Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 37 из 114

Dowiedziała się jednak, że serwowanie posiłków do pokojów możliwe było do godziny osiemnastej.

Nie bardzo wiedziała, na co się zdecydować. Z jednej strony, nie chciała wychodzić z Internetu, zwłaszcza teraz, kiedy akurat coś wyszperała, chociaż ile te informacje były warte, trudno powiedzieć. Z drugiej strony. umierała z głodu. Nie zjadła obiadu, a o pustym żołądku wiele nie zdziała.

Dowodem były choćby halucynacje nad rzeką i na drodze.

– Już schodzę – zdecydowała.

Wpisała stronę do „Ulubionych" i wylogowała się z sieci.

ROZDZIAŁ 31

– Co się z tobą dzieje?! – Julian Lawrence ledwo nad sobą panował.

– Co się ze mną dzieje?! – krzyknął Hal. – Jak to co?! Właśnie pochowałem ojca!

Z całej siły trzasnął drzwiczkami peugeota i wbiegł na schody. Po drodze zerwał z szyi krawat, wepchnął go do kieszeni marynarki.

– Mów ciszej! – syknął Julian. – Jeszcze tu nam atrakcje potrzebne! Już

pokazałeś, co potrafisz! Wystarczy na jeden wieczór. – Zamknął samochód i poszedł za bratankiem do tylnego wejścia do hotelu. – Co ci do łba strzeliło! Przed całym miastem!

Z daleka wyglądali jak ojciec i syn wybierający się na jakąś oficjalną kolację. Obaj przystojni, elegancko ubrani w czarne garnitury. Jedynie wyraz twarzy i zaciśnięte pięści Hala zdradzały, że dzieli ich gwałtowna nienawiść.

– Jasne! – Hal zaśmiał się szyderczo. – Dla ciebie ważna jest wyłącznie

reputacja! Ciebie obchodzi tylko, co ludzie sobie pomyślą. – Plasnął się dłonią w czoło. – A dotarło do ciebie, że w trumnie był mój ojciec? Twój brat? Przedarło się to do twojej świadomości? Mocno wątpię!

Lawrence położył dłoń na ramieniu młodego mężczyzny.

– Posłuchaj mnie przez chwilę – powiedział spokojniej. – Rozumiem,

że jesteś zdenerwowany. Nie ma się czemu dziwić. Nic bardziej naturalnego. Ale rzucanie bezpodstawnych oskarżeń nikomu w niczym nie pomoże. Jeśli już, to ewentualnie zaszkodzi. Ludzie zaczną sądzić, że są powody do stawiania jakichś zarzutów.

Hal chciał strącić dłoń stryja, ale ten ścisnął go za ramię.

– Wszyscy ci współczują. I policjanci, i merostwo, wszyscy. Twój ojciec

był lubiany. Ale jeśli dalej będziesz się tak zachowywał…

Hal zmierzy! go płonącym spojrzeniem.

– Grozisz mi? – Wreszcie udało mu się oswobodzić. – Ty mi grozisz?

Lawrence przesłonił oczy powiekami. Z jego twarzy zniknął wyraz współczucia, serdeczna troska. Na ich miejscu pojawiła się irytacja i coś jeszcze… Pogarda.

– Nie bądź śmieszny – rzekł lodowatym tonem. – I na litość boską, weź

się w garść. Masz dwadzieścia osiem lat, nie jesteś już rozpuszczonym uczniakiem. – Wszedł do hotelu. – Napij się czegoś i idź spać – rzucił jeszcze przez ramię. – Porozmawiamy rano.

Hal poszedł za nim.

– Nie ma o czym rozmawiać – oznajmił. – Doskonale wiesz, co myślę.

I nie skłonisz mnie do zmiany zdania. W żaden sposób.

Skręcił w prawo, do baru.

Julian Lawrence odczekał chwilę, a następnie poszedł w stronę głównego wejścia, do recepcji.

– Witaj, Eloise. Wszystko w porządku?

