Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 43 из 91

– A

– Jak to?

– Zabił go, żeby pani ojciec nie zdążył mi nic powiedzieć. Ktoś bardzo nie chce, żebym znalazł tego Schiffera, i jest dla mnie oczywiste, że pani ojciec i Alex bali się tych samych, którzy uprowadzili doktora.

– W takim razie Molnarowi grozi niebezpieczeństwo.

– Czy ci tajemniczy ludzie mogli wiedzieć, że pani ojciec z nim współpracował?

– Wątpię. Ojciec był niezwykle czujny, zawsze pamiętał o ostrożności… – Spojrzała na Jasona wystraszonymi oczami. – Ale z drugiej strony ktoś wiedział o spotkaniu w kościele.

Bourne pokiwał głową.

– Wie pani, gdzie ten Molnar mieszka?

Zawiozła go na Różane Wzgórze. Budapeszt ukazał się mu jako urokliwe zbiorowisko kamienic przypominających tort urodzinowy, z pięknie rzeźbionymi nadprożami i gzymsami, brukowanych uliczek, kwiatów na balkonach z ręcznie kutego żelaza, kawiarenek z kunsztownymi żyrandolami i ich cytrynowym światłem, z czerwonawą boazerią na ścianach, jaskrawych rozbłysków w oknach, zwykłych, witrażowych i wytrawionych w secesyjne wzory. Ale Budapeszt to, podobnie jak Paryż, przede wszystkim kręta rzeka, która dzieli miasto na połowy, i spinające jej brzegi mosty. To miasto rzeźbionego kamienia, gotyckich wież, szerokich schodów, oświetlonych latarniami wałów obro

Bourne był głęboko poruszony. Czuł się, jakby wrócił do miasta zapamiętanego z kolorowego snu, snu, który z niezwykłą, właściwą snom jasnością wypływał z jego podświadomości. Pamięć zalewała go strzępami wspomnień, ale nie potrafił wychwycić z nich niczego konkretnego.

A

– Co się stało?

– Już tu byłem- odparł. – Pamięta pani? Powiedziałem, że tutejsza policja bywa trudna.

– Co do tego ma pan całkowitą rację. I nie wie pan, skąd pan o tym… wie?

Oparł głowę o zagłówek.

– Wiele lat temu miałem straszny wypadek. Nie, właściwie to nie był wypadek. Strzelano do mnie na trawlerze, wypadłem za burtę. Omal nie umarłem z szoku, utraty krwi i z zimna. Zaopiekował się mną pewien francuski lekarz. Wyjął kulę, opatrzył mnie… Wróciłem do zdrowia, ale tylko fizycznego. Przez jakiś czas straciłem pamięć, a potem powoli, żmudnie, krok po kroku zacząłem ją odzyskiwać. Ale nie całkowicie i chyba jej już nie odzyskam. Muszę żyć, jak żyję.

A

– Nie wiem, kim jestem – dodał. – Trudno to sobie wyobrazić, nie można wytłumaczyć. Człowiek czuje się wtedy jak…

– Dryfująca łódź.

Aż zadrżał.

– Tak.

– Wokoło morze, ani śladu lądu. Nie ma gwiazd, księżyca ani słońca, które wskazałoby drogę do domu.

– Tak, coś w tym rodzaju. – Był zaskoczony. Chciał spytać, skąd o tym wie, ale parkowali już przed dużą, bogato zdobioną kamienicą.

Wysiedli i weszli do przedsionka. A

– To nic nie znaczy. – A

Bourne podszedł do szerokich, w połowie przeszklonych drzwi.

– Zaraz się przekonamy.

Pochylił się, pomajstrował przy zamku i drzwi puściły. A

Mieszkanie Molnara. Zamek w końcu ustąpił, choć tym razem trwało to dłużej. A

– Niepokoi mnie to światło. – Bourne schował pistolet. – Nie, nie mógł wyjść do Schiffera.

– W takim razie zaraz wróci. Zaczekajmy.

Na półce w salonie stało kilka oprawionych w ramki zdjęć.

– To on? – spytał Jason, wskazując krępego mężczyznę z zaczesanymi do góry gęstymi czarnymi włosami.

– Tak, on. – A

Bourne powiódł palcami po grzbietach starych płyt gramofonowych w stojaku obok kosztownej aparatury stereo.

– Miłośnik opery i audiofil.

– Nie ma kompaktu?

– Ludzie tacy jak on uważają, że muzyka cyfrowa pozbawia nagranie ciepła i subtelności.

Na biurku stał laptop, podłączony do prądu i do zewnętrznego modemu. Ekran był czarny, lecz obudowa ciepła. Bourne wcisnął klawisz i komputer natychmiast ożył; był tylko w trybie uśpienia – nikt go nie wyłączył.

