Страница 69 из 114
Constant położył dłoń na sercu, zgiął się w lekkim ukłonie.
– Uprzejmie przepraszam.
– Wybaczam – rzekła z promie
– I ta ciotka, ta piękna, ujmująca Izolda, wcześniej mieszkanka Paryża, przeprowadziła się do Carcasso
– Nie. Przyjechaliśmy do miasta tylko na kilka dni załatwić jakieś sprawy związane z posiadłością jej zmarłego męża. Dziś wieczór idziemy na koncert.
– Carcasso
– Nie, skądże! – zaśmiała się dziewczyna. – Przyjechaliśmy tylko na kilka dni. Polecony przez przyjaciół Hotel Saint-Vincent całkowicie nam odpowiada.
Ktoś otworzył drzwi kościoła, razem z nowymi przybyszami wpadł do środka podmuch wiatru. Mokre spódnice przykleiły się dziewczynie do nóg. Zadrżała.
– Panienka boi się burzy?
– Ani trochę – odparła zgodnie z prawdą, choć troska nowego znajomego sprawiła jej przyjemność. – Majątek ciotki jest w górach. Przez ostatnie dwa tygodnie mieliśmy okazję doświadczać grzmotów i błyskawic dużo groźniejszych niż te dzisiejsze.
– Więc zamieszkaliście poza Carcasso
– Na południe od Limoux, w Haute Vallee. Niedaleko od uzdrowiska Re
– Niestety, nie. Chociaż przyznaję, zaczynam być zainteresowany. Może złożyłbym wizytę w tej okolicy w nieodległej przyszłości?
Leonie po raz kolejny spłonęła rumieńcem.
– Posiadłość leży na uboczu, ale okolica jest piękna.
– Dużo socjety przebywa w Re
– Ależ skąd! Żyjemy tam na odludziu. Ale odpowiada nam taki stan rzeczy. Mój brat w mieście jest wiecznie zajęty. Tutaj wreszcie może odpocząć.
– Mam nadzieję, że południe będzie mogło się nacieszyć waszą obecnością nieco dłużej rzekł miękko.
Leonie z trudem zachowała spokojny wyraz twarzy. Hiszpańska rodzina, ciągle głośno się kłócąc, zaczęła wstawać. Drzwi kościoła stały otworem.
– Deszcz przechodzi – zauważył Constant. – Szkoda.
Ostatnie słowo padło tak spokojnie, że Leonie rzuciła na towarzysza zdumione spojrzenie. Tak otwarcie wyrażać zainteresowanie…? Jego twarz miała jednak całkiem niewi
Dżentelmen w cylindrze pomógł swojej towarzyszce wstać. Ostrożnie wydostali się z ławy, przeszli nawą i znaleźli się przed kościołem. Za nimi podążyli i
Monsieur Constant podał jej ramię.
– Pójdziemy?
Aksamitny głos. Nienaga
– Chętnie skorzystam – rzekła.
Leonie Vernier i Victor Constant razem opuścili kościół i zeszli na Place Saint-Gimer.
ROZDZIAŁ 60
Mimo opłakanego wyglądu Leonie czuła się najszczęśliwszą osobą na placu. Często wyobrażała sobie taki moment, ale w rzeczywistości okazał się on znacznie piękniejszy niż w marzeniach. Spacer pod rękę z mężczyzną.
I to wcale nie w marzeniach.
Victor Constant nadal zachowywał się jak dżentelmen doskonały, uważny, ale nie nadskakujący. Poprosił o pozwolenie na zapalenie papierosa, a kiedy je uzyskał, jej także zaproponował tytoń przywieziony z Turcji, zwinięty w gruby brązowy rulon, zupełnie i
Rozmowa potoczyła się trybem łatwym do przewidzenia: o pogodzie, o atrakcjach Carcasso
– Tutaj, niestety, muszę panienkę opuścić – powiedział Constant.
Leonie zdołała nie okazać rozczarowania.
– Bardzo panu dziękuję za towarzystwo – rzekła. I za troskę. – Zawahała się. – Na mnie też już czas, inaczej brat będzie się o mnie martwił.
Chwilę stali, nie bardzo umiejąc się rozstać. I
Chociaż Leonie chciała widzieć siebie jako osobę nieskrępowaną konwenansami, mimo wszystko czekała, aż on odezwie się pierwszy. Nie ona powi
Mademoiselle Vernier… Usłyszała drżenie w jego głosie.
Tak, monsieur Constant?
– Mam nadzieję, że wybaczy mi panienka zbytnią śmiałość… Chciał
bym wiedzieć, czy miała już panienka okazję odwiedzić Square Gambetta.
– Skinął na prawo. – Dosłownie dwie minuty stąd.
– Byłam tam dziś rano.
Jeśli spodobała się panience muzyka, to w każdy piątek o godzinie jedenastej dają tam koncert. – Zamknął ją w spojrzeniu niebieskich oczu – Będę tu jutro.
Leonie skryła uśmiech. Bardzo ładnie sobie poradził. Zaprosił ją bez naruszania konwenansów.
