Страница 52 из 85
20
Nic nie mogło uratować sytuacji po telefonie Kathryn. Ryan był gotów próbować, ale ja odzyskałam zdrowy rozsądek i już nie byłam w nastroju. Straciłam szansę na rozmowę z Kathryn i wiedziałam, że jednak tej swojej sprawności seksualnej “mały detektyw” chciałby dowodzić częściej. Przydał by się z jeden orgazm, ale podejrzewałam, że cena byłaby zbyt wysoka.
Wypchnęłam Ryana na zewnątrz i poszłam spać dając sobie spokój nawet z myciem zębów. Ostatni obraz, który przesunął mi się przed oczami, był wspomnieniem z siódmej klasy: siostra Luke rozprawiająca o skutkach grzechu. Moje igraszki z Ryanem miałyby na pewno niemałe skutki.
Kiedy się obudziłam, świeciło słońce i krzyczały mewy, a ja od razu przypomniałam sobie o tym, co się działo poprzedniego wieczoru. Zwinęłam się w kłębek i ukryłam twarz w dłoniach, czując się jak nastolatka, która straciła dziewictwo w pontiacu.
Co ty sobie myślałaś, Bre
Ale to nie o to tu chodziło. Problem polegał na tym, czym myślałam. Edna St. Vincent Millay napisała o tym poemat. Jaki on miał tytuł? “Rodzę się kobietą i cierpieniem”.
O ósmej zadzwonił Sam z wieścią, że sprawa z Murtry nie posuwa się naprzód. Nikt nie zauważył nic niezwykłego. Nie widziano żadnych obcych łodzi podpływających do wyspy czy też ją opuszczających w ciągu kilku ostatnich tygodni. Zapytał, czy miałam wiadomość od Hardawaya.
Odparłam, że nie. A on dodał, że na kilka dni jedzie do Raieigh i chciał się upewnić, że u mnie wszystko w porządku.
O tak.
Dowiedziałam się, jak zamknąć łódź i gdzie zostawić klucz, i pożegnaliśmy się.
Wyrzucałam do śmieci resztki pizzy, kiedy usłyszałam pukanie do drzwi od strony portu. Przeczuwałam kto to i zignorowałam pukanie, bezusta
– Witaj znowu. – Wyciągnął w moją stronę torbę z pączkami.
– Dorabiasz roznoszeniem jedzenia? – Wpuściłam go do środka. Jedna insynuacja i wiedziałam, że rozszarpię go na strzępy.
Wszedł, uśmiechnął się i zaproponował wysokokaloryczne, mało odżywcze śniadanie.
– Pasują do kawy.
Poszłam do kuchni, nalałam dwie filiżanki i do swojej dodałam mleka.
– Ładny dzień dzisiaj. – Sięgnął po karton z mlekiem.
– Uhm. – Wzięłam sobie pączka oblanego czekoladą i oparłam się o zlew. Nie miałam ochoty siadać na kanapie.
– Już rozmawiałem z Bakerem – powiedział.
Nic nie odpowiedziałam.
– Spotka się z nami o trzeciej.
– O trzeciej to ja będę już w drodze. – Sięgnęłam po następnego pączka.
– Chyba powi
– No to złóżmy.
– Może Kathryn będzie sama.
– To chyba twoja specjalność.
– Masz zamiar być taka cały dzień?
– W drodze pewnie będę śpiewać.
– Nie przyjechałem tutaj po to, by cię uwieść.
To mnie jeszcze bardziej dotknęło.
– Uważasz, że nie dorównuję swojej siostrze?
– Co?
Piliśmy nic nie mówiąc, potem nalałam sobie drugą filiżankę i ostentacyjnie odstawiłam dzbanek. Ryan się przyglądał, a potem sam nalał sobie jeszcze kawy.
– Myślisz, że Kathryn chciała nam coś powiedzieć? – zapytał.
– A może zadzwoniła, żeby mnie zaprosić na potrawkę z tuńczyka?
– I kto jest teraz nieznośny?
