Страница 39 из 66
24
Mama przywitała go w drzwiach.
– Jadę kupić coś na wynos – powiedziała.
– Ty?
Podparła się pod boki, posyłając mu najgroźniejsze ze swoich spojrzeń.
– Coś ci nie pasuje?
– Nie, tylko że… – Uznał, że lepiej zostawić ten temat. – Nic, nic.
Pocałowała go w policzek i poszukała w torebce kluczyków do samochodu.
– Wrócę za pół godziny. Ojciec jest za domem. – Spojrzała na niego błagalnie. – Sam.
– Dobrze – odparł.
– Nikogo poza tym nie ma.
– Mhm.
– Łapiesz?
– Złapałem.
– Będziecie sami.
– Złapałem, mamo. Złapałem.
– Będziesz miał okazję…
– Mamo.
Uniosła ręce.
– Już dobrze, dobrze, idę.
Myron obszedł dom, mijając kubły na śmieci i kosze na odpadki do recyklingu. Ojca zastał na tarasie z drewna sekwoi, z wbudowanymi ławkami, meblami z poliwinylu i grillem Weber 500, które wyprodukowano w pamiętnym roku Kuche
– Hej – przywitał się.
Ojciec podniósł głowę, uśmiechnął się i odłożył śrubokręt.
– Poluzowana śrubka – wyjaśnił. – Ale nie rozmawiajmy o matce.
Myron roześmiał się. Usiedli na winylowych krzesłach przy stole przeszytym niebieskim parasolem. Przed nimi rozpościerał się Stadion Bolitara – skrawek zielonobrązowego trawnika, który był świadkiem niezliczonych, często rozgrywanych solo meczów futbolowych, bęjsbolowych, piłki nożnej, wiffle’a (zapewne najpopularniejszy sport na tym obiekcie), rugby, badmintona, kickballa i gry w zbijaka, ulubionej rozrywki przyszłych sadystów. Myron wypatrzył dawny ogródek warzywny mamy – słowem „warzywny” określano w ich domu trzy dorocznie wodniste pomidory i dwie sflaczałe cukinie. W tej chwili był zarośnięty bardziej niż kambodżańskie pole ryżowe. Na prawo od nich rdzewiał słupek do gry w tenisa na sznurku. Wyjątkowo debilnej.
Myron odchrząknął i położył ręce na stole.
– Jak się czujesz? – spytał.
Ojciec mocno skinął głową.
– Dobrze. A ty?
– Dobrze.
Spłynęło na nich milczenie, puszyste i spokojne. Takie, jakie potrafi być milczenie z ojcem. Cofasz się w przeszłość i znów jesteś mały i bezpieczny, bezpieczny tak zupełnie, tak bez reszty, jak dziecko w obecności taty. Wciąż masz go przed oczami – stoi w ciemnych drzwiach, cichy strażnik twojego dzieciństwa – i śpisz snem istoty naiwnej, niewi
Choć być może, jeśli jesteś farciarzem, nigdy to do ciebie nie dotrze.
Ojciec wyglądał dziś starzej, twarz miał bardziej obwisłą, a bicepsy pod koszulką, niegdyś nabite, dziś w zaniku, gąbczaste. Myron zastanawiał się, od czego zacząć. Ojciec zamknął oczy, po trzech sekundach otworzył je i powiedział:
– Nie zaczynaj.
– Czego?
– Twoja matka jest równie subtelna jak konferencja prasowa w Białym Domu. Kiedy ostatnio pojechała zamiast mnie kupić coś na wynos?
– Naprawdę jej się to zdarzyło?
– Raz. Kiedy miałem czterdzieści stopni gorączki. A i wtedy mocno jojczyła.
– Dokąd pojechała?
– Trzyma mnie na specjalnej diecie. Z powodu bólów w piersiach.
Bóle w piersiach! Eufemizm na atak serca!
– Domyślam się.
– Doszło do tego, że próbuje pichcić. Wspomniała ci o tym?
