Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 107 из 114

CZĘŚĆ XII. Ruiny Październik 2007

ROZDZIAŁ 98

Domaine de la Cade

Środa, 31 października 2007

– Proszę pani! – zawołał Hal po raz kolejny.

Minęła dwunasta piętnaście. Od kwadransa bezskutecznie czekał przed domem pani O'Do

Na pewno trafił we właściwe miejsce, bo sprawdzał adres kilkakrotnie. Nie przypuszczał też, żeby pani O'Do

Najgorszy scenariusz i, niestety, najbardziej prawdopodobny, zakładał możliwość, że pani archeolog się rozmyśliła. Szanowna pani Shelagh postanowiła jednak nie jechać na policję. Z całą pewnością nie lubiła władz, więc Hal wcale by się nie zdziwił, gdyby bez jego i Meredith wsparcia postanowiła się wycofać.

Przeczesał palcami gęste włosy, cofnął się kilka kroków i uważnym spojrzeniem zmierzył okna przesłonięte okie

Pod kątem prostym do żywopłotu ciągnął się niewysoki murek. Hal podszedł bliżej, by zerknąć na taras. Obudziła się w nim nadzieja. Wyglądało na to, że jednak w domu ktoś jest.

– Proszę pani! zawołał. – To ja! Hal Lawrence!

Cisza.

– Proszę pani! Już piętnaście po dwunastej!

Nadal żadnej odpowiedzi. A przecież ją widział. Leżała, chyba twarzą do dołu, na niewielkim tarasie tuż przy domu. Dziwne. Co prawda, miejsce było osłonięte od wiatru, a październikowe słońce grzało w tym roku wyjątkowo mocno, jednak mimo wszystko trudno było uznać taką pogodę za zachęcającą do opalania. Może czyta książkę? Nie widział dokładnie, bo spoglądał przez liście dwóch zdziczałych platanów.

Wszystko jedno, pomyślał zirytowany. Nie powi

– Proszę pani?

W kieszeni zadrgał mu telefon. Odruchowo wyjął aparat, odczytał SMS.

MAM JE. TERAZ GROBOWIEC.

Nic nie rozumiejąc, przyglądał się słowom na ekranie, aż wreszcie mózg zaczął pracować. Uśmiechnął się.

– Przynajmniej Meredith ma jakieś wyniki.

On też nie zamierzał rezygnować. Za dużo wysiłku kosztowało go przekonanie policjantów, by znaleźli dla niego czas. Nie zamierzał wszystkiego zawalić przez humory Shelagh O'Do

– Proszę pani! Wiem, że pani jest w domu!

Dziwne, naprawdę dziwne. Nawet jeśli zmieniła zdanie, powi

Na tarasie leżał ciężki, gruby kij na wpół wepchnięty pod żywopłot. Hal wziął go w rękę. Na wszelki wypadek. I nagle zorientował się, że na drewnie widnieją charakterystyczne ślady.

Krew.

Podbiegł do Shelagh O'Do

Wyrwał z kieszeni telefon i drżącymi palcami wcisnął numer pogotowia. Trzy razy podał adres, wreszcie poniosły go nerwy.

– Maintenant! – krzyknął. – Natychmiast! Oui, elle soufle! Mais vite,

alors!

– Oddycha, oddycha, ale się pośpieszcie, na litość boską.

Rozłączył się, wpadł do domu. Chwycił pled rzucony na oparcie sofy i już był z powrotem na tarasie. Okrył Shelagh stara

Załomotał do drzwi sąsiadów. Tym razem miał więcej szczęścia, właścicielka zdążyła wrócić do domu. W dwóch słowach opowiedział wstrząśniętej kobiecie, co się stało, poprosił, by się zajęła panią O'Do

Błyskawicznie uruchomił silnik, wcisnął gaz. Nie miał wątpliwości, kogo winić. Musiał wracać do Domaine de la Cade. I znaleźć Meredith.

Julian Lawrence zatrzasnął drzwiczki i ruszył w górę schodami prowadzącymi do hotelu.

Tylko bez paniki.

Twarz miał mokrą od potu. Potknął się, oparł o wielki stół. Najpierw do biura. Trzeba opanować nerwy. Potem wymyślić, co robić dalej.

– Proszę pana! Monsieur!

Obejrzał się przez ramię. Niewiele widział, obraz mu się zamazywał.

– Ach, to Eloise.

Recepcjonistka uniosła rękę na powitanie.

– Dzień dobry panu… – Urwała gwałtownie. – Co się stało?

– Nic! – uciął. Wskazał kartkę papieru, którą trzymała w dłoni. – Co to jest?

– Pana bratanek prosił o przekazanie.

Wyszarpnął jej notkę. Kilka słów od Hala. Wiadomość krótka i treściwa. Prośba o spotkanie o czternastej. Julian zmiął kartkę.

– O której to zostawił? – spytał.

– Około dziesiątej trzydzieści, zaraz po pana wyjściu.

– Jest w hotelu?