– Ciotka zaplanowała dla nas udział w różnych muzycznych wydarzeniach w Carcasso
– Więc może szczęście się do mnie uśmiechnie i nasze ścieżki znów się spotkają – powiedział, uchylając kapelusza. – Z przyjemnością poznam brata i ciotkę panienki. – Zajrzał jej głęboko w oczy.
Leonie była zauroczona. Nie marzyła o niczym i
– A la prochaine – rzekł.
Czar prysł. Dziewczyna oblała się rumieńcem, jakby mężczyzna mógł czytać w jej myślach.
– Tak, oczywiście – wykrztusiła. – Do zobaczenia.
Odwróciła się i żwawym krokiem ruszyła ulicą Pont Vieux, besztając siebie za zbyt odważne nadzieje.
Constant odprowadzał ją wzrokiem. Zgrabna figura, sprężysty krok. Sądząc po wysoko uniesionej głowie, doskonale wiedziała, że się jej przygląda.
Jaka matka, taka córka, pomyślał.
Cóż, aż trudno uwierzyć, że poszło tak łatwo. Te dziewczęce rumieńce, te wielkie oczy, rozchylone wargi, odsłaniające czubek języka… Mógł ją uwieść od razu, na miejscu, gdyby tylko zechciał. Ale nie takie miał plany, nie takie zamiary. O wiele więcej satysfakcji da mu gra z jej uczuciami. Doprowadzi ją do rozpaczy, zniszczy i podepcze, oczywiście, ale najpierw rozkocha. W ten sposób Vernier ucierpi znacznie bardziej, niż gdyby Constant wziął jego siostrę siłą.
A rozkocha ją w sobie bez najmniejszych trudności. Jest wrażliwa. młoda, dojrzały owoc, który sam spada w dłoń.
Politowania godna.
Strzelił palcami. Mężczyzna w niebieskim płaszczu, ciągle podążający jego śladami, natychmiast stanął obok.
– Monsieur.
Constant napisał kilka słów i wydał polecenie, by dostarczyć korespondencję do hotelu Saint-Vincent. Cieszyła go sama myśl o wyrazie twarzy Verniera, gdy przeczyta wiadomość. Tak, Vernier musi cierpieć. Zresztą oboje, i Vernier, i ta jego lafirynda. Przez następne kilka dni będą się bojaźliwie oglądali przez ramię, zastraszeni, niepewni, skąd padnie cios.
Włożył w chciwe dłonie mężczyzny sakiewkę z pieniędzmi.
– Masz za nimi chodzić. Śledzić ich. Wiadomości posyłać jak zwykle.
Chcę wiedzieć dokładnie, gdzie bywają. Rozumiesz? Zdążysz z listem do
hotelu przed dziewczyną?
Mężczyzna przybrał urażony wyraz twarzy.
– Jestem tu u siebie – mruknął, obrócił się i zniknął w wąskiej allee,
biegnącej na tyłach Hópital des Malades.
Constant wyrzucił z myśli dziewczynę i zaczął planować następny ruch. W czasie potwornie nudnego flirtu w kościele nie tylko poznał nazwę hotelu, w którym słodkie ptaszątka zatrzymały się w Carcasso
Znał doskonale miasteczko Re
Wsiadł do jlacre i wrócił do serca Bastide, a następnie siatką ulic przeszedł za Cafe des Negociants na Boulevard Barbes. Tam znajdował się jeden z ekskluzywnych klubów dla panów. Miał ochotę na szampana, może też dziewczynę. Tutaj, na południu, nie można było liczyć na jasną skórę blondynki w jego guście, trudno. Dziś mógł zrobić wyjątek. Był w uroczystym nastroju.
ROZDZIAŁ 61
Leonie śpieszyła przez Square Gambetta dróżkami błyszczącymi od wody, odbijającymi nieśmiałe promienie słońca. Wkrótce minęła brzydki budynek municypalny w sercu Bastide.
Całkiem nie widziała, co się wokół niej dzieje. Nie dostrzegała mijających ją ludzi ani chodników spływających czarną wodą i śmieciami naniesionymi przez burzę.
Dopiero teraz zaczynała sobie uświadamiać konsekwencje samowolnej wyprawy. Pól maszerując, pół biegnąc, myślała o tym, co usłyszy od Anatola. Nerwy miała napięte jak postronki, serce w gardle.
A jednak niczego nie żałuję, mówiła sobie.
Zostanie ukarana za nieposłuszeństwo, to pewne. Lecz nie mogła powiedzieć, że żałuje tej wyprawy.
Zerknęła na tabliczkę z nazwą ulicy i spostrzegła, że znajduje się na rue Courtejaire zamiast na Carriere Mage. Najwyraźniej się zgubiła. Plan de la ville, kompletnie przemoczony, rozszedł się jej w rękach. Zresztą farba drukarska się rozlała, nazwy ulic były nieczytelne. Skręciła najpierw w prawo, potem w lewo, rozglądając się za jakimiś znajomymi punktami charakterystycznymi, ale wystawy sklepów skryły się za okie