Myron skinął głową.
– Wczoraj mi coś upiekła – powiedział.
Ojciec zesztywniał.
– Boże! Własnemu synowi?!
– Coś naprawdę strasznego.
– Ta kobieta ma wiele, wiele talentów, ale gdyby zrzucili jej wypiek głodującym w Afryce, też by go nie tknęli.
– Więc dokąd pojechała?
– Dostała bzika na punkcie jakiegoś zwariowanego sklepiku ze zdrową żywnością ze Środkowego Wschodu, który niedawno otwarto w West Orange. Wiesz jak się nazywa? Müsli Muezinów!
Myron nie zareagował.
– Bóg świadkiem, to fakt! A suche to jak indyk, którego upiekła w Dzień Dziękczynienia, kiedy miałeś osiem lat. Pamiętasz?
– Tylko w nocy. Wciąż mnie prześladuje we snach.
Ojciec znowu odwrócił wzrok.
– Zostawiła nas samych, żebyśmy mogli porozmawiać? – spytał.
– Tak.
Al Bolitar skrzywił się.
– Nie znoszę, kiedy to robi – powiedział. – Chce dobrze. Obaj wiemy. Ale nie rozmawiajmy, zgoda?
Myron wzruszył ramionami.
– Proszę bardzo.
– Myśli, że źle znoszę starość. Też nowina! A kto ją dobrze znosi? Mój znajomy, Herschel Diamond… Pamiętasz Heshy’ego?
– Jasne.
– Wielki facet, prawda? W młodości grał półzawodowo w futbol. No więc Heshy dzwoni do mnie i mówi: przeszedłeś na emeryturę, poćwicz ze mną tai chi. Tai chi? A co to takiego? Mam jeździć do Hebrajskiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej i poruszać się wolno z gromadą starych pleciug? O co w tym wszystkim chodzi? Odmawiam. Na co Heshy, ten wielki sportowiec, który piłkę bejsbolową odbija na ćwierć mili, ten byk nad byki, proponuje: pochodźmy razem. Pochodźmy! Po centrum handlowym! Nazywa to marszobiegami. Po centrum handlowym, dasz wiarę?! Zawsze nienawidził tego miejsca, a tu nagle wpada mu do łba, żebyśmy truchtali tam naokoło jak stado osłów, w jednakowych dresach, drogich butach do chodu, i wyciskali te małe pedalskie hantle. Buty do chodu, powiada! Do czego doszło?! Czy ja kiedyś nosiłem buty, w których nie można chodzić?! Mam rację?
Al Bolitar zaczekał na odpowiedź.
– W stu procentach z okładem – odparł Myron.
Jego ojciec wstał, wziął śrubokręt i udał, że coś wkręca.
– A ponieważ nie chcę się ruszać jak stary Chińczyk ani chodzić w kółko w za drogich butach po tym zakazanym centrum handlowym, twoja matka uważa, że nie dorastam do sytuacji. Słyszysz?!
– Tak.
Ojciec nie wyprostował się, wciąż majstrując przy balustradzie. Z daleka dobiegły głosy bawiących się dzieci. Brzęknął rowerowy dzwonek. Ktoś się zaśmiał. Zahuczała kosiarka do trawy.
– Czy wiesz, czego spodziewa się po nas twoja matka? – spytał zaskakująco cichym głosem Al Bolitar.
– Czego?
– Żebyśmy zamienili się rolami. – Ojciec Myrona podniósł wreszcie ciężkie powieki. – Nie chcę odwracać ról, synu. Jestem ojcem. Lubię być ojcem. Tyle ci powiem.
– Jasne, tato – rzekł Myron, z trudem dobywając słowa.
