Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 49 из 64

— Była zbyt zaborcza — mruknął, odwracając twarz. -Nie mogłem tego znieść. Traktowała mnie jak…

— Przestań — powiedziała ostro. - Nie wypłakuj mi się na podołku. Nie jestem twoją matką, ile razy mam powtarzać? Twoją powiernicą też nie zamierzam być. Gówno mnie obchodzi, jak cię traktowała, a to, jak ty traktowałaś ją, obchodzi mnie jeszcze mniej. A pośredniczyć ani wręczać jej tych głupich kamyków nie mam najmniejszego zamiaru. Jeżeli chcesz być durniem, bądź nim bez mojego pośrednictwa.

— Nie zrozumiałaś mnie. Nie myślę jej przebłagiwać ani przekupywać. Jestem jej jednak coś winien, a kuracja, jakiej ona chce się poddać, jest podobno bardzo kosztowna. Chcę jej pomóc, to wszystko.

— Jesteś większym głupcem, niż myślałam — Ne

— To akurat wiem. Jak i to, ze za wyleczenie bezpłodności bierze jeszcze więcej. Szkoda, ze sobie samej nie potrafi pomóc pod tym względem. Dlatego szuka pomocy u i

— Jej nikt nie pomoże, to absolutnie niemożliwe. Jest czarodziejką. Jak większość magiczek ma zatrofizowane, zupełnie niewydolne gonady i to jest nieodwracalne. Nigdy nie będzie mogła mieć dziecka.

— Nie wszystkie czarodziejki są upośledzone pod tym względem. Wiem coś o tym, ty wiesz o tym również.

— Owszem — Ne

— Nie może być regułą coś, od czego są wyjątki. Nie serwuj mi aby, proszę, banalnych nieprawd o wyjątkach, które reguły potwierdzają. Powiedz mi coś o wyjątkach jako takich.

— O wyjątkach — odrzekła chłodno — można powiedzieć wyłącznie jedno. Ze są. Więcej nic. A Ye

— Czarodziejom — Geralt nie przejął się chłodem ani aluzją — udawało się już wskrzeszać zmarłych. Znam udokumentowane przypadki. A wskrzeszanie zmarłych jest trudniejsze niż cofnięcie atrofii narządów lub organów, jak mi się zdaje.

- Źle ci się zdaje. Bo ja nie znam ani jednego udokumentowanego, w pełni udanego przypadku cofnięcia atrofii lub regeneracji gruczołów dokrewnych. Geralt, wystarczy już, to już zaczyna przypominać konsylium. Ty się na tym nie znasz, ja się znam. I jeżeli ci mówię, ze Ye

— Jeżeli to aż tak oczywiste, nie rozumiem, dlaczego ona wciąż stara się…

— Ty bardzo mało rozumiesz — przerwała kapłanka. - Cholernie mało. Przestań przejmować się dolegliwościami Ye

Oparł się o ścianę jaskini, otarł pot z brwi.

— Nie odpowiadasz — stwierdziła fakt Ne

— To dlatego przysłałaś do mnie Iolę? W ramach terapii? Dla ułatwienia transu?

— Głupi jesteś!

— Nie aż tak.

Ne

— No, niech ci będzie — rzekła swobodnie, — Tak, przysłałam ją do ciebie. W ramach terapii. I powiem ci, że się udało. Dużo lepiej reagowałeś nazajutrz. Byłeś spokojniejszy. Oprócz tego Iola też potrzebowała terapii. Nie złość się.

— Nie złoszczę się na terapię ani na Iolę.

— Ale na głos rozsądku, który słyszysz? Nie odpowiedział.

— Konieczny jest trans — powtórzyła Ne

— Nie. Nie chcę. Zrozum, Ne

— O to właśnie chodzi.

— Właśnie. A ja nie chcę znać przyszłości. Jak mógłbym robić to, co robię, gdybym ją znał? Zresztą, ja ją i tak znam.

— Jesteś pewien? Nie odpowiedział.

— No, dobrze — westchnęła. - Chodźmy już. Aha, Geralt? Nie chcę być niedyskretna, ale powiedz mi… Powiedz, jak wyście się poznali? Ty i Ye

Wiedźmin uśmiechnął się.

— Zaczęło się od tego, że ja i Jaskier nie mieliśmy niczego na śniadanie i postanowiliśmy nałowić ryb.

— Mam rozumieć, że zamiast ryby złowiłeś Ye

— Opowiem ci, jak to było. Ale może po wieczerzy, bo zgłodniałem nieco.

— Chodźmy więc. Mam już wszystko, czego potrzebowałam.

Wiedźmin ruszył do wyjścia, powiódł jeszcze raz wzrokiem po jaskiniowej cieplarni.

— Ne

— Aha?

— Połowa z tęgo, co tu masz, to rośliny, które nie rosną już nigdzie na świecie. Nie mylę się, prawda?

— Nie mylisz się. Więcej niż połowa.

— Czym to wytłumaczyć?

— Jeśli powiem, że łaską bogini Melitele, pewnie ci to nie wystarczy?

— Pewnie nie.

— Tak sądziłem — Ne

— Zrozumiałem — kiwnął głową wiedźmin. - A my, Ne

— W zasadzie powi

— Ale co?

— Już za późno.

OSTATNIE ŻYCZENIE

I

Sum wystawił nad powierzchnię wąsaty łeb, targnął się z mocą, zachlapał, wzburzył wodę, błysnął białym brzuchem.

— Uważaj, Jaskier! — krzyknął wiedźmin, zapierając się obcasami w mokry piach. - Trzymaj, do cholery!

— Trzymam… — stęknął poeta. - Matko, ależ potwór! Lewiatan, nie ryba! Ale będzie jedzenia, bogowie!

— Popuszczaj, popuszczaj, bo linka pęknie! Sum przymurował do dna, nagłym atakiem ruszył pod prąd, w kierunku zakola rzeki. Linka zasyczała, rękawice Jaskra i Geralta zadymiły.

— Ciągnij, Geralt, ciągnij! Nie popuszczaj, bo zapłacze się w korzenie!

— Linka pęknie!

— Nie pęknie! Ciągnij!

Zgarbili się, pociągnęli. Linka z sykiem cięła wodę, wibrowała, siała kropelkami połyskującymi jak rtęć w blasku wschodzącego słońca. Sum nagle wynurzył się, zakotłował pod samą powierzchnią, napięcie sznura zelżało. Zaczęli szybko wybierać luz.

— Uwędzimy go — zasapał Jaskier. - Zawieziemy do wsi i każemy uwędzić. A z łba ugotujemy zupę!

— Uważaj!

Czując pod brzuchem płyciznę, sum wywalił się z wody do połowy dwusążniowego cielska, targnął łbem, chlasnął płaskim ogonem i ostro runął w głębinę. Z rękawic zadymiło się ponownie.

— Ciągnij, ciągnij! Na brzeg go, sukinsyna!

— Linka aż trzeszczy! Popuść, Jaskier!

— Wytrzyma, nie bój się! Z łba… ugotujemy zupę…

Przywleczony znowu w pobliże plaży sum zakotłował się i zatargał wściekle, jakby na znak, ze tak łatwo do garnka wsadzić się nie da. Bryzgi poleciały na sążeń w górę.

— Skórę sprzedamy… — Jaskier, zapierając się, ciągnął.linkę oburącz, czerwony z wysiłku. - A wąsy… Z wąsów — zrobimy…