Страница 58 из 64
— Zwane w legendach — przerwał wiedźmin. - Bo o ile mi wiadomo…
— Nie przerywaj — uciął Krepp. - To, że niewiele ci wiadomo, było jasne już w czasie twojej opowieści, wiedź-minie. Milcz więc teraz i posłuchaj mądrzejszych od siebie. Wracając do geniuszy, są ich cztery rodzaje, tak jak cztery są Płaszczyzny. Istnieją d'ji
— Zagalopowałeś się, Krepp — wtrącił Neville. - Tu nie szkółka świąty
— Taki geniusz, burmistrzu, to żywy zbiornik energii magicznej. Czarownik, mając geniusza na zawołanie, może tę energię ukierunkowywać w postaci zaklęć. Nie musi mozolnie ciągnąć Mocy z Natury, robi to za niego geniusz. Wówczas moc takiego czarodzieja jest ogromna, bliska wszechmocy…
— Jakoś nie słyszałem o magach mogących wszystko — skrzywił się Neville. - Wręcz przeciwnie, moc większości z nich jest wyraźnie przesadzona. Tego nie mogą, tamtego nie…
— Czarodziej Stammelford — przerwał kapłan, znowu przybierając ton, pozę i minę akademickiego wykładowcy — przesunął kiedyś górę, bo mu zasłaniała widok z wieży. Nikomu nie udało się nigdy, ani przedtem, ani potem dokonać czegoś podobnego. Bo Stammelford, jak wieść niesie, miał na usługi d'ao, geniusza Ziemi. Istnieją zapiski o podobnych w skali wyczynach i
— Trąby powietrzne, huragany, loty nad ziemią — mruknął Geralt. - Geoffrey Monck.
— Zgadza się. Coś jednak wiesz, jak widzę — Krepp spojrzał na niego życzliwiej. - Mówi się, że stary Monck znalazł sposób, by zmusić do służby d'ji
— Ten nad rzeką niczego nie spełniał — rzekł stanowczo Geralt. - Od razu rzucił się Jaskrowi do gardła.
— Geniusze — zadarł nos Krepp — to istoty złośliwe i przewrotne. Nie lubią takich, co pakują je do butli i każą przesuwać góry. Robią wszystko, by uniemożliwić wypowiedzenie życzeń, a spełniają je też w sposób trudny do opanowania i przewidzenia. Niekiedy dosłownie, trzeba więc uważać, co się mówi. Aby zaś geniusza ujarzmić, trzeba żelaznej woli, stalowych nerwów, silnej Mocy i niemałych umiejętności. Z tego, co opowiadałeś, wynika, że twoje umiejętności, wiedźminie, były za małe.
— Za małe, żeby drania ujarzmić — zgodził się Geralt. -Ale przepędziłem go, wiał tak, że aż powietrze wyło. A to też jest coś. Ye
— Jaki to był egzorcyzm? Powtórzcie. Wiedźmin powtórzył, słowo w słowo.
— Co?!? - kapłan najpierw pobladł, potem poczerwieniał, a na koniec posiniał. - Jak śmiesz! Dworujesz sobie ze mnie?
— Wybaczcie — zająknął się Geralt. - Mówiąc szczerze, to nie znam… znaczenia tych słów.
— Nie powtarzajcie więc, czego nie znacie! Pojęcia nie mam, gdzie mogliście usłyszeć podobne plugastwo!
— Dość tego — machnął ręką burmistrz. - Tracimy czas. Dobra. Wiemy już, do czego czarownicy jest ten geniusz. Ale mówiliście, Krepp, że to niedobrze. Co jest niedobrze? A niech go sobie złapie i niech idzie do diabła, co mnie to obchodzi. Ja myślę…
Nikt nigdy nie dowiedział się, co w danej chwili myślał Neville, jeżeli nawet nie były to przechwałki. Na ścianie obok arrasu z Prorokiem Lebiodą pojawił się nagle świetlisty czworokąt, coś błysnęło, po czym na środku ratuszowej komnaty wylądował… Jaskier.
— Niewi
— Jaskier! — krzyknął Geralt, powstrzymując Kreppa, najwyraźniej szykującego się do egzorcyzmowania, a kto wie, czy nie klątwy. - Skąd ty… tutaj… Jaskier!