Ojciec ponownie opuścił głowę. Siwe, wilgotne kosmyki mu sterczały, ciężko oddychał. Niewidoczna siła rozwarła Myronowi pierś i chwyciła go za serce. Patrząc na mężczyznę, którego kochał od tak dawna i który przez ponad trzydzieści lat bez jednego słowa skargi jeździł do pracy w tym przeklętym, dusznym magazynie w Newark, uświadomił sobie, że właściwie go nie zna. Nie znał jego marzeń, nie wiedział, kim chciał być w dzieciństwie, nie miał pojęcia, co myślał o własnym życiu.
Ojciec nadal pracował śrubokrętem.
„Przyrzeknij, że nie umrzesz, dobrze? Obiecaj mi to”.
Przyglądając się mu, Myron o mało nie powiedział tego na głos.
Ojciec wyprostował się i popatrzył na swoje dzieło. Zadowolony, usiadł. Wdali się w rozmowę o drużynie Knicksów, o najnowszym filmie Kevina Costnera i nowej książce Nelsona DeMille’a. Odstawili skrzynkę z narzędziami. Napili się mrożonej herbaty. Położyli się bok w bok na bliźniaczych leżakach. Upłynęła godzina. Zapadli w błogie milczenie. Myron zabębnił palcami po zaparowanej szklance. Słyszał lekko świszczący oddech ojca. Nadszedł zmierzch, znacząc niebo fioletami i rozpłomieniając pomarańczowo drzewa. Myron zamknął oczy.
– Mam do ciebie hipotetyczne pytanie – odezwał się.
– Tak?
– Co byś zrobił, gdybyś się dowiedział, że nie jesteś moim prawdziwym ojcem?
Brwi Ala Bolitara podskoczyły gwałtownie.
– Chcesz mi o czymś powiedzieć? – spytał.
– Pytam hipotetycznie. Przypuśćmy, że odkrywasz, że nie jestem twoim biologicznym synem. Jak byś się zachował?
– To zależy.
– Od czego?
– Od twojej reakcji.
– Dla mnie byłoby to bez znaczenia.
Ojciec uśmiechnął się.
– O co chodzi? – spytał Myron.
– Łatwo nam powiedzieć, że byłoby to bez znaczenia. Ale taka wiadomość działa jak bomba. Nie da się przewidzieć, co kto zrobi, kiedy taka bomba spadnie. Kiedy byłem w Korei…
Myron usiadł prosto.
– Po prostu nie wiadomo, jak ktoś się zachowa… – Al Bolitar zawiesił głos i kaszlnął w kułak. – Niekwestionowani kandydaci na bohaterów kompletnie się gubili, i odwrotnie. Na takie hipotetyczne pytania nie ma odpowiedzi.
Myron spojrzał na ojca. Wpatrywał się w trawę. Łyknął herbaty.
– Nigdy nie mówiłeś o Korei – powiedział.
– Mówiłem.
– Nie ze mną.
– Tak, z tobą nie.
– Dlaczego?
– Bo o to walczyłem. O to, żebyśmy nie musieli o tym mówić.
Na pozór nie było w tym sensu, ale Myron zrozumiał.
– To hipotetyczne pytanie zadałeś z konkretnego powodu?
– Nie.
Ojciec skinął głową. Choć wiedział, że to kłamstwo, poprzestał na tym. Ułożyli się na leżakach, przyglądając się znajomemu otoczeniu.
– Tai chi nie jest takie złe – odezwał się Myron. – To sztuka walki. Jak taekwondo. Sam myślałem o tym, żeby je ćwiczyć.
Al Bolitar znów łyknął herbaty. Myron zerknął na niego. Twarz ojca zadrgała. Czy rzeczywiście kurczył się i słabł, a może to jemu zmieniła się optyka i zobaczył go, tak jak to podwórko za domem, oczami chłopca, który dorósł?
– Tato…?
– Wejdźmy do środka – rzekł ojciec i wstał. – Jeżeli zostaniemy tu dłużej, któryś z nas się rozczuli i spyta: „Zagramy?”.
Myron zaśmiał się i podążył za nim. Niedługo potem wróciła jego mama, targając niczym kamie