Страница 21 из 64
— Napluć mi na prawo, na wójta i na jego pomoc! — wybuchnął Stregobor. - Nie potrzebuję obrony, chcę, byś ją zabił! Do tej wieży nie wejdzie nikt, jestem tu zupełnie bezpieczny. Ale co mi z tego, nie mam zamiaru siedzieć tu do końca swoich dni. Dzierzba nie zrezygnuje, póki żyje, wiem to. Mam siedzieć w tej wieży i czekać na śmierć?
— One siedziały. Wiesz co, magiku? Trzeba było zostawić polowanie na dziewczęta i
— Proszę cię, Geralt.
— Nie, Stregobor.
Czarnoksiężnik milczał. Nieprawdziwe słońce na nieprawdziwym niebie nie przesunęło się w kierunku zenitu, ale wiedźmin wiedział, że w Blaviken już zmierzcha. Poczuł głód.
— Geralt — powiedział Stregobor — kiedy słuchaliśmy Eltibalda, wielu z nas miało wątpliwości. Ale postanowiliśmy wybrać mniejsze zło. Teraz ja ciebie proszę o podobny wybór.
— Zło to zło, Stregoborze — rzekł poważnie wiedźmin wstając. - Mniejsze, większe, średnie, wszystko jedno, proporcje są umowne a granice zatarte. Nie jestem świątobliwym pustelnikiem, nie samo dobro czyniłem w życiu. Ale jeżeli mam wybierać pomiędzy jednym złem a drugim, to wolę nie wybierać wcale. Czas na mnie. Zobaczy- my się jutro.
— Może — powiedział czarodziej. - Jeżeli zdążysz.
III
W "Złotym Dworze", reprezentacyjnym zajeździe miasteczka, było ludno i gwarno. Goście, miejscowi i przyjezdni, zajęci byli w większości czy
— Wytęż pamięć, Setniku — rzekł Caldemeyn do karczmarza, przechylając się przez kontuar, by być słyszanym poprzez harmider. - Sześciu chłopa i dziewucha, czarno odziani w skórę nabijaną srebrem, novigradzką modą. Widziałem ich na rogatkach. Zatrzymali się u ciebie czy "Pod Tuńczykiem"?
Karczmarz zmarszczył wypukłe czoło, wycierając kufel w pasiasty fartuch.
— Tu, wójcie — powiedział wreszcie. - Prawili, że na jarmark przyjechali, a wszyscy przy mieczach, nawet dziewka. Czarno, jak rzekliście, odziani.
— Ano — kiwnął głową wójt. - Gdzie oni teraz? Tu ich nie widzę.
— We mniejszym alkierzu. Złotem płacili.
— Pójdę sam — powiedział Geralt. - Nie ma co robić z tego sprawy urzędowej, przynajmniej na razie, wobec nich wszystkich. Przyprowadzę ją tutaj.
— Może i dobrze. Ale uważaj, nie chcę tu awantury.
— Będę uważał.
Piosenka żeglarzy, sądząc po rosnącym nasyceniu plugawymi słowami, zmierzała do wielkiego finału. Geralt uchylił kotarę zasłaniającą wejście do alkierza, sztywną i lepką od brudu.
Przy stole w alkierzu siedziało sześciu mężczyzn. Tej, której się spodziewał, nie było wśród nich.
— Czego? — wrzasnął ten, który dostrzegł go pierwszy,
łysawy, z twarzą zniekształconą blizną biegnącą przez lewą brew, nasadę nosa i prawy policzek.
— Chcę się widzieć z Dzierzbą.
Od stołu wstały dwie jednakowe postacie o identycznych nieruchomych twarzach, jasnych zmierzwionych włosach sięgających ramion, w identycznych obcisłych strojach z czarnej skóry lśniących od srebrnych ozdób. Jednakowymi ruchami bliźniacy podnieśli z ławy jednakowe miecze.
— Spokój, Vyr. Siadaj, Nimir — powiedział człowiek z blizną, opierając łokcie na stole. - Z kim, mówisz, chcesz się widzieć, bracie? Kto to jest Dzierzba?
— Wiesz dobrze, o kogo mi chodzi.
— Co to za jeden? — spytał półnagi osiłek, spocony, przepasany na krzyż pasami, z kolczastymi ochraniaczami na przedramionach. - Znasz go, Nohorn?
— Nie znam — powiedział człowiek z blizną.
