Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 73 из 85

30

Miała czerwone oczy, cerę bladą i wymizerowaną. Trochę zesztywniała, kiedy mnie rozpoznała, ale nic nie powiedziała.

– Jak się masz, A

– Dobrze. – Mrugnęła i jej grzywka drgnęła.

– Jestem doktor Bre

– Wiem.

– Gdy przyszłam tu po raz drugi, powiedziano mi, że jesteś chora.

– Jestem zdrowa. Przez jakiś czas mnie nie było. I tyle. Chciałam zapytać, gdzie była, ale się powstrzymałam.

– Czy jest doktor Jea

Pokręciła głową. Nie spiesząc się założyła pasmo włosów za ucho.

– Twoja matka niepokoiła się o ciebie.

Wzruszyła ramionami, wolno i prawie niezauważalnie. Nie zapytała, skąd wiem.

– Pracowałam nad pewną sprawą z twoją ciotką. Też się martwiła.

– Och. – Opuściła głowę i nie widziałam jej twarzy.

Powiedz to.

– Twoja przyjaciółka powiedziała mi, że prawdopodobnie zaangażowałaś się w coś, co cię zdezorganizowało. Przeniosła na mnie wzrok.

– Nie mam przyjaciółek. O kim pani mówi? – Jej głos był cichy i zupełnie pozbawiony emocji.

– Sandy O'Reilly. Zastępowała cię tego dnia.

– Ona chce mi odebrać tę fuchę. Po co pani tu przyszła? Dobre pytanie.

– Chciałam porozmawiać z tobą i doktor Jea

– Nie ma jej.

– A czy my mogłybyśmy porozmawiać?

– Nic pani nie może dla mnie zrobić. Moje życie to moja sprawa. Zmroziła mnie tą apatią.

– Oczywiście, że tak. Ale miałam nadzieję, że będziesz mi mogła pomóc.

Wyjrzała na korytarz, a potem spojrzała na mnie.

– Pomóc pani? Jak?

– Może napiłybyśmy się kawy?

– Nie.

– To może poszłybyśmy gdzieś?

Patrzyła na mnie dłuższą chwilę oczami bez wyrazu. Potem skinęła głową, z wieszaka na korytarzu zdjęła kurtkę i zaprowadziła mnie na dół po schodach i na dwór przez tylne drzwi. W zimnym deszczu wspięłyśmy się pod górę do centrum campusu, obeszłyśmy dookoła budynek Redpath Museum i stanęłyśmy pod jego tylnymi drzwiami. A

Weszłyśmy na pierwsze piętro i usiadłyśmy na długiej, drewnianej ławce, otoczone kośćmi stworzeń, które dawno już wymarły. Nad nami wisiał ogromny waleń, ofiara jakiejś plejstoceńskiej katastrofy. W świetle lamp fluorescencyjnych fruwały pyłki kurzu.

– Już nie pracuję w muzeum, ale nadal tu przychodzę, kiedy muszę nad czymś pomyśleć. – Popatrzyła na irlandzkiego łosia. – Te zwierzęta żyły miliony lat i tysiące kilometrów od siebie, a teraz zebrano je w jednym miejscu uniwersytetu, na zawsze nieruchome w czasie i miejscu. To mi się podoba.

– Taak. – Tak też można było postrzegać problem wymierania gatunków. – Stabilność to bardzo rzadka rzecz w dzisiejszym świecie.

Spojrzała na mnie dziwnie, a potem znowu na szkielety. Przyjrzałam się jej profilowi.

– Sandy mówiła o pani, ale ja jej nie słuchałam. – Mówiąc nawet na mnie nie patrzyła. – Nie jestem pewna, kim pani jest ani czego pani chce.

– Jestem znajomą twojej ciotki.

– Moja ciotka to miła osoba.

– Tak. Twoja mama myślała, że może masz kłopoty. Uśmiechnęła się lekko drwiąco. Najwyraźniej był to nieco drażliwy dla niej temat.

– Dlaczego przejmuje się pani tym, co myśli moja mama?

– Przejmowałam się tym, że siostra Julie

Oderwała wzrok od kręgosłupów i skierowała go na mnie.

– Co jeszcze pani wie o mnie? – Dotknęła włosów. Może ten chłód nieco ją ożywił. Może nie czuła tutaj obecności swojej mentorki. Wydawała się nieco żywsza niż w Birks.

– A

– Skoro zrobiła pani ze mnie obiekt swoich zainteresowań, to powi

– Policja twierdzi, że nie było cię nieco dłużej niż dziesięć minut.

Lekko zwęziła oczy.

Dobrze, Bre

– Posłuchaj, nie mam zamiaru się wtrącać. Ale jeżeli mogłabym ci w czymkolwiek pomóc, bardzo chciałabym przynajmniej spróbować.

Czekałam na odpowiedź, ale jej nie usłyszałam.

Odwróć sprawę. Może zaskoczy.

– A może ty mogłabyś pomóc mnie. Wiesz, że pracuję z koronerem i rozwiązanie paru ostatnich przypadków sprawia nam problem. Kilka lat temu młoda kobieta, Je

Wyraz jej twarzy nie zmienił się.

– Znałaś ją?

Była tak milcząca jak otaczające nas zwierzęta.