A

– Wąglik, argentyńska gorączka krwotoczna, kryptokok, dżuma płuc na… Boże święty, co on robił na tej stronie? Skutki działania… Czego? Patogenów?

– Zarazków. Nie wiem. Wiem tylko, że kluczem do tajemnicy jest Schiffer. Najpierw pracował w Agencji Zaawansowanych Projektów Obro

– Może Schiffer jest bakteriologiem albo epidemiologiem. – A

Poszła do kuchni napić się wody. Bourne przejrzał stronę z nadzieją, że znajdzie tam coś, co mu powie, czego Molnar szukał. Nie znalazł nic. Otworzył pasek adresu, żeby sprawdzić, jakie strony odwiedzał, i kliknął na adres ostatniej. Czat forum naukowego. Wszedł do archiwum i okazało się, że Laszlo 1647M załogował się mniej więcej przed czterdziestoma ośmioma godzinami. Z mocno bijącym sercem przez kilka minut czytał jego ostatnią rozmowę.

– Niech pani spojrzy! – zawołał. – Wygląda na to, że Schiffer nie jest ani bakteriologiem, ani epidemiologiem. Jest specjalistą w dziedzinie badania zachowań nietrwałych kolonii bakteryjnych.

– Panie Bourne? Niech pan lepiej tu przyjdzie – odparła. – Szybko.

Powiedziała to tak dziwnym głosem, że wprost wymiotło go z pokoju.

Jak zahipnotyzowana stała przed umywalką. Rękę ze szklanką zatrzymała w połowie drogi do ust. Była bardzo blada i gdy go zobaczyła, nerwowo oblizała wargi.

– Co się stało?

Wskazała siedem czy osiem powleczonych plastikiem płytek ze zbrojonego szkła, stara

– Co to, u diabła, jest? – spytał.

– Półki. Ktoś wyjął je z lodówki. Po co?

– Może Molnar czeka na nową lodówkę.

– Przecież ta jest nowa.

Jason podszedł bliżej.

– Jest podłączona, sprężarka pracuje. Nie zaglądała pani do środka

– Nie.

Pociągnął za uchwyt, otworzył drzwiczki. A

– Chryste – mruknął.

Patrzyły na nich martwe, niewidzące oczy. W lodówce leżały zwinięte w kłębek zwłoki Laszlo Molnara.

Rozdział 15

Z szoku wyrwało ich zawodzenie syren. Bourne podbiegł do okna, spojrzał w dół i zobaczył pięć czy sześć opli astra i skód felicii z migającymi kogutami na dachu. Z samochodów wysypali się policjanci. Znowu! Znowu go wrobiono! Scenariusz wyda zeń był identyczny jak w domu Conklina i nie ulegało już wątpliwości, że stoi za tym ta sama osoba. Powiedziało mu to dwie ważne rzeczy: po pierwsze, ktoś obserwował jego i A

Gorączkowo myśląc, krzyknął do A

Na schodach tupotały już buty policjantów. Na pewno byli też w windzie, więc ta droga odpadała.

– Nie mamy wyboru – rzucił. – Musimy iść na górę.

– Ale dlaczego przyjechali właśnie teraz? Skąd mogli wiedzieć, że tu jesteśmy?

– Nie mogli. – Wpadli na schody. – Chyba że cały czas nas obserwowali. – Na górę Wcale mu się to nie podobało. Aż za dobrze pamiętał, jak skończył snajper z kościoła Świętego Macieja. Ten, kto wejdzie za wysoko, często spada, i to z tragicznym skutkiem.

Byli na przedostatnim piętrze, gdy A

– Tędy!

Skręcili w korytarz. Kroki na schodach dudniły coraz głośniej – policjanci deptali im po piętach z zawziętością ludzi ścigających odrażającego mordercę. Pokonali trzy czwarte długości korytarza i stanęli przed drzwiami, które wyglądały jak zwykle drzwi na schody ewakuacyjne. A

Drzwiczki, na drzwiczkach dwie zasuwy, jedna na górze, druga na dole. Otworzył obie, pociągnął za klamkę i zobaczył… zimną jak grób ceglaną ścianę.

– Coś takiego! – powiedział detektyw Csilla, nie zwracając uwagi na młodego policjanta, który właśnie zwymiotował na jego wypolerowane buty. Słabo ich szkolą, to nie to, co kiedyś, pomyślał, przyglądając się stężałej ofierze.

– W mieszkaniu nie ma nikogo – zameldował jeden z policjantów. Csilla, krzepki jasnowłosy mężczyzna o inteligentnych oczach i złamanym nosie, wciąż patrzył na otwartą lodówkę.