— To jakiś albinos — zachichotał szczupły ciemnowłosy mężczyzna siedzący obok Nohoma. Delikatne rysy, wielkie czarne oczy i szpiczaste zakończone uszy nieomylnie zdradzały półkrwi elfa. - Albinos, mutant, wybryk natury. Że też takim pozwala się wchodzić do szynków między porządnych ludzi.
— Ja go już gdzieś widziałem — powiedział krępy, ogorzały typ z włosami zaplecionymi w warkocz, mierząc Ge- raita złym spojrzeniem zmrużonych oczu.
— Nieważne, gdzie go widziałeś, Tavik — powiedział
Nohorn. - Słuchaj no, bracie. Civril przed chwilą strasznie cię obraził. Nie wyzwiesz go? Taki nudny wieczór.
— Nie — rzekł spokojnie wiedźmin.
— A mnie, jeśli wyleję ci na łeb tę rybią polewkę, wyzwiesz? — zarechotał goły do pasa.
— Spokój, Piętnastka — rzekł Nohorn. - Powiedział, że nie, to nie. Na razie. No, bracie, mów, co masz do powiedzenia i wynoś się. Masz okazję sam się wynieść. Nie skorzystasz, to wyniesie cię obsługa.
— Tobie nie mam nic do powiedzenia. Chcę się widzieć z Dzierzbą. Z Renfri.
— Słyszeliście, chłopcy? — Nohom rozejrzał się po komr panach. - On chce się widzieć z Renfri. A w jakimże to celu, bracie, można wiedzieć?
— Nie można.
Nohorn podniósł głowę i popatrzył na bliźniaków, ci zaś postąpili krok do przodu, brzęcząc srebrnymi klamerkami wysokich butów.
— Wiem — powiedział nagle ten z. warkoczem. - Już wiem, gdzie go widziałem!
— Co tam mamlesz, Tavik?
— Przed domem wójta. Przywiózł jakiegoś smoka na handel, takie skrzyżowanie pająka z krokodylem. Ludzie gadali, że to wiedźmin.
— Co to takiego jest, wiedźmin? — spytał ten goły, Piętnastka. - Hę? Civril?
— Najemny czarownik — powiedział półelf. - Kuglarz za garść srebrników. Mówiłem, wybryk natury. Obraza praw ludzkich i boskich. Takich powi
— Nie lubimy czarowników — zazgrzytał Tavik, nie odrywając od Geralta zmrużonych ślepi. - Coś mi się zdaje, Civril, że będziemy mieli w tej dziurze więcej roboty, niż myśleliśmy. Tu ich jest więcej niż jeden, a wiadomo, że oni trzymają się razem.
— Ciągnie swój do swego — uśmiechnął się złośliwie mieszaniec. - Że też ziemia nosi takich jak ty. Kto was płodzi, dziwolągi?
— Więcej tolerancji, jeśli łaska — rzekł spokojnie Geralt. - Twoja matka, jak widzę, musiała dostatecznie często chodzić sama po lesie, byś miał powody zastanawiać się nad własnym pochodzeniem.
— Możliwe — odpowiedział półelf, nie przestając się uśmiechać. - Ale ja przynajmniej znałem moją matkę. Ty jako wiedźmin nie możesz tego powiedzieć o sobie.
Geralt pobladł lekko i zacisnął wargi. Nohorn, którego uwadze to nie uszło, zaśmiał się gromko.
— No, bracie, takiej obrazy nie możesz puścić płazem. To, co masz na grzbiecie, wygląda na miecz. Więc jak? Wyjdziecie z Civrilem na dwór? Wieczór taki nudny. Wiedźmin nie zareagował.
— Zasrany tchórz — parsknął Tavik.
— Co on mówił o matce Civrila? — ciągnął 'monoto
Piętnastka wstał ochoczo, odpiął miecz, cisnął na stół. Wypiął pierś, poprawił najeżone srebrnymi ćwiekami ochraniacze na przedramionach, splunął i postąpił krok do przodu.
— Jeżeli masz jakieś wątpliwości — powiedział Nohom — to Piętnastka właśnie wyzywa cię do walki na pięści. Mówiłem, że cię stąd wyniosą. Zróbcie miejsce.
Piętnastka zbliżył się, unosząc pięści. Geralt położył dłoń na rękojeści miecza.
— Uważaj — powiedział. - Jeszcze krok, a będziesz szukał swojej ręki na podłodze.
Nohorn i Tavik zerwali się, łapiąc za miecze. Milczący bliźniacy dobyli swoich jednakowymi ruchami. Piętnastka cofnął się. Nie poruszył się jedynie Civril.