– Siedemnastego marca niejaka Carole Comptois została zamordowana i porzucona na Ile des Soeurs. Miała osiemnaście lat.

Ręka powędrowała do włosów.

– Je

Wyciągnęłam kopię komputerowego obrazu twarzy i jej podałam. Wzięła go do ręki nie patrząc mi w twarz.

Kiedy patrzyła na wydruk, kartka lekko drżała.

– Czy to jest prawdziwe?

– Rekonstrukcja twarzy to sztuka, a nie nauka. Nie można zakładać, że do końca odpowiada faktom.

– Zrobiła to pani za pomocą czaszki? – Jej głos drżał.

– Tak.

– Włosy są nie takie. – Ledwie usłyszałam jej słowa.

– Rozpoznajesz tę twarz?

– To jest Amalie Provencher.

– Znasz ją?

– Ona pracuje w centrum doradczym. – Wciąż unikała mojego wzroku.

– Kiedy ją widziałaś po raz ostatni?

– Kilka tygodni temu. Może jeszcze dawniej, nie jestem pewna. Nie było mnie.

– Jest studentką?

– Co oni jej zrobili?

Nie byłam pewna, ile mogę jej powiedzieć. Jej zmie

– Oni ją zamordowali?

– Kto, A

Wreszcie na mnie spojrzała. Jej źrenice jaśniały nienaturalnym blaskiem.

– Sandy opowiedziała mi o waszej rozmowie. Coś niby wiedziała, ale nie tak do końca. Jest tu w campusie grupa, tylko że oni nie mają nic wspólnego z szatanem. A ja nie mam nic wspólnego z nimi. Amalie miała. Poszła pracować do centrum, bo oni jej kazali.

– To tam się spotkałyście?

Przytaknęła i potarła oczy, a palce wytarła w spodnie.

– Kiedy?

– Nie wiem. Chyba jednak trochę wcześniej. Miałam taki dołek, więc pomyślałam, że pójdę do centrum. Kiedy tam chodziłam, Amalie zawsze ze mną rozmawiała i wydawała się naprawdę przejęta. Nigdy nie mówiła o sobie i swoich problemach. Naprawdę słuchała, co jej mówiłam. Miałyśmy ze sobą wiele wspólnego i zostałyśmy przyjaciółkami.

Przypomniałam sobie słowa Reda. Rekrutujący dostają instrukcje, by dowiedzieć się jak najwięcej o potencjalnych członkach, przekonać ich, że mają ze sobą wiele wspólnego i zdobyć ich zaufanie.

– Opowiadała o grupie, do której należała, mówiła, że zupełnie zmieniła jej życie. W końcu poszłam na jedno spotkanie. Było okej. – Wzruszyła ramionami. – Ktoś coś mówił, jedliśmy, ćwiczyliśmy oddech i takie tam rzeczy. Nie porwało mnie to, ale poszłam tam jeszcze parę razy, bo wszyscy zachowywali się tak, jakby mnie naprawdę lubili.

Bombardowanie miłością.

– Potem zaprosili mnie na wieś. Zapowiadało się nieźle, więc pojechałam. Graliśmy w różne gry, słuchaliśmy wykładów, śpiewaliśmy i ćwiczyliśmy. Amalie bardzo się to podobało, ale to nie było dla mnie. Według mnie gadali same bzdury i nie wolno było się nie zgadzać. Poza tym, nigdy nie zostawiali mnie samej. Nie miałam dla siebie ani minuty. Chcieli, bym została na jakichś warsztatach, ale kiedy odmówiłam, jakby się wkurzyli. Musiałam być trochę nieprzyjemna, bo nie chcieli odwieźć mnie do miasta. Potem unikałam Amalie, ale czasami ją widywałam.

– Jak się ta grupa nazywa?

– Nie jestem pewna.

– Myślisz, że to oni zabili Amalie? Potarła dłońmi uda.

– Spotkałam tam pewnego faceta. Prowadził zapisy na kurs w jakimś i

– Jak się nazywał?

– John jakiś tam.

– Gdzie jest teraz?

– Nie wiem. Chyba się wyprowadził. – Otarła łzy.

– A

– Dlaczego pani o to pyta? – Jej głos załamał się na ostatnim słowie. Dostrzegłam małą, niebieską żyłkę pulsującą jej na szyi.

– Kiedy cię pierwszy raz spotkałam w jej gabinecie, wydawałaś się w jej obecności bardzo zdenerwowana.

– Ona jest dla mnie bardzo dobra. Przebywanie z nią robi mi o niebo lepiej niż jakieś medytacje i ciężkie oddechy. – Prychnęła. – Ale ona też jest wymagająca i cały czas się martwię, że coś zepsuję.

– Rozumiem, że spędzasz z nią dużo czasu.

Wzrokiem znowu powędrowała gdzieś w drugą stronę.

– Wydawało mi się, że chodzi pani o Amalie i tych i

– A

Spojrzała na mnie zdezorientowana i obiema rękami założyła włosy za uszy.

– Ja nie mam już nic więcej do powiedzenia. John miałby, ale ja naprawdę nie wiem, dokąd wyjechał.

– A pamiętasz miejsce, gdzie odbyło się to seminarium?