Страница 30 из 64
— O, matko moja — szepnęła królowa do Geralta, unosząc na moment wzrok ku sklepieniu w niemej rezygnacji. Ale skinęła przyzwalająco, uśmiechając się wcale naturalnie i życzliwie.
— Draigu Bon-Dhu — rzekł Eist. - Zagraj nam pieśń o bitwie pod Chociebużem! Ta nie dostarczy nam przynajmniej wątpliwości co do taktycznych posunięć dowódców! Ani co do tego, kto okrył się tam nieśmiertelną sławą! Zdrowie bohaterskiej Calanthe z Cintry!
— Zdrowie! Chwała! — ryczeli goście, spełniając puchary i gliniane czarki.
Dudy Draiga Bon-Dhu wydały z siebie złowrogie buczenie, potem zaś buchnęły straszliwym, przeciągłym, modulowanym jękiem. Biesiadnicy podjęli pieśń, wybijając rytm, to jest tłukąc czym popadło o stół. Kudkudak chciwie wpatrywał się w wór z koziej skóry, niewątpliwie urzeczony myślą o wciągnięciu wydobywających się z jego wnętrza przerażających tonów do swego repertuaru.
— Chociebuż — powiedziała Calanthe, patrząc na Geralta — moja pierwsza bitwa. Chociaż lękam się wzbudzić oburzenie i pogardę dumnego wiedźmina, wyznam ci, że wówczas biliśmy się o pieniądze. Wróg palił bowiem wsie, które płaciły nam daniny, a my, nienasyceni i chciwi, zamiast im na to pozwolić, wyruszyliśmy w pole. Banalny powód, banalna bitwa, banalne trzy tysiące trupów rozdziobanych przez kruki. I spójrz tylko — zamiast się wstydzić, siedzę dumna jak paw, że śpiewa się o mnie pieśni. Nawet jeżeli do tak okropnej, barbarzyńskiej muzyki.
Znowu przywołała na twarz parodię uśmiechu, pełnego szczęścia i życzliwości, uniesieniem pustego pucharu odpowiadając na toasty wznoszone jak stół długi. Geralt milczał.
— Kontynuujmy — Calanthe przyjęła podane przez Drogodara udko bażanta i zaczęła je wdzięcznie ogryzać. - Jak mówiłam, wzbudziłeś moje zainteresowanie. Mówiono mi, że wy, wiedźmini, to ciekawa kasta, nie bardzo wierzyłam. Teraz wierzę. Przy uderzeniu wydajecie dźwięk, świadczący, że wykuto was ze stali, nie ulepiono z ptasiego gówna. Nie zmienia to jednak w niczym faktu, że jesteś tu, by wykonać zadanie. I wykonasz je bez mędrkowania.
Geralt nie uśmiechnął się lekceważąco i paskudnie, chociaż miał wielką ochotę. Milczał nadal.
— Myślałam — mruknęła królowa, zdając się poświęcać" całą uwagę wyłącznie bażanciemu udku — że coś powiesz. Albo że się uśmiechniesz. Nie? Tym lepiej. Czy naszą umowę mogę uważać za zawartą?
— Niejasnych zadań — rzekł sucho wiedźmin — nie da się jasno wykonać, królowo.
— Co tu jest niejasnego? Przecież od razu wszystkiego się domyśliłeś. Rzeczywiście, mam plany odnośnie przymierza ze Skellige i co do małżeństwa mojej córki Pavetty. W przypuszczeniu, że plany te są zagrożone, również się nie pomyliłeś, ani w tym, że jesteś mi potrzebny, aby to zagrożenie wyeliminować. Ale tu skończyła się twoja domyślność. Supozycja, że mylę twój zawód z profesją najemnego zbira, wielce mnie ubodła. Przyjmij do wiadomości, Geralt, że zaliczam się do tych niewielu władców, którzy wiedzą dokładnie, czym zajmują się wiedźmini i do — czego należy ich angażować. Z drugiej strony, jeśli ktoś zabija ludzi równie wprawnie jak ty, chociaż i nie dla pieniędzy, nie powinien się dziwić, że tak wielu przypisuje mu profesjonalizm w tej dziedzinie. Twoja sława wyprzedza cię, Geralt, a jest ona głośniejsza od przeklętej kobzy Draiga Bon-Dhu. I równie mało w niej przyjemnych nut.
Dudarz, choć nie mógł słyszeć słów królowej, zakończył swój koncert. Biesiadnicy nagrodzili go chaotyczną, wrzaskliwą owacją, po czym z nowym zapałem poświęcili się niszczeniu zapasów jadła i picia, rozpamiętywaniu przebiegu rozmaitych bitew i nieprzyzwoitym żartom o niewiastach. Kudkudak wydawał gromkie odgłosy, nie sposób było jednak stwierdzić, czy była to imitacja kolejnego zwierzęcia, czy próba ulżenia przeładowanemu żołądkowi. Eist Tuirseach nachylił się daleko przez stół.