– Dzięki, że zauważyłeś. – Umyłam filiżankę i położyłam ją dnem do góry na kontuarze.
– Słuchaj, jeżeli czujesz się zakłopotana tym, co stało się wczoraj wieczorem…
– A powi
– Jasne, że nie.
– Nie czuję się.
– Cóż za ulga.
– Bre
– Mała szansa. Dzisiaj mam na sobie bieliznę.
– Rozumiem. – Uśmiechnął się.
Poszłam zabrać swoje rzeczy.
Pół godziny później zaparkowaliśmy przed domem na Adier Lyons. Dom Owens siedział na werandzie i rozmawiał z kilkoma osobami. Przez siatkową osłonę widać było tylko to, że to sami mężczyźni.
W ogrodzie za białym bungalowem pracowała ekipa, dwie kobiety bujały dzieci na huśtawkach przy przyczepach, i
Rzuciłam okiem na kobiety przy huśtawkach. Nie było wśród nich Kathryn, chociaż jedno z dzieci przypominało Carliego. Kobieta w kwiecistej spódnicy łagodnie poruszała huśtawkę w tył i w przód.
Podeszliśmy z Ryanem do drzwi i zapukaliśmy. Mężczyźni przerwali rozmowę i spojrzeli w naszym kierunku.
– W czym mogę pomóc? – zapytał wysoki głos.
Owens uniósł dłoń.
– W porządku, Jason.
Wstał, przeszedł przez werandę i otworzył drzwi z siatki.
– Przepraszam, ale chyba nie znam waszych nazwisk.
– Jestem detektyw Ryan. A to doktor Bre
Owens uśmiechnął się i wyszedł na schodki. Kiwnęłam głową i podałam mu rękę. Mężczyźni na werandzie siedzieli w milczeniu.
– Co mogę dla was dzisiaj zrobić?
– Nadal staramy się ustalić, gdzie Heidi Schneider i Brian Gilbert spędzili lato zeszłego roku. Miał pan poruszyć ten temat podczas spotkania rodzi
Owens się znowu uśmiechnął.
– Sesji doświadczalnej. Tak, rozmawialiśmy o tym. Niestety, nikt o nich nic nie wie. Tak mi przykro. Miałem nadzieję, że będziemy mogli pomóc.
– Chcielibyśmy porozmawiać z i
– Przykro mi, ale nie mogę ich do tego zachęcać.
– A to dlaczego?
– Nasi ludzie mieszkają tutaj, bo poszukują spokoju i ucieczki. Nie chcą mieć nic wspólnego z brudem i przemocą współczesnego społeczeństwa. Pan, detektywie Ryan, reprezentuje świat, który oni odrzucili. Nie mogę naruszać ich spokoju prosząc, by z panem rozmawiali.
– Ale niektórzy z nich pracują w mieście…
Owens skinął głową i spojrzał na niebo, jakby prosił o cierpliwość, która mu się kończyła. Potem znowu się uśmiechnął.
– Jedną z umiejętności, jakie w sobie rozwijamy, jest zdolność odizolowania się. Nie wszyscy mają do tego takie same predyspozycje, ale kilkoro z nas uczy się funkcjonowania w świecie zewnętrznym, pozostając czystym, nietkniętym moralnym i psychicznym brudem. – Znowu cierpliwy uśmiech. – Odrzucamy bluźnierstwa naszej kultury, panie Ryan, ale nie jesteśmy głupcami. Zdajemy sobie sprawę z tego, że człowiek nie żyje tylko duchem Potrzebujemy też chleba.
Kiedy Owens mówił, przyjrzałam się grupie w ogrodzie. Ani śladu Kathryn.
– Czy każdy może stąd wychodzić? – zapytałam Owensa.
– Oczywiście. – Zaśmiał się. – Jak mógłbym komukolwiek zabronić?'
– A co się dzieje, jeżeli ktoś chce odejść na zawsze?
– Odchodzi. – Wzruszył ramionami i rozłożył ręce.
