Страница 50 из 85
Wzięłam głęboki oddech.
– Heidi Schneider nie żyje. Brian Gilbert też.
Spojrzała na mnie jak na wariatkę.
– Nie żyje? To niemożliwe.
– Kathryn! – Głos El nie był już tak łagodny.
Dziewczyna nie zwróciła na nią uwagi.
– To znaczy, ona jest taka młoda. I jest w ciąży. Albo była. – W jej głosie, jak w glosie dziecka, zabrzmiała żałość.
– Zostali zamordowani prawie trzy tygodnie temu.
– To nie przyjechaliście, żeby ją stąd zabrać? – Patrzyła to na mnie, to na Ryana. W jej zielonych tęczówkach widać było maleńkie, żółte plamki. – Nie jesteście jej rodzicami?
– Nie.
– Oni nie żyją?
– Tak.
– A jej dzieci?
Skinęłam głową.
Uniosła dłoń do ust, a potem ręka opadła na kolana jak motyl, niepewny, dokąd ma lecieć. Carlie pociągnął ją za spódnicę i ręka opadła niżej, by pogłaskać go po główce.
– Jak ktoś mógł coś takiego zrobić? Nie znałam ich, ale jak ktoś mógł zabić całą rodzinę? Dzieci?
– Wszyscy kiedyś odejdziemy – stwierdziła El, kładąc na ramionach dziewczyny rękę. – Śmierć to przejście w procesie wzrostu.
– Przejście dokąd? – zapytał Ryan.
Nie usłyszał odpowiedzi. W tym momencie przed bankiem People's po drugiej stronie Bay Street zatrzymała się biała furgonetka. El delikatnie ścisnęła ramiona Kathryn i kiwnęła w tamtym kierunku. Potem wzięła na ręce Carliego i wyciągnęła rękę. Kathryn podała jej swoją i wstała.
– Życzę wam szczęścia – powiedziała starsza kobieta i obie odeszły w kierunku samochodu.
Przez chwilę na nie patrzyłam, a potem dokończyłam swoją colę. Kