Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 18 из 90

– No dobrze, możesz mi mówić Charlie. Zadowolona?

– Zadowolona, Charlie. Domyślam się, że pracujesz dla pana Jacksona. Czy między sobą używacie prawdziwych imion i nazwisk?

Mężczyzna puścił to pytanie mimo uszu i ruszył przodem w stronę wyjścia.

– Może ponieść małą? – zaproponował po chwili. – Chyba ciężka.

– Poradzę sobie. – LuA

– Na pewno? – spytał, zerkając na jej zaklejony plastrem policzek. – Wyglądasz, jakbyś się z kimś pobiła.

Wzruszyła ramionami.

– Nic mi nie jest.

Wyszli z budynku stacji, minęli ludzi czekających w kolejce na postoju taksówek, i Charlie otworzył przed LuA

Charlie zajął miejsce naprzeciwko niej. LuA

– Za dwadzieścia minut będziemy w hotelu – powiedział Charlie. – Napijesz się czegoś albo coś zjesz po drodze? W pociągu podle karmią.

– Podlej jadałam, chociaż nie ukrywam, że głód mnie trochę przycisnął, ale jakoś wytrzymam do hotelu. Po co masz się specjalnie dla mnie zatrzymywać.

Spojrzał na nią dziwnie.

– Nie musimy się zatrzymywać.

Otworzył lodówkę i wyjął z niej wodę sodową, piwo, kanapki i ciasteczka. Nacisnął jakiś guzik i w limuzynie wysunął się stolik. LuA

– Wiedziałem, że będziesz z dzieckiem, kazałem więc wstawić do barku mleko, butelki i takie tam. W hotelu będą mieli wszystko, czego ci potrzeba.

LuA

Charlie przyglądał się im przez chwilę w milczeniu.

– Ładne dziecko – odezwał się w końcu. – Jak ma na imię?

– Lisa. Lisa Marie. Tak jak córka Elvisa.

– Trochę za młoda jesteś na wielbicielkę Króla.

– Nie jestem… znaczy, ja w ogóle nie słucham tego rodzaju muzyki. Ale mama za nią przepadała. Zrobiłam to dla niej.

– Pewnie się ucieszyła.

– Nie wiem, mam nadzieję. Umarła przed przyjściem Lisy na świat.

– O, to przykre. – Charlie milczał chwilę. – No a jakiego rodzaju muzykę lubisz?

– Klasyczną. Chociaż, prawdę mówiąc, zupełnie się na niej nie znam. Ale podoba mi się brzmienie. Kiedy jej słucham, czuję się jakaś czysta i lekka, jakbym pływała w górskim jeziorze, gdzie woda jest tak przezroczysta, że widać dno.

Charlie uśmiechnął się.

– Nigdy nie myślałem o tym w taki sposób. Mnie najbardziej leży jazz. Sam gram na trąbce. Nowy Jork ma zaraz po Nowym Orleanie najlepsze kluby jazzowe. Są otwarte do wschodu słońca. Kilka mieści się niedaleko hotelu.

– Do którego hotelu jedziemy? – spytała.

– Do Waldorf Astoria. Do Towers. Byłaś już w Nowym Jorku?

Charlie pociągnął łyk wody sodowej, rozsiadł się wygodnie na kanapie i rozpiął marynarkę.

LuA

– Ja właściwie nigdzie jeszcze nie byłam.

Charlie zachichotał cicho.

– No to skaczesz od razu na głęboką wodę, zaczynając od Wielkiego Jabłka.

– Jaki jest ten hotel?

Skończyła kanapkę i popiła colą.

– Całkiem przyjemny. Pierwszorzędny, zwłaszcza Towers. Nie jest to, co prawda, Plaza, ale czy Plaza ma konkurentów? Kto wie, może któregoś dnia zatrzymasz się w Plaza.

Roześmiał się i otarł serwetką usta. Zauważyła, że palce ma nienaturalnie duże i grube, o masywnych, guzłowatych stawach.

– Wiesz, po co tu przyjechałam? – spytała, popatrując na niego niespokojnie.

Charlie przeszył ją przenikliwym spojrzeniem.

– Powiedzmy, że wiem wystarczająco dużo, by nie zadawać niepotrzebnych pytań. Zostawmy to. – Uśmiechnął się z przymusem.

– Widziałeś się kiedyś osobiście z panem Jacksonem?

Charlie nachmurzył się.

– Zostawmy to, dobrze?

– Dobrze, byłam tylko ciekawa.

– Wiesz, do czego doprowadziła ciekawość jednego starego kocura. – Ciemne oczy Charliego zabłysły na moment. – O nic nie pytaj, rób, co ci każą, a już nigdy nie będziesz miała problemów. Zrozumiałaś?

