą tak silnego zaklęcia, że cegły było nie tylko widać, ale można je też było poczuć pod palcami, a nawet skaleczyć się o ich chropawą powierzchnię. Ten mur można by dowolnie opukiwać i osłuchiwać. Brzmiałby jak zwykła, lita, ceglana ściana. Bo dźwięk też był w tym wypadku iluzją. Ostrożnie wypatrzyłem błękitno-srebrne nici utrzymujące iluzoryczną ścianę i przerywałem je powolutku, jedna po drugiej. Pulsujący błękit stopniowo blakł, szarzał, aż w końcu zgasł. Wiedziałem, że w tym samym momencie ściana z solidnej, ciemnoczerwonej cegły po prostu zniknęła. Rozpłynęła się w powietrzu.

Otworzyłem oczy i osunąłem się z kolan na ziemię. Poczułem na policzkach mokry, zimny dotyk trawy. Skuliłem się, podciągając nogi wysoko pod brodę. Byłem szczęśliwy, że wszystko przestało mnie boleć, ale jednocześnie wcale nie miałem ochoty wstawać.

– Mordimer – usłyszałem nad sobą. – Mordimer…

Skuliłem się jeszcze bardziej, ale wtedy ten ktoś, a po zapachu poznałem Kostucha, szarpnął mnie mocno za ramię.

– Mordimer? Modliłeś się?

Poczułem na wargach zimny dotyk metalu, a Kostuch siłą rozwarł mi szczęki. Mocna śliwowica o intensywnym aromacie i smaku wlała mi się w usta. I w gardło. Zakaszlałem. Kostuch przytrzymał mnie i lał wódkę dalej. Szarpnąłem się, uciekłem z głową i zwymiotowałem.

– Na… miecz… Chcesz mnie… zabić? – wyjąkałem i zwymiotowałem jeszcze raz.

Wyciągnąłem ręce w jego stronę.

– Daj – powiedziałem, a on nalał mi gorzałki w dłonie. Przymknąłem oczy i chlusnąłem sobie w twarz śliwowicą.

– Lepiej. – Usiłowałem wstać, ale zachwiałem się, i Kostuch musiał mnie przytrzymać.

Oparłem się o pień drzewa. Czułem, że cały drżę, tak jakbym obudził się w lodowatej izbie po mocno zapitej nocy. Nic mnie nie bolało, ale wydawało mi się, że każda część mego ciała rozpada się na kawałeczki.

– Kostuch. Dzięki.

Pokiwał głową.

– Co mam robić, Mordimer? – spytał.

– Aresztuj…cie go – powiedziałem. – Ja muszę tu zostać… chwilę.

Nie miałem siły, by mówić dalej, a było wiele do powiedzenia. Na szczęście Kostuch sam wiedział, co ma robić.

– Dyby, tak? Knebel? Straż przez całą noc? Zawieziemy go do Hezu, tak?

– Tak – odparłem. – Idź już…

Musiałem zasnąć, bo kiedy się ocknąłem, była już noc, a ja miałem płaszcz i włosy mokre od rosy. Spojrzałem w księżyc, który lśnił silnym, srebrnym blaskiem i wstałem. Odetchnąłem głęboko.

– Jeszcze jeden taki czarownik i będą cię zbierać łopatą, biedny Mordimerze – powiedziałem do siebie.

Dom Joachima Gunda stał ciemny i pusty. Powlokłem się w stronę komórki na drewno. Krótki sen przyniósł jednak wytchnienie, bo przynajmniej stawiałem prosto kroki, chociaż nadal kręciło mi się w głowie. Zajrzałem do schowka i zobaczyłem, że za równo ułożonymi dębowymi balami nie ma już ceglanej ściany, lecz stoi tam drewniane przepierzenie z małymi, uchylnymi drzwiczkami.

Nie spiesząc się, przeniosłem bale i utorowałem sobie drogę. Pchnąłem drzwiczki. Za nimi znajdowała się przytulnie urządzona komnatka. Stały w niej zdobiony adamaszkiem fotel i mahoniowy sekretarzyk oraz okrągły stolik. Na solidnych półkach leżały oprawione w skórę księgi, podłogę zaścielał dywan z grubym włosiem. I wszystko wyglądałoby naprawdę przyjemnie, gdyby nie fakt, że na dywanie wyhaftowany był pentagram. Zdjąłem z półki pierwszą z brzegu książkę. Gruba, cielęca skóra i błyszczące złotem litery tytułu.

– Demonologica – przeczytałem na głos. Zdjąłem drugi wolumin.

– Cursae Satanis. – Tym razem litery błyszczały srebrem, a oprawa była stara i zmatowiała.

– Piękny zbiór – powiedziałem znowu do siebie. I

Usiadłem w fotelu i zamyśliłem się. Oto, jak plotą się ludzkie losy. Przypadkowa wizyta w obskurnym miasteczku, przypadkowe spotkanie tłumu wiodącego czarownicę, moja chęć wyjaśnienia sprawy. Może nie przypadkowa, ale wiedziałem, że nie każdy inkwizytor zawracałby sobie głowę śledztwem. I wśród nas były czarne owce… Przecież gdybyśmy przybyli dzień później, po Loretcie pozostałby tylko rozmiękły deszczem popiół wokół metalowego słupa na środku rynku. Gdybyśmy przybyli dzień wcześniej, przejechalibyśmy przez miasto, zatrzymując się tylko może na jedną noc w karczmie, a wtedy całe teatrum ukryto by przed naszymi oczami i sprawę przeprowadzono po naszym wyjeździe.

A jednak wylądowaliśmy w Thomdalz dokładnie w chwili, w której wylądować powi

Powoli wertowałem księgi. Dla człowieka nie szkolonego już samo zerknięcie na ich treść mogłoby być zgubne. Bo w jaki sposób wyrzec się władzy? Jak zrezygnować z panowania nad ludzkim życiem, nad uczuciami? Ha! Dobre pytanie. Zastanawiacie się, mili moi, czy inkwizytorów nie kusiło czasem, by skorzystać z zakazanej wiedzy? Och, kusiło i to bardzo. A niektórzy, ku swemu nieszczęściu, pokusie tej ulegali. Czasami nawet z zacnych pobudek, ale czarnej magii nie można wykorzystać w dobrych celach. Tylko nie każdy to rozumiał, mimo lat szkolenia i rad mądrych wykładowców. Inkwizytorium nie wyciągało tych (rzadkich, powiedzmy szczerze) wypadków na światło dzie