– Wydaje mi się, że tuż przed południem pojechał do Re

– Amerykanka z nim pojechała?

– Nie. Poszła do ogrodu. – Recepcjonistka przeniosła spojrzenie na drzwi tarasu.

– Dawno?

– Co najmniej godzinę temu.

– Powiedziała, co zamierza robić? Dokąd konkretnie się wybiera? Słyszałaś jej rozmowę z Halem? Wiesz cokolwiek?

W oczach kobiety odbił się niepokój, odpowiedziała jednak zupełnie spokojnie:

– Nie, proszę pana. Chociaż…

– Co?!

– Pytała, gdzie pożyczyć… nie znam angielskiego słowa… unepelle. Julian zamarł.

– Łopatę?

Plasnął dłońmi o blat, aż recepcjonistka odskoczyła w tył. Na gładkiej powierzchni zostały dwie mokre plamy.

Pa

– Karty – mruknął. – Ona wie, gdzie ich szukać.

– Qu'est-ce qu'ily a, monsieur? – spytała nerwowo Eloise. – Vous sem-blez…

Julian nie zadał sobie trudu, by jej opowiadać, co się stało i dlaczego wydaje się nieswój. Obrócił się na pięcie, w kilku krokach znalazł się przy drzwiach tarasu i otworzył je z takim rozmachem, że odbiły się od ściany.

– Co mam powiedzieć panu Halowi? – zawołała za nim recepcjonistka.

Nie doczekała się odpowiedzi. Zobaczyła tylko, jak jej pracodawca

szybko się oddala. Nie w stronę jeziora, jak pani Martin nieco wcześniej, ale do lasu.

ROZDZIAŁ 99

Między dwoma rzędami cisów zostało wspomnienie alejki. Zdawała się prowadzić donikąd, lecz gdy Meredith powiodła za nią wzrokiem, odkryła zarys fundamentów i kilka większych kamieni, które z pewnością znalazły się na swoich miejscach nieprzypadkowo.

To tutaj.

Przyciskając do siebie skrzynkę z kartami, ruszyła wolno w stronę miejsca, gdzie kiedyś stał grobowiec. Trawa była mokra, jakby niedawno padało. Panowała tu atmosfera zapomnienia i zaniedbania. Kawałek ziemi odcięty od świata.

Dziewczyna z trudem powstrzymywała rozczarowanie. Wielki mi grobowiec! Raptem parę kamieni w miejscu zewnętrznej ściany – i to wszystko. Poza tym wszędzie trawa.

Przyjrzyj się uważniej, nakazała sobie.

Podeszła bliżej. I rzeczywiście, grunt nie był jednolity ani płaski. Przy odrobinie wyobraźni można było dojrzeć zarysy grobowca. Na wyraźnie zwilgotniałej łacie.

Ścisnęła mocniej uchwyty kuferka i zrobiła jeszcze jeden krok. Zorientowała się, że odruchowo podniosła nogę wyżej.

Jakbym przestępowała próg.

Światło na wprost wydało jej się dziwnie zmienione. Gęściejsze, bardziej opalizujące. Wiatr przybrał na sile, dźwięczał w uszach jak powtarzająca się nuta albo poświstywanie drutów na słupach telefonicznych. Zdawało jej się, że dociera do niej ledwo wyczuwalna woń kadzidła i mocny zapach wilgotnego kamienia. Zapachy dawnych obrzędów.

Postawiła kuferek na ziemi, wyprostowała się i uważniej rozejrzała dookoła. Z wilgotnej ziemi uniosła się mgiełka. Po chwili rozbłysły w niej szpileczki światła. Jedna po drugiej zawisały na granicy ruin niby płomyki świec zapalonych niewidzialną ręką. W miarę jak kolejne kręgi blasku łączyły się ze sobą, powstawał kształt zburzonych ścian grobowca. A pod mglistym welonem na ziemi Meredith ujrzała zarys czterech liter: C-A-D-E. W każdym razie tak jej się zdawało. Zrobiła następny krok. Miała pod stopami zupełnie i

Uklękła, nie zwracając uwagi na wilgoć sączącą się przez dżinsy. Wyjęła z kuferka talię kart. zatrzasnęła wieko. Nie chciała zniszczyć talii, więc zdjęła kurtkę, przykryła nią kuferek i dopiero wtedy zaczęła tasować karty. Tak jak ją uczyła Laura. Spokojnie, z namysłem. Wreszcie podzieliła talię na dwie części, obie położyła na prowizorycznym stoliku: jedną dalej od siebie, drugą bliżej.

„Nie mogę zasnąć".

Oczywiście, nie umiała sobie powróżyć. Za każdym razem, gdy przeglądała notatki zrobione po wizycie u Laury, czuła się bardziej skołowana. Teraz chciała więc tylko odsłonić karty, najlepiej pewnie osiem sztuk, i przyjrzeć im się przez pryzmat muzyki tego miejsca. Może uda jej się dostrzec jakiś wzór.

Aż zdradzą jej prawdę, zgodnie z obietnicą Leonie.