Przez chwilę nikt nic nie mówił. Na podwórku skrzypiały huśtawki.
– Możliwe, że wasza para zatrzymała się u nas na krótko, pewnie podczas mojej nieobecności – podsunął Owens. – Nie zdarza się tak często, choć nie powiem, że wcale. Ale obawiam się, że w tym wypadku to mało prawdopodobne. Nikt ich nie pamięta.
Właśnie wtedy zza sąsiedniego domu wyszedł rudy Jerry Zauważył nas i najpierw się zawahał, a potem odwrócił się i pośpiesznie zawrócił.
– Ja jednak chciałbym porozmawiać z kilkoma osobami – upierał się Ryan. – Może jest coś, co wiedzą, ale nie sądzą, by było to ważne. Często się tak zdarza.
– Panie Ryan. Nie pozwolę, by nękał pan moich ludzi. Pytałem o tę parę i nikt ich nie zna. O czym tu rozmawiać? Nie mogę panu pozwolić zakłócać naszego porządku.
Ryan przechylił głowę i cmoknął z niecierpliwością.
– Obawiam się, że będzie pan musiał.
– A to dlaczego?
– Bo ja tak nie odejdę. Mam przyjaciela, nazywa się Baker. Kojarzy go pan? A on ma przyjaciół, którzy dają mu nakazy…
Ich spojrzenia spotkały się i przez moment żaden z nich nic nie mówił Mężczyźni na werandzie podnieśli się, gdzieś daleko zaszczekał pies. Wted Owens uśmiechnął się i chrząknął.
– Jason, zawołaj wszystkich do salonu – powiedział opanowanym, niskim głosem.
Wysoki mężczyzna w czerwonym dresie przeszedł obok niego i ruszył w kierunku sąsiedniego domu. Był okrągły i gruby, wyglądał jak duże dziecko. Zatrzymał się, by pogłaskać kota, i poszedł dalej, do ogrodu.
– Wejdźcie, proszę – Owens otworzył siatkowe drzwi. Weszliśmy za nim do tego samego pokoju, w którym siedzieliśmy poprzednio, i usiedliśmy na tej samej kanapie z ratanu. W domu było bardzo cicho.
– Przepraszam na chwilę, zaraz wracam. Macie na coś ochotę?
Powiedzieliśmy, że nie, a on wyszedł z pokoju. Nad nami cicho szumiał wentylator.
Wkrótce usłyszeliśmy głosy i śmiech, potem skrzypnięcie siatkowych drzwi. Kiedy grupa wchodziła do pokoju, przyjrzałam się każdemu z nich z osobna. Czułam, że Ryan robi to samo.
Kilka minut później pokój był pełen i jedno wiedziałam na pewno. Nic szczególnego ich nie wyróżniało. Równie dobrze mogli być grupą baptystów, którzy przybyli na swój doroczny piknik. Żartowali i śmiali się, absolutnie nie wyglądali na uciskanych.
Były wśród nich niemowlęta, dorośli i co najmniej jeden osiemdziesięciolatek, ale żadnych nastolatków czy dzieci. Szybko ich policzyłam: siedmiu mężczyzn, trzynaście kobiet, troje niemowląt. Helen mówiła, że wszystkich jest dwadzieścia sześć osób.
Rozpoznałam Jerry'ego i Helen. Jason opierał się o ścianę. Nieopodal wejścia stała El z Carliem na rękach. Uważnie mi się przyglądała. Uśmiechnęłam się, przypominając sobie nasze wczorajsze spotkanie w Beaufort. Wyraz jej twarzy pozostał niezmie
Popatrzyłam po i
Wrócił Owens i zrobiło się cicho. Przedstawił nas i wyjaśnił, dlaczego przyjechaliśmy. Dorośli słuchali go uważnie, potem popatrzyli na nas. Ryan podał zdjęcie Briana i Heidi mężczyźnie w średnim wieku, który stał po jego lewej stronie, i przedstawił sprawę, omijając nieistotne szczegóły. Mężczyzna zerknął na fotografię i podał ją dalej.