Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 72 из 173

– Będę się streszczał – oznajmił St. Jacques, podchodząc do fotela. – Przede wszystkim, gubernator. Miałeś rację, w każdym razie tak mi się wydaje.

– Dlaczego?

– Informacje nadeszły zaledwie parę minut temu. Na jednej z paskudnych raf w okolicy Antiguy, w połowie drogi na Barbuda, znaleziono roztrzaskaną łódź gubernatora, lecz ani śladu rozbitków. Plymouth przypuszcza, że to sprawka niespodziewanego szkwału, który nadszedł znad Nevis, ale trudno w to uwierzyć. Chodzi mi nie tyle o szkwał, co o okoliczności.

– Mianowicie?

– Tym razem nie popłynęli z nim dwaj ludzie tworzący stałą załogę. Dał im wolne, twierdząc, że chce sam poprowadzić łódź, a jednocześnie powiedział Henry'emu, że ma ochotę zapolować na grubą rybę…

– A do tego byłaby mu potrzebna załoga – uzupełnił lekarz. – Och, przepraszam.

– Otóż to – potwierdził właściciel Pensjonatu Spokoju. – Nie można jednocześnie łowić ryb i prowadzić łodzi, a w każdym razie na pewno nie potrafił tego nasz gubernator. Zawsze bał się choć na chwilę oderwać wzrok od mapy.

– Czyli potrafił ją czytać? – zapytał Jason Bourne.

– Z pewnością nie poradziłby sobie z nawigacją według gwiazd, ale orientował się wystarczająco dobrze, żeby trzymać się z daleka od kłopotów.

– Kazali mu, żeby wypłynął zupełnie sam… – mruknął Bourne. – Zwabili go tam, gdzie rzeczywiście nie mógł ani na chwilę spuścić oka z mapy. – Nagle Jason uświadomił sobie, że nie czuje na karku delikatnych dotknięć palców lekarza, tylko szorstki ucisk bandaża. Doktor stał obok fotela, przyglądając się swemu pacjentowi. – Jak idzie? – zapytał Bourne, spoglądając z uśmiechem w górę.

– Już skończone – oznajmił Kanadyjczyk.

– W takim razie… Chyba będzie lepiej, jeśli zobaczymy się później w barze, nie uważa pan?

– Wreszcie dotarliśmy do przyjemniejszej części tej historii.

– To wcale nie jest przyjemniejsza część, doktorze, a ja byłbym najbardziej niewdzięcznym pacjentem na świecie, gdybym pozwolił panu usłyszeć to, o czym nie powinien pan wiedzieć.

Lekarz spojrzał Jasonowi prosto w oczy.

– Pan to mówi serio, prawda? Pomimo tego, co się zdarzyło, nie chce mnie pan narażać. To nie żadna melodramatyczna zagrywka, w jakich, nawiasem mówiąc, lubują się kiepscy doktorzy, tylko autentyczna troska?

– Chyba tak.

– Biorąc pod uwagę wszystko, co się panu zdarzyło, przy czym myślę nie tylko o wydarzeniach ostatnich kilku godzin, w których brałem udział, ale także o tym, o czym świadczą blizny na pańskim ciele, naprawdę bardzo się dziwię, że może pan jeszcze zaprzątać sobie głowę kimś i

– Nie ma we mnie nic niezwykłego, doktorze – odparł Jason Bourne, przymykając na chwilę powieki. – Nie chcę być niezwykły, dziwny ani egzotyczny, tylko zupełnie zwyczajny, jak pierwszy lepszy facet z ulicy. Jestem nauczycielem i nie chcę być nikim i

– Co oznacza, że powinienem wyjść dla własnego dobra?

– Tak jest.

– A gdybym pomimo to dowiedział się kiedyś o wszystkim, zapewne przekonam się, że pańskie rady były jak najbardziej słuszne?

– Mam taką nadzieję.

– Założę się, że jest pan wspaniałym nauczycielem, panie Webb.

– Doktorze Webb – poprawił go odruchowo St. Jacques, jakby miało to w tej chwili jakieś istotne znaczenie. – Mój szwagier, tak jak siostra, ma stopień doktora, a poza tym zna kilka orientalnych języków i wykłada na uniwersytecie. Chcieli go ściągnąć do Harvardu, McGill i Yale, ale on…

– Zamknij się, z łaski swojej – przerwał mu Bourne, z trudem opanowując rozbawienie. – Na moim przedsiębiorczym młodym przyjacielu każdy tytuł przed nazwiskiem robi ogromne wrażenie, ale zapomina o tym, że gdybym miał korzystać z własnych finansów, mógłbym wynająć jedną z jego willi nie więcej niż na kilka dni.

– Chrzanisz.

– Mówiłem o moich możliwościach finansowych.

– No, właśnie. Masz spore możliwości.

– Mam bogatą żonę… Proszę nam wybaczyć, doktorze. To stara sprzeczka rodzi

– Musi pan być nie tylko wspaniałym nauczycielem, ale, mimo pozorów, także bardzo ujmującym człowiekiem – zauważył lekarz. – Przyjmuję zaproszenie na drinka – dodał, zatrzymując się przy drzwiach. – Będzie mi bardzo miło.

