Страница 2 из 98
— Jarre — Triss uspokoiła się, położyła chłopcu dłoń na ramieniu, ścisnęła silnie. - Jesteś jedynym mężczyzną W świątyni. Wszystkie patrzymy na ciebie, szukamy w tobie oparcia i pomocy. Nie wolno ci się bać, nie wolno ci panikować. Opanuj się. Nie rób nam zawodu.
Jarre odetchnął głęboko, próbując uspokoić drżenie rąk i warg.
— To nie strach… — wyszeptał, unikając wzroku czarodziejki. - Ja się nie boję, ja się martwię! O nią. Widziałem we śnie…
— Ja też widziałam — zacisnęła wargi Triss. - Śniliśmy ten sam sen, ty, ja i Ne
— Krew na jej twarzy… Tyle krwi…
— Milcz, prosiłam. Ne
Arcykapłanka podeszła do nich. Twarz miała zmęczoną. Na nieme pytanie Triss odpowiedziała przeczącym ruchem głowy. Zauważywszy, że Jarre otwiera usta, uprzedziła go.
— Niestety, nic. Gdy Dziki Gon przelatywał nad świątynią, zbudziły się prawie wszystkie, ale żadna nie miała wizji. Nawet tak mglistej jak nasze. Idź spać, chłopcze, nic tu po tobie. Dziewczęta, proszę do dormitorium.
Oburącz potarła twarz i oczy.
— Ech… Ekwinokcjum! Cholerna noc… Idź się położyć, Triss. Nic nie możemy zrobić.
— Ta bezsiła — zacisnęła pięści czarodziejka — doprowadza mnie do szału. Na myśl, że ona tam gdzieś cierpi, że krwawi, że grozi jej… Psiakrew, gdybym wiedziała, co zrobić!
Ne
— A próbowałaś się modlić?
Na Południu, hen za górami Amell, w Ebbing, w krainie zwanej Pereplutem, na rozległych mokradłach przeciętych rzekami Yeldą, Lete i Arete, w miejscu oddalonym od miasta Ellander i świątyni Melitele o osiemset mil lotem wrony, koszmar se
— Zimno, zimno, zimno, brrr — gadał do siebie Vysogota, maszerując ścieżką wśród trzcin. - Zimno, zimno, brrrr.
Kolejna pułapka była pusta. Ani jednego piżmaka. Wyjątkowo nieudany połów. Vysogota oczyścił pułapkę ze szlamu i rzęsy, mamrocząc przekleństwa i pociągając zziębniętym nosem.
— Zimno, brrr, hu — ha — gadał, idąc w kierunku skraju bagna. - A przecie to jeszcze wrzesień! Przecie dopiero cztery dni po Ekwinokcjum! Ha, takich chłodów w końcu września nie pamiętam, jak długo żyję. A żyję przecież dość długo!
Kolejna — przedostatnia już — pułapka też była pusta. Vysogocie nie chciało się nawet kląć.
— Niechybnie tak jest — ględził, idąc — że klimat oziębia się z roku na rok. A teraz wygląda, że efekt oziębiania będzie postępował lawinowo. Ha, elfy przewidziały to już dawno temu, ale kto wierzył w przepowiednie elfów?
Nad głową starca znowu zaterkotały skrzydełka, mignęły szare, niesamowicie szybkie kształty. Mgła nad moczarami znowu rozdzwoniła się dzikim, urywanym trylem lelków kozodojów, szybkim klaskaniem skrzydełek. Vysogota nie zwracał na ptaki uwagi. Zabobo
Wyciągał właśnie z wody ostatnią — pustą — pułapkę, gdy usłyszał rżenie konia. Lelki zamilkły nagle, jak na komendę.
Na mokradłach Pereplutu były kępy, suche, wyżej położone miejsca, porośnięte czarną brzozą, olchą, świdwą, dereniem i tarniną. Większość kęp trzęsawiska otaczały tak dokładnie, że było absolutnie niemożliwe, by dotarł tam koń lub nie znający ścieżek jeździec. A jednak rżenie — Vysogota usłyszał je znowu — dobiegało właśnie z takiej kępy.
