Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 27 из 64

Nie nudzę cię, Iola?

Potrzebuję tej rozmowy. Naprawdę jej potrzebuję.

Na czym to ja stanąłem? Aha, na moim pierwszym szlachetnym czynie. Widzisz, Iola, w Kaer Morhen wbito mi do głowy, bym się nie mieszał do takich zajść, bym je omijał z daleka, nie bawił się w błędnego rycerza i nie wyręczał stróżów prawa. Ruszyłem na szlak nie po to, by się popisywać, ale by za pieniądze wykonywać zlecane mi prace. A ja wmieszałem się jak kto głupi, nie ujechawszy nawet pięćdziesięciu mil od podnóża gór. Czy wiesz, dlaczego to zrobiłem? Chciałem, by dziewczyna zalawszy się łzami wdzięczności całowała mnie, swego wybawcę, po rękach, a jej ojciec dziękował mi na kolanach. Tymczasem ojciec dziewczyny uciekł razem z maruderami, a dziewczyna, na którą poleciała większość krwi łysego, porzygała się i dostała ataku histerii, a gdy się do niej zbliżyłem, zemdlała ze strachu. Od tamtego czasu wtrącałem się w podobne historie już bardzo rzadko.

Robiłem swoje. Szybko nauczyłem się jak. Podjeżdżałem do opłotków wsi, zatrzymywałem się pod palisadami osad i grodów. I czekałem. Jeśli pluto, złorzeczono i rzucano kamieniami, odjeżdżałem. Jeśli miast tego ktoś wychodził i dawał mi zlecenie, wykonywałem je.

Odwiedzałem miasta i twierdze, szukałem orędzi przybijanych do słupów na rozstajnych drogach. Szukałem wiadomości: "Wiedźmin potrzebny pilnie". A potem było zwykle jakieś uroczysko, loch, nekropolia lub ruiny, leśny wąwóz lub grota w górach pełna kości i śmierdząca padliną. I było coś, co żyło tylko po to, by zabijać. Z głodu, dla przyjemności, powodowane czyjąś chorobliwą wolą, z i

Błędy? A jakże. Popełniałem.

Ale trzymałem się zasad. Nie, nie kodeksu. Zwykłem niekiedy zasłaniać się kodeksem. Ludzie to lubią. Takich, którzy maja jakieś kodeksy i kierują się nimi, szanuje się i poważa.

Nie ma żadnego kodeksu. Nigdy nie ułożono żadnego wiedźmińskiego kodeksu. Ja sobie swój wymyśliłem. Zwyczajnie. I trzymałem się go. Zawsze…

Nie zawsze.

Bo było tak, iż wydawałoby się, że nie ma miejsca na żadne wątpliwości. Że należałoby powiedzieć sobie: "A co mnie to obchodzi, to nie moja sprawa, ja jestem wiedźminem". Że należałoby posłuchać głosu rozsądku. Posłuchać instynktu, jeżeli nie tego, co dyktuje doświadczenie. A choćby i zwykły, najzwyklejszy strach.

Powinienem był posłuchać głosu rozsądku, wtedy…

Nie posłuchałem.

Myślałem, że wybieram mniejsze zło. Wybrałem mniejsze, zło. Mniejsze zło! Jestem Geralt z Rivii. Zwany także Rzeźnikiem z Blaviken.

Nie, Iola. Nie dotykaj mojej ręki. Kontakt może wyzwolić w tobie… Możesz zobaczyć…

A ja nie chcę, byś zobaczyła. Nie chcę wiedzieć. Znam moje przeznaczenie, które kręci mną jak wir. Moje przeznaczenie? Ono idzie za mną krok w krok, ale ja nigdy nie oglądam się za siebie.

Pętla? Tak, Ne

Nie, nie i jeszcze raz nie. Ja nigdy nie oglądam się za siebie. A do Cintry nie wrócę nigdy, będę omijał Cintręjak gniazdo dżumy. Nigdy tam nie wrócę.

Ha, jeśli dobrze liczę, ten dzieciak musiał urodzić się w maju, gdzieś w okolicach święta Belleteyn. Gdyby tak było w istocie, to mielibyśmy do czynienia z interesującym zbiegiem okoliczności. Bo Ye

Chodźmy już, Iola. Zmierzcha już.

Dziękuję ci, że zechciałaś ze mną porozmawiać.

Dziękuję ci, Iola.

Nie, nic mi nie jest. Czuję się dobrze.

Całkiem dobrze.

KWESTIA CENY

I

Wiedźmin miał nóż na gardle.

