Страница 63 из 64
— Tak sądzicie, panie hrabio? — Geralt uśmiechnął się jeszcze paskudniej, rozejrzał się, powiódł po żołdakach taksującym spojrzeniem. - A ja myślę, ze mam.
— Tak, to prawda — przyznał De
— Argumentujecie urokliwie, kapitanie, wręcz fascynująco — zakpił Jaskier. - Człowieka napadniętego w lesie próbujecie wziąć na humanitaryzm, apelujecie do jego wyższych uczuć. Prosicie, jak rozumiem, by raczył nie przelewać krwi zbójców, którzy go napadli. Ma ulitować się nad zbirami, bo zbiry są biedne, mają żony, dzieci, a kto wie, może nawet i matki. A nie wydaje się wam, kapitanie Cranmer, ze za wcześnie się martwicie? Bo ja patrzę na tych waszych oszczepników i widzę, jak dygoczą im kolana na samą myśl o walce z Geraltem z Rivii, wiedźminem, który radzi sobie ze strzygą gołymi rękami. Tu nie poleje się żadna krew, nikt tu nie poniesie uszczerbku. Za wyjątkiem tych, którzy połamią nogi, uciekając do miasta.
— Ja — powiedział spokojnie krasnolud i zawadiacko zadarł brodę — nie mam niczego do zarzucenia moim kolanom. Przed nikim nie uciekałem jak do tej pory i przyzwyczajeń nie zmienię. Nie jestem żonaty, o dzieciach nic mi nie wiadomo, a i matki, bliżej mi nie znanej niewiasty, wolałbym w to nie wciągać. Ale rozkazy, jakie mi wydano, wykonani. Jak zawsze, co do joty. Nie apelując do żadnych uczuć, proszę pana Geralta z Rivii, aby podjął decyzję. Zaakceptuję każdą i dostosuję się.
Patrzyli sobie w oczy, krasnolud i wiedźmin.
— Dobrze więc — powiedział wreszcie Geralt. - Załatwmy to. Szkoda dnia.
— Godzicie się zatem — Falwick uniósł głowę, oczy mu rozbłysły. - Przystajecie na pojedynek z urodzonym Taillesem z Dorndal?
— Tak.
— Dobrze. Przygotujcie się.
— Jestem gotów — Geralt naciągnął rękawice. - Nie traćmy czasu. Jeśli Ne
— Absolutnie — stwierdził twardo krasnolud i popatrzył na Falwicka. - Absolutnie, panie Geralt. Co by nie było, to dotyczy tylko was.
Wiedźmin zdjął miecz z pleców.
— Nie — powiedział Falwick, dobywając swego. - Nie będziesz walczył tą twoją brzytwą. Weź mój miecz.
Geralt wzruszył ramionami. Wziął brzeszczot hrabiego i machnął nim na próbę.
— Ciężki — stwierdził zimno. - Z równym powodzeniem moglibyśmy się bić na szpadle.
— Tailles ma taki sam. Równe szansę.
— Niesłychanieście dowcipni, panie Falwick. Wprost niesłychanie.
Żołdacy otoczyli polanę rzadkim łańcuchem, Tailles i wiedźmin stanęli na wprost siebie.
— Panie Tailles? Co powiecie na przeprosiny? Rycerzyk zacisnął wargi, założył lewą rękę za plecy, zamarł w pozycji szermierczej.
— Nie? — Geralt uśmiechnął się. - Nie posłuchacie głosu rozsądku? Szkoda.
Tailles przykucnął, skoczył, zaatakował błyskawicznie, bez ostrzeżenia. Wiedźmin nie wysilił się nawet na paradę, uniknął płaskiego sztychu szybkim półobrotem. Rycerzyk zamachnął się szeroko, klinga znowu przecięła powietrze, Geralt zwi
— Hej, straż! - wrzasnął Falwick, wstając. - Brać go!
— Stać! Na miejsca! — charknął De
— Nie, hrabio — powiedział wolno krasnolud. - Ja zawsze wykonuję rozkazy co do joty. Wiedźmin nie dotknął rycerza Taillesa. Szczeniak uderzył się o własne żelazo. Jego pech.
— Ma zmasakrowaną twarz! Jest oszpecony na całe życie!
— Skóra się zrasta — De
Tailles wił się na ziemi, pluł krwią, skowytał i wył, wcale nie wyglądając na uradowanego.
— Cranmer! — ryknął Falwick, wyrywając swój miecz z ziemi. - Pożałujesz tego, przysięgam!
Krasnolud odwrócił się, powoli wyciągnął topór zza pasa, odkaszlnął i popluł soczyście na prawą dłoń.
— Oj, panie hrabio — zgrzytnął. - Nie przysięgajcie krzywo. Nie znoszę krzywoprzysiężców, a książę Hereward dał mi prawo karania takich na gardle. Puszczę mimo uszu wasze głupie słowa. Ale nie powtarzajcie ich, proszę was bardzo.
— Wiedźminie — Falwick, dysząc ze złości, odwrócił się do Geralta. - Wynoś się z Ellander. Natychmiast. Bez chwili zwłoki!
— Rzadko kiedy godzę się z nim — mruknął De
— Zrobimy tak, jak radzicie — Geralt przewiesił pas przez plecy. - Ale przedtem… Mam jeszcze słowo do pana hrabiego. Panie Falwick!
Rycerz Białej Róży zamrugał nerwowo, otarł dłonie o płaszcz.
— Wróćmy na chwilę do kodeksu waszej kapituły — ciągnął wiedźmin, starając się nie uśmiechać. - Bardzo ciekawi mnie jedna sprawa. Gdybym, załóżmy, czuł się zdegustowany i obrażony waszą postawą w całej tej aferze, gdybym wyzwał was na miecze, tu, zaraz, na miejscu, cóż uczynilibyście? Czy uznalibyście mnie za dostatecznie godnego, by skrzyżować ze mną klingę? Czy też odmówilibyście, nawet wiedząc, że w razie odmowy ja miałbym was za niegodnego nawet tego, by na was na-pluć, obić po mordzie i kopnąć w rzyć na oczach knechtów? Hrabio Falwick, bądźcie tak łaskawi i zechciejcie zaspokoić moją ciekawość.
Falwick zbladł, cofnął się o krok, rozejrzał się. Żołdacy unikali jego wzroku. De
— Choć milczycie — kontynuował Geralt — słyszę w waszym milczeniu głos rozsądku, panie Falwick. Zaspokoiliście moją- ciekawość, teraz ja zaspokoję waszą. Jeśli ciekawi jesteście, co się stanie, jeśli zakon zechce w jakikolwiek sposób naprzykrzać się matce Ne
Rycerz zbladł jeszcze bardziej.
— Nie zapomnijcie o mojej obietnicy, panie Falwick. Chodź, Jaskier. Na nas czas. Bywaj, De
— Powodzenia, Geralt — uśmiechnął się szeroko krasnolud. - Bywaj. Wielcem rad z naszego spotkania, liczę na następne.
— Odwzajemnione, De
— Geralt — odezwał się nagle poeta. - Chyba nie pojedziemy prosto na południe? Trzeba będzie łukiem ominąć Ellander i włości Herewarda? Co? Czy też zamierzasz kontynuować ten pokaz?
— Nie, Jaskier. Nie zamierzam. Pojedziemy lasami, a później skręcimy na Kupiecki Szlak. Pamiętaj, przy Ne
— Mam nadzieję, że wyruszymy nie zwlekając?
— Natychmiast.