Ciekawość przemogła ostrożność.
Vysogota słabo znał się na koniach i ich rasach, ale był estetą, umiał rozpoznać i docenić piękno. A kary koń o sierści lśniącej jak antracyt, którego zobaczył na tle brzezinowych pni, był przedziwnie piękny. Był istną kwintesencją piękna. Był tak piękny, że wydawał się nierealny.
Ale był realny. I całkiem realnie schwytany w pułapkę, zaplątany wodzami i uździenicą w krwistoczerwone, chwytne gałęzie świdwy. Gdy Vysogota podszedł bliżej, koń stulił uszy, tupnął tak, że aż zadygotał grunt, zatarmosił zgrabną głową, obrócił się. Teraz było widać, że jest to klacz. Było widać coś jeszcze. Coś, co sprawiło, że serce Vysogoty zaczęło łomotać jak oszalałe, a niewidzialne kleszcze adrenaliny zacisnęły się na gardle.
Za koniem, w płytkim wykrocie, leżał trup.
Vysogota rzucił na ziemię worek. I zawstydził się pierwszej myśli, którą było: odwrócić się i uciekać. Podszedł bliżej, zachowując ostrożność, bo kara klacz tupała, kładła uszy, szczerzyła zęby na munsztuku i tylko czekała na okazję, by go ugryźć lub kopnąć.
Trup był trupem kilkunastoletniego chłopca. Leżał twarzą ku ziemi, z jedną ręką przygniecioną ciałem, drugą wyciągniętą w bok i wpitą palcami w piach. Chłopiec miał na sobie zamszowy kubraczek, obcisłe skórzane spodnie i wysokie do kolan miękkie elfie buty z klamerkami.
Vysogota pochylił się i w tym momencie trup głośno jęknął. Kara klacz zarżała przeciągle, łupnęła kopytami o ziemię.
Pustelnik ukląkł, ostrożnie obrócił ra
— Dziewczyna — powiedział głośno, nie mogąc uwierzyć w to, co miał wprost przed nosem. - To jest dziewczyna.
Gdyby tego dnia po zapadnięciu zmroku ktoś zdołał cichaczem podkraść się do zagubionej wśród moczarów chaty z zapadniętą i obrośniętą mchem strzechą, gdyby zajrzał przez szpary w okie
Ale to nie było możliwe. Nikt nie mógł tego zobaczyć. Chata pustelnika Vysogoty była dobrze ukryta wśród mokradeł. Na wiecznie pokrytym mgłą pustkowiu, na które nikt nie odważał się zapuszczać.
— Zapiszmy — Vysogota zanurzył pióro w inkauście — co następuje. Jest trzecia godzina po zabiegu. Rozpoznanie: vulnus inciswum, rana cięta, zadana z dużą siłą niewiadomym ostrym narzędziem, przypuszczalnie o zakrzywionym ostrzu. Obejmuje część lewą twarzy, zaczyna się w regionie podoczodołowym, biegnie poprzez policzek i sięga aż do regionu przyuszniczo — żwaczowego. Najgłębsza, bo sięgająca okostnej, jest rana w części początkowej, poniżej oczodołu, na kości jarzmowej. Przypuszczalny czas, jaki minął od zranienia do momentu pierwszego zaopatrzenia rany: dziesięć godzin.
Pióro zaskrzypiało na pergaminie, ale skrzypienie trwało nie dłużej niż kilka chwil. I linijek. Vysogota nie wszystko, co mówił do siebie, uznawał za warte zapisania.
— Wracając do zaopatrzenia rany — podjął po chwili starzec, wpatrzony w migotliwy i kopcący płomień łojówki — zapiszmy, co następuje. Nie wycinałem brzegów skaleczenia, ograniczyłem się jedynie do usunięcia kilku nieukrwionych strzępów i oczywiście skrzepliny. Przemyłem ranę wyciągiem z kory wierzbowej. Usunąłem zanieczyszczenia i ciała obce. Założyłem szwy. Konopne. I