Leżał, pławiąc się w mydlinach, z głową odrzuconą do tyłu, na śliską krawędź drewnianej balii. W ustach czuł gorzki posmak mydła. Nóż, tępy jak siedem nieszczęść, skrobał go boleśnie po jabłku Adama, z chrzęstem przesuwał się ku podbródkowi.

Balwierz, z miną artysty świadomego narodzin arcydzieła, skrobnął jeszcze raz, z czystej maniery, po czym otarł mu twarz kawałkiem lnianego płótna zmoczonym w czymś, co mogło być nalewką na arcydzięgielu.

Geralt wstał, pozwolił, by pachołek wylał na niego cebrzyk wody, otrząsnął się, wyszedł z balii, znacząc ceglaną podłogę śladami mokrych stóp.

— Ręcznik, panie — pachołek zerknął ciekawie na jego medalion.

— Dzięki.

— Tu jest odzienie — powiedział Haxo. - Koszula, gacie, spodnie, wams. A tu buty.

— O wszystkim pomyśleliście, kasztelanie. A we własnych butach nie mógłbym pójść?

— Nie. Piwa?

— Chętnie.

Ubierał się powoli. Dotyk obcego, szorstkiego, nieprzyjemnego ubrania na spęczniałej skórze psuł mu humor, jakiego nabrał, wylegując się w gorącej wodzie.

— Kasztelanie?

— Słucham was, panie Geralt?

— Nie wiecie aby, po co to wszystko? No, do czego jestem tu potrzebny?

— Nie moja rzecz — powiedział Haxo, zezując na pachołków. - Do mnie należy ubrać was…

— Przebrać, chcieliście powiedzieć.

— …Ubrać i zaprowadzić na ucztę, do królowej. Włóżcie wams, panie Geralt. I ukryjcie pod nim wiedźmiński medalion.

— Tu leżał mój sztylet.

— Ale już nie leży. Jest w bezpiecznym miejscu, tak jak oba wasze miecze i cały dobytek. Tam, dokąd idziecie, idzie się bez oręża.

Wiedźmin wzruszył ramionami, obciągając na sobie ciasny purpurowy wams.

— Co to jest? — spytał, wskazując na haft na przedzie ubioru.

— A właśnie — rzekł Haxo. - Byłbym zapomniał. Na czas uczty nazywacie się wielmożny Ravix z Czteroroga. Jako honorowy gość, zasiądziecie po prawicy królowej, takie jest jej życzenie. A to na wamsie, to wasz herb. W polu złotym niedźwiedź czarny, kroczący, na nim pa

— Jasne, zapamiętam — powiedział poważnie Geralt. -A Czteroróg, gdzie leży?

— Dostatecznie daleko. Gotowiście? Możemy iść?

— Możemy. Powiedzcie jeszcze, panie Haxo, z jakiej okazji ta uczta?

— Królewna Pavetta kończy piętnaście lat, wedle zwyczaju zwalili się konkurenci do jej ręki. Królowa Calanthe chce ją wydać za kogoś ze Skellige. Zależy nam na przymierzu z wyspiarzami.

— Dlaczego akurat z nimi?

— Na tych, z którymi są w przymierzu, nie napadają tak często jak na i

— Istotny powód.

— Ale nie jedyny. W Cintrze, panie Geralt, tradycja nie pozwala na niewieście rządy. Nasz król Roegner zmarł był jakiś czas temu od morowego powietrza, a królowa nie chce drugiego męża. Nasza pani Calanthe mądra jest i sprawiedliwa, ale co król, to król. Ten, kto ożeni się z królewną, siądzie na tronie. Dobrze by było, zęby trafił się chłop na schwał. A takich trzeba szukać na wyspach. To twardy naród. Chodźmy już.

W połowie krużganka otaczającego mały, pusty wewnętrzny dziedziniec Geralt zatrzymał się, rozejrzał.

— Kasztelanie — rzekł półgłosem. - Jesteśmy sami. Mówcie, do czego królowej wiedźmin. Musicie coś wiedzieć. Kto, jeśli nie wy?

— Do tego, co i wszystkim i

— Nie kręćcie, kasztelanie. Pytam, do czego królowej wiedźmin na uczcie, i to przebrany za błękitnego niedźwiedzia z rozpuszczonymi włosami.

Haxo też się rozejrzał, a nawet wychylił się przez balustradę krużganka.

— Niedobrego coś się dzieje, panie Geralt — mruknął. -Na zamku, znaczy. Straszy coś.

— Co?

— A co ma straszyć? Straszydło. Mówią, małe, garbate, kolczaste jak jeż. Nocą po zamku łazi, brzęka łańcuchami. Pojękuje i stęka w komnatach.