— Królowo — powiedział — istnieją zapewne ważne powody, dla których cały czas poświęcasz wyłącznie panu z-Czteroroga, ale najwyższa pora, byśmy ujrzeli królewnę Pavettę. Na co czekamy? Chyba nie na to, żeby Crach an Craite się spił. A chwila ta jest bliska.
— Masz rację, jak zwykle, Eist — Calanthe uśmiechnęła się ciepło. Geralt' nie przestawał się dziwić, jak bogaty był arsenał jej uśmiechów. - Rzeczywiście, mam z wielmożnym Ravixem niezwykle ważne sprawy do omówienia. Nie lękaj się, poświęcę czas i tobie. Ale znasz moją zasadę: najpierw obowiązki, potem przyjemności. Panie Haxo!
Uniosła dłoń, skinęła na kasztelana. Haxo wstał bez słowa, skłonił się i szybko pobiegł po schodach, zniknął w ciemnej galeryjce. Królowa znów odwróciła się do wiedź-mina.
— Słyszałeś? Rozprawiamy zbyt długo. Jeśli Pavetta przestała już mizdrzyć się przed zwierciadłem, to zaraz tu będzie. Nadstaw zatem uszu, bo powtarzać nie będę. Chcę osiągnąć to, co sobie zamierzyłam, a co ty w miarę trafnie odgadłeś. Żadnych i
— Ogrom tej różnicy uniknął jakoś mojej uwadze.
— Wytężaj więc bardziej uwagę, kiedy mówię do ciebie. Różnica, mój drogi, polega na tym, że kupowanemu płaci się według własnego widzimisię, świadczący usługę sam określa jej cenę. Jasne?
— W miarę. Załóżmy więc, że wybieram formę płatnej usługi. Powinienem jednak chyba wiedzieć, na czym ta usługa ma polegać?
— Nie, nie powinieneś. Rozkaz, i owszem, musi być konkretny i jednoznaczny. Co i
Geralt, unosząc głowę, napotkał czarne, przenikliwe spojrzenie Myszowora. Druid ze Skellige, nie spuszczając z wiedźmina wzroku, kruszył jak gdyby w zamyśleniu trzymany w dłoni kawałek chleba, upuszczał okruszynki.
Geralt spojrzał w dół. Przed nim, na dębowej desce stołu, okruchy, ziarnka kaszy i czerwonawe fragmenciki skorupy ociężnika poruszały się szybko jak mrówki. Tworzyły runy. Runy połączyły się — na moment — w słowo. W pytanie.
Myszowór czekał, nie spuszczając z niego wzroku. Geralt ledwie dostrzegalnie kiwnął głową. Druid opuścił powieki, z kamie
— Szlachetni panowie! — zawołał herold. - Pavetta z Cintry!
Goście ucichli, obracając głowy w stronę schodów. Poprzedzana przez kasztelana i jasnowłosego pazia w szkarłatnym kubraczku, Królewna schodziła wolno, z opuszczoną głową. Włosy miała identycznego koloru jak matka — popielatoszare, ale nosiła je splecione w dwa grube warkocze, sięgające poniżej pasa. Oprócz diademika z misternie rzeźbioną gemmą i paska z drobniutkich złotych ogniwek, ściskającego na biodrach długą srebrnobłękitną suknię, Pavetta nie nosiła żadnych ozdób.
Eskortowana przez pazia, herolda, kasztelana i Visse-gerda, królewna zajęła wolne krzesło pomiędzy Drogoda-rem a Eistem Tuirseach. Rycerski wyspiarz natychmiast zadbał o jej puchar i zabawił rozmową. Geralt nie dostrzegł, by odpowiadała więcej niż jednym słowem. Oczy miała stale spuszczone, przykryte długimi rzęsami, cały czas, nawet podczas hałaśliwych toastów, jakie sypnęły się ku niej z różnych punktów stołu. Niewątpliwie, jej uroda zrobiła wrażenie na biesiadnikach — Crach an Craite zaprzestał wrzasków, w milczeniu gapił się na Pa-vettę, zapominając nawet o kuflu piwa. Windhalm z Attre także pożerał królewnę wzrokiem, mieniąc się różnymi odcieniami czerwieni, jak gdyby już tylko kilka ziarenek piasku w klepsydrze dzieliło go od pokładzin. W podejrzanym skupieniu studiowali drobną twarz dziewczynki również Kudkudak i bracia ze Streptu.
— Aha — powiedziała cicho Calanthe, najwyraźniej rada z efektu. - I co powiesz, Geralt? Dziewczyna wdała się w matkę, bez fałszywej skromności. Aż mi jej trochę szkoda dla tego rudego kloca, Cracha. Cała moja nadzieja w tym, że może ze szczeniaka wyrośnie ktoś klasy Eista Tuirseach. Wszak to ta sama krew. Słuchasz mnie, Ge-rait? Cintra musi sprzymierzyć się ze Skellige, bo wymaga tego interes państwa. Moja córka powi