— Geralt! — bard zerwał się z podłogi.
— Jaskier!
— Co to za jeden? — warknął Neville. - Do jasnej cholery, jeśli nie zaprzestaniecie czarów, to nie ręczę za siebie. Powiedziałem, w Rinde czarować nie wolno! Najpierw trzeba złożyć pisemne podanie, potem uiścić podatek i opłatę skarbową… Ejże? Czy to aby nie ten śpiewak, zakładnik wiedźmy?
— Jaskier — powtórzył Geralt, trzymając poetę za ramiona. - Jak się tu dostałeś?
— Nie wiem — przyznał bard z głupią i zatroskaną miną. - Mówiąc szczerze, jestem raczej nieświadom, co się ze mną działo. Pamiętam niewiele i niech mnie zaraza, jeśli wiem, co z tego było jawą, a co koszmarem. Przypominam sobie jednak niebrzydką czarnulkę o ognistych oczach…
— Co wy mi tu o czarnulkach — przerwał gniewnie Neville. - Do rzeczy, mospanie, do rzeczy. Wrzeszczeliście, że wiedźmin jest niewi
— Nic mi nie wiadomo o dupach ani halucynacjach — rzekł dumnie Jaskier. - Ani o wawrzynowych noskach. Powtarzam, ostatnie, co pamiętam, to była elegancka kobieta ubrana w gustownie skomponowaną czerń i biel. Wzmiankowana wrzuciła mnie brutalnie do świecącej dziury, niechybnie portalu magicznego. A przedtem wydała mi wyraźne i dobitne polecenie. Po przybyciu na miejsce miałem bezzwłocznie oświadczyć, cytuję: "Życzeniem moim jest, by mi uwierzono, że wiedźmin nie ponosi winy za to, co się stało. Takie, nie i
Jaskier wyprostował się, otrzepał kubrak, poprawił kołnierz i fantazyjny, acz brudny żabot.
— …zechcą mi panowie powiedzieć, jak nazywa się i gdzie się znajduje najlepsza w tym mieście oberża.
— W moim mieście nie ma złych oberży — powiedział wolno Neville. - Ale zanim będziesz się mógł o tym przekonać, obejrzysz dokładnie najlepszy w tym mieście loch. Ty i twoi kompani. Jeszcze nie jesteście na wolności, łajdacy, przypominam! Widzicie ich! Jeden opowiada niestworzone historie, a drugi wyskakuje ze ściany i krzyczy o niewi
Ma czelność życzyć sobie…
— Bogowie! — kapłan chwycił się nagle za łysinę. - Teraz rozumiem! Życzenie! Ostatnie życzenie!
— Co się wam stało, Krepp? — burmistrz zmarszczył czoło. - Chórzyście?
— Ostatnie życzenie! — powtórzył kapłan. - Zmusiła barda do wypowiedzenia ostatniego, trzeciego życzenia. Geniuszem nie można było zawładnąć, dopóki nie spełnił tego życzenia. A Ye
— Blisko rąbnęło. Byle nie w jaki dom, brakuje mi tu jeszcze pożaru… Bogowie! Spójrzcie tylko! Spójrzcie tylko na to! Krepp!!! Co to jest?
Wszyscy, jak jeden mąż, rzucili się ku oknu.
— O matko! — wrzasnął Jaskier, chwytając się za gardło. - To on! To ten sukinsyn, który mnie udusił!
— D'ji
— Nad karczmą Errdila! — zawołała Chireadan. - Nad dachem!
— Złapała go! — Kapłan wychylił się tak mocno, że omal nie wypadł. - Widzicie światło magiczne? Czarownica schwytała geniusza w pułapkę!
Geralt patrzył w milczeniu.
Kiedyś przed laty, gdy będąc zupełnym smarkaczem pobierał nauki w Kaer Morhen, w Wiedźmińskim Siedliszczu, on i jego koleżka Eskel schwytali wielkiego leśnego trzmiela, którego następnie przywiązali do stojącego na stole dzbana długą nitką wyprutą z koszuli. Patrząc, co wyczynia trzmiel na uwięzi, pękali ze śmiechu do czasu, gdy zdybał ich na tym zajęciu Vesemir, ich preceptor, i złoił obu rzemieniem.