– Dziękuję – odparł Jason. – Dziękuję za wszystko, doktorze. – Kanadyjczyk skinął głową i wyszedł, stara

– Na co dzień jest zimny jak ryba, ale zna się na swojej robocie. Dzisiaj pierwszy raz zachował się jak człowiek… A więc uważasz, że Szakal spotkał się z gubernatorem na morzu w pobliżu Antiguy, dowiedział się, czego chciał, po czym zabił go i dał na obiad rekinom?

– Wpuszczając następnie jego łódź na rafy – uzupełnił Jason. – Tragedia na morzu, jakich wiele, a Carlos znika bez śladu. To dla niego najważniejsze.

– Coś mi się tu nie podoba… – mruknął Joh

– I co z tego?

– To, że skoro Szakal wyznaczył gubernatorowi spotkanie właśnie w tamtych okolicach, to musiał znać to miejsce. Pytanie tylko skąd?

– Twoi dwaj komandosi nic ci nie powiedzieli?

– O czym? Posłałem ich prosto do Henry'ego, żeby zdali mu dokładną relację. Nie było czasu, żeby spokojnie usiąść i wszystko przeanalizować.

– W takim razie Henry wie już o wszystkim i prawdopodobnie jest w szoku. W ciągu dwóch dni stracił dwie łodzie pościgowe, z czego dostanie pieniądze tylko za jedną, a przecież jeszcze nic nie wie o swoim szefie, czcigodnym brytyjskim gubernatorze, sługusie Szakala, który zrobił w trąbę całe Foreign Office, wmawiając im, że emerytowany rzezimieszek z Paryża to szlachetny bojownik o niepodległość Francji. Dzisiaj w Londynie będą mieli gorącą noc.

– Dwie łodzie? O czym ty mówisz? Co takiego wie teraz Henry? Dlaczego mieli mu o tym powiedzieć akurat moi ludzie?

– Nie dalej jak minutę temu zadałeś mi pytanie, skąd Szakal mógł wiedzieć o rafie koło Antiguy znanej jako Diabelska Paszcza.

– Może mi pan wierzyć, doktorze Webb, nie mam jeszcze galopującej sklerozy. A więc, skąd?

– Stąd, że miał tu jeszcze jednego człowieka. Właśnie o tym powiedzieli Henry'emu twoi komandosi. Jasnowłosego sukinsyna, który kierował wydziałem narkotyków.

– Rickman? Ten założyciel i jedyny członek brytyjskiego Ku- Klux- Klanu? Rickman służbista, bicz boży na wszystkich, którzy w porę nie odważyli mu się postawić? Henry w to nie uwierzy!

– Czemu nie? Opisałeś właśnie człowieka, którego Carlos przyjąłby z otwartymi ramionami.

– Być może, ale to takie nieprawdopodobne… Taki świętoszek! Modlił się co rano przed pracą, prosząc Boga o pomoc w walce z Szatanem, nie pił alkoholu, nie spotykał się z kobietami…

– Savonarola?

– Ktoś w tym rodzaju, o ile dobrze pamiętam lekcje historii.

– Tym bardziej przypadłby do gustu Szakalowi. Henry na pewno we wszystko uwierzy, kiedy druga łódź nie wróci do Plymouth, a załoga nie stawi się na następną pora

– Więc Carlos uciekł właśnie w ten sposób?

– Tak. – Bourne skinął głową i wskazał na kanapę stojącą po drugiej stronie stolika do kawy. – Siadaj, Joh

– A co robiliśmy do tej pory?

– Rozmawialiśmy, ale o tym, co się zdarzyło, nie o tym, co dopiero ma się wydarzyć.

– Co takiego ma się wydarzyć? – zapytał St. Jacques, zajmując miejsce na kanapie.

– Wyjeżdżam.

– Nie! – krzyknął Joh

– Muszę. On wie wszystko: jak się nazywam, gdzie mieszkam. Wszystko.

– Dokąd polecisz?

– Do Paryża.

– Nie, do wszystkich diabłów! Nie możesz tego zrobić Marie i dzieciom! Nie pozwolę ci!

– Nie uda ci się mnie powstrzymać.

– Na litość boską, posłuchaj mnie, Davidzie! Nawet jeżeli ludzi w Waszyngtonie nie obchodzi, co się z tobą stanie, to wierz mi, ci z Ottawy są ulepieni z lepszej gliny! Moja siostra pracowała dla naszego rządu, a nasz rząd nie odsyła współpracowników do diabła tylko dlatego, że w pewnej chwili stają się zbyt niewygodni. Znam wielu ludzi, takich jak Scotty, doktor i i

– Myślisz, że mój rząd nie zrobiłby tego samego? Powiem ci coś, bracie: są w Waszyngtonie ludzie, którzy bez wahania oddaliby za nas życie. Dobrowolnie, nie licząc na żadne nagrody od nikogo. Gdyby chodziło mi o jakieś odosobnione miejsce, dostałbym posiadłość w Wirginii z końmi, służbą i plutonem uzbrojonych po zęby żołnierzy, którzy pilnowaliby nas przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.

– Więc czemu się na to nie zgodzisz?

– A wiesz, co by to oznaczało, Joh

– Ani ja, gdyby miało to wyglądać tak, jak mówisz. Co ci pomoże wyprawa do Paryża?

– Mogę go odszukać i usunąć.

– Ma tam swoich ludzi.

– A ja mam Jasona Bourne'a – odparł David Webb.

– Głupie pieprzenie!

– Zgadzam się, ale na razie przynosi efekty. Jesteś moim dłużnikiem, Joh