– Bardzo spokojnie dzisiaj – poinformowała pracownica i uśmiechnęła się do niego ze współczuciem. – Jak pan sobie daje radę? Pogrzeb zawsze jest przykry…

– Koszmarny. – Przewrócił oczami. – Pojęcia nie masz, do jakiego stopnia. – Oparł się o stół. – Są dła mnie jakieś wiadomości?

– Tylko jedna. – Eloise podała szefowi białą kopertę i jeszcze się upewniła: – W kościele wszystko poszło jak trzeba, oui?.

Skrzywiony pokiwał głową.

– O tyle, o ile to możliwe w tych warunkach.

Przyjrzał się kopercie. Widok odręcznego pisma wywołał na jego twarzy szeroki uśmiech. Na tę wiadomość czekał. Na informację o wizygockiej komnacie pogrzebowej, odkrytej w Quiilan. Marzył, że będzie ona miała istotne znaczenie dla wykopalisk prowadzonych w Domaine de la Cade. Z Quillan jeszcze nie wypuszczono żadnych przedmiotów.

– O której dostałaś przesyłkę?

– O ósmej, proszę pana. Została doręczona osobiście.

Zabębnił palcami na blacie.

– Doskonale. Dziękuję ci. Miłego wieczoru. Gdyby ktoś mnie potrzebował, będę w biurze.

– D'accord. – Dziewczyna uśmiechnęła się promie

ROZDZIAŁ 32

Kwadrans przed dziesiątą Meredith skończyła kolację.

Wyszła do holu. Chociaż była zmęczona, wiedziała, że nie zaśnie, za dużo myśli kłębiło jej się w głowie. Spojrzała przez drzwi wejściowe. Może by się przejść? Ścieżki były rzęsiście oświetlone, a przy tym ciche i opustoszałe. Włożyła czerwony kardigan Abercrombie amp; Fitch. Nie, jednak nie. Od kilku dni bez przerwy gdzieś chodziła.

I jeszcze taki dzień…

Wypchnęła tę myśl z głowy. Czas odpocząć. Z baru na tarasie dobiegał szmer głosów. Nie była wielbicielką ani stalą bywalczynią takich lokali, ale skoro nie miała ochoty iść od razu do pokoju i kłaść się spać, może nie od rzeczy byłoby tam zajrzeć.

Minęła gabloty, w których wyeksponowano porcelanę, i pchnęła szklane drzwi. Wnętrze przypominało raczej bibliotekę niż bar. Całe ściany, od podłogi do sufitu, zastawione były książkami za szkłem. W rogu stały drewniane schodki na kółkach, wypolerowane do połysku.

Przy niskich okrągłych stolikach ustawiono skórzane fotele, więc można się było tu czuć jak w ekskluzywnym klubie. Panowała atmosfera komfortu i relaksu. Meredith przesunęła wzrokiem po gościach: dwa małżeństwa, jakaś rodzina i kilku samotnych mężczyzn.

Ponieważ nie było wolnego stolika, usiadła na stołku przy barze. Położyła na ladzie klucz od pokoju oraz broszurę, wzięła w rękę menu.

– Cocklails d'un cote, vins de l'autre – uśmiechnął się barman.

Aha, czyli tu koktajle, a po drugiej stronie wina. Odwróciła kartę, przeczytała nazwy win serwowanych na kieliszki i odłożyła spis.

– Quelque chose de la region? – spytała. Rzeczywiście, najchętniej spróbowałaby jakiegoś miejscowego trunku. Qu'est-ce que vous recomman-dez?

– Blanc, rouge, rose?

– Blanc. Stanowczo białe.

– Proszę spróbować Domaine Begude Chardo

Zaskoczona angielskimi słowami i faktem, że ktoś w ogóle się do niej odezwał, przeniosła spojrzenie na młodego mężczyznę, siedzącego kilka stołków dalej. Był przystojny, ubrany w śnieżnobiałą koszulę i eleganckie czarne spodnie. Jego marynarka leżała na dwóch stołkach między nim a Meredith. Z wyglądem kłóciła się ponura mina. Gęste czarne włosy spadały mu na twarz.

– Z niedalekiej wi

Bardzo smaczne.