– Zrozumiałam – mruknęła LuA

Zanim wysiedli z limuzyny, Charlie wyjął ze schowka czarny skórzany płaszcz i kapelusz z szerokim rondem do kompletu i poprosił LuA

– Z oczywistych powodów nie chcemy, żeby ktoś skojarzył sobie potem, że widział cię tutaj już dziś. Swój kowbojski kapelusz możesz wyrzucić.

LuA

– Zgłoszę w recepcji, że już jesteś. Masz apartament na nazwisko Lindy Freeman, Amerykanki, dyrektorki biura podróży z siedzibą w Londynie, która przyjechała tu z córeczką, łącząc interesy z wypoczynkiem.

– Dyrektorki? Mam nadzieję, że nikt mnie o nic nie zapyta.

– O to możesz być spokojna.

– Znaczy, nazywam się teraz Linda Freeman?

– Przynajmniej do wielkiego wydarzenia. Potem będziesz mogła stać się z powrotem LuA

– A muszę? – pomyślała LuA

Apartament, do którego, załatwiwszy formalności w recepcji, zaprowadził ją Charlie, znajdował się na trzydziestym pierwszym piętrze i był ogromny. Składał się z wielkiego pokoju gości

– Dla mnie te szaty? – Pogładziła mięciutki materiał szlafroka.

– Możesz go nosić, jeśli chcesz. Ale to kosztuje siedemdziesiąt pięć dolców za dobę czy coś koło tego.

Podeszła do okna i rozchyliła kotary. Jej oczom ukazał się spory fragment panoramy Nowego Jorku. Niebo było zachmurzone, zapadał już zmrok.

– Nigdy w życiu nie widziałam tylu budynków naraz. Jak one się ludziom nie pomylą? Wszystkie wyglądają tak samo. – Obejrzała się na Charliego.

Pokręcił głową.

– No nie, jak ty już coś powiesz… Jeszcze trochę, a pomyślę, że jakaś ciemniaczka z ciebie.

LuA

– Bo ja jestem ostatnia ciemniaczka. A przynajmniej najbardziej zacofana z tych, jakie spotkałeś.

Przechwycił jej spojrzenie.

– Hej, nie chciałem cię urazić. Pobędziesz tutaj trochę, to się dotrzesz, wiesz, o co mi chodzi… – Urwał, ale nie spuszczał oczu z LuA

– Chyba nie mam nic, co warto by tu schować.

– A kupon loteryjny?

LuA

– Czyli tyle wiesz, tak?

Charlie nie odpowiedział. Wziął od niej kupon i nawet na niego nie spojrzawszy, włożył do sejfu.

– Wymyśl sobie kombinację. Tylko żadne tam daty urodzin ani nic w tym stylu. Ale ta kombinacja musi ci się z czymś kojarzyć, żeby przy pierwszej okazji nie wywietrzała z głowy. Nie radzę nigdzie jej zapisywać. Rozumiesz? – Otworzył znowu sejf.

LuA

Charlie skierował się do drzwi.

– Wrócę tu jutro rano o dziewiątej. Jak wcześniej zgłodniejesz albo co, to dzwoń po służbę hotelową. Tylko załatw to tak, żeby kelner nie mógł się dobrze przyjrzeć twojej twarzy. Zawiąż włosy w kok albo włóż czepek kąpielowy, że niby to miałaś właśnie wskoczyć do wa

– Spokojna głowa, wiem, że nie wyglądam na dyrektorkę. – LuA

– Nie o to chodzi, LuA

Twarz jej się rozjaśniła.

– Fajnie.

– I ubierz się cieplej, bo na jutro zapowiadają ochłodzenie.

LuA

– To wszystko, co mam – wybąkała z zakłopotaniem. – Wyjechałam z domu, jak stałam.

– I bardzo dobrze – rzekł uprzejmie Charlie. – Z bagażem tylko kłopoty. – Obrzucił ją taksującym spojrzeniem. – Masz około metra siedemdziesięciu pięciu, tak? Rozmiar: ósemka?

LuA

– Od góry chyba trochę większy.

Oczy Charliego zatrzymały się na chwilę na wysokości jej biustu.

– Dobra – powiedział. – Przyniosę ci jutro jakieś ciuszki. Dla Lisy też. Ale to trochę potrwa. Umówmy się, że jestem u ciebie około południa.

– Będę mogła zabrać Lisę?

– Jasne, mała idzie z nami.

– Dzięki, Charlie. Naprawdę bardzo ci dziękuję. Nie miałabym odwagi wyjść na ulicę sama. A bardzo mnie tam ciągnie. Nigdy w życiu nie byłam w takim dużym mieście. Założę się, że w samym tym hotelu ludzi jest więcej niż w całym moim miasteczku.

Charlie roześmiał się.

– Tak, ja jestem stąd i dla mnie to naturalne. Ale rozumiem cię. Bardzo dobrze rozumiem.

Po jego wyjściu LuA