Przyjrzał jej się, jakby sprawdzał, czy na pewno go słucha, zaraz jednak na nowo utkwił wzrok w kieliszku.

Ależ niebieskie oczy!

W tej chwili go rozpoznała. To jego widziała na Place des Deux Re

Kiwnęła głową.

– Dobrze. – Zwróciła się do barmana: – S'il vous plait.

– Tres bien, madame. Votre chambre?

Oczywiście. Musiał wiedzieć, kto zamawia. Pokazała mu przywieszkę od klucza. Po czym zwróciła się do nieznajomego. – Dziękuję za pomoc.

– Nie ma sprawy.

Poprawiła się na stołku, trochę speszona, niepewna, czy ma podtrzymywać rozmowę. Ale on już podjął za nią decyzję. Wyciągnął do niej rękę nad czarnymi siedzeniami i wypolerowanym drewnem.

– Nazywam się Hal. Podała mu dłoń.

– Meredith Martin.

Barman położył przed nią papierową podkładkę, na niej ustawił kieliszek z ciemnożółtym płynem. Dyskretnie podsunął rachunek i długopis.

Świadoma, że Hal na nią patrzy, upiła łyk. Lekkie, cytrynowe, czyste. Podobne do białych win, które Mary i Bill zamawiali przy szczególnych okazjach albo gdy przyjeżdżała do domu na weekendy.

Wspaniałe. Fantastyczne.

– Encore un verre, monsieur? – spytał barman.

– Tak, Georges, nalej mi jeszcze – zgodził się Hal. Odwrócił się do dziewczyny. – Meredith Martin. Jesteś Amerykanką. – Oparł łokcie na kontuarze i wsunął palce we włosy. Chyba był wstawiony. – Przepraszam. Niepotrzebnie się wtrącam.

– Nic nie szkodzi. – Uśmiechnęła się. – Masz rację, jestem Amerykanką.

– Przyjechałaś niedawno?

– Dwie godziny temu. Pociągnęła jeszcze łyk wina. Alkohol dotarł do żołądka. – A ty?

– Mój ojciec… urwał. Na twarzy miał rozpacz. – Hotel należy do mojego stryja – powiedział.

Meredith domyśliła się, że dziś Hal pochował ojca. Poczuła się niewyraźnie. Czekała w milczeniu.

– Wybacz – odezwał się w końcu. – Mam za sobą fatalny dzień. – Osuszył kieliszek do dna i sięgnął po drugi, który postawił przed nim barman. _ Co cię tu sprowadza, interes czy przyjemności?

– Po trochu jedno i drugie – odpowiedziała. – Piszę.

– Dla jakiejś gazety?

– Nie, pracuję nad książką. Nad biografią kompozytora, Claude'a De-bussy'ego.

Spojrzenie mu zgasło, znów spochmurniał. Nie na taką reakcję miała nadzieję.

– Bardzo tutaj ładnie – dodała szybko, obejmując spojrzeniem wnę

trze. – Twój stryj długo tutaj mieszka?

Hal zacisnął pięści.

– We dwóch z moim ojcem kupili tę posiadłość w dwa tysiące trzecim.

Fortuna poszła na doprowadzenie jej do przyzwoitego stanu.

Meredith nie bardzo wiedziała, co powiedzieć. A Hal nie ułatwiał jej zadania.

– Tata przyjechał tu na stałe w maju – odezwał się wreszcie. – Chciał

prowadzić interes na co dzień. – Znowu przerwał. – Zginął w wypadku samochodowym. Miesiąc temu. Odchrząknął. – Dzisiaj był jego pogrzeb.

Zanim uświadomiła sobie, co robi, przykryła jego palce dłonią.

– Tak mi przykro.

Napięcie odrobinę zelżało. Siedzieli przez jakiś czas w milczeniu, wreszcie Meredith delikatnie puściła rękę Hala i sięgnęła po kieliszek.

– Miesiąc temu…? – rzuciła zdziwiona. – Dość długo…

– Rzeczywiście. – Pokiwał głową. – Robili sekcję. Oddali ciało dopiero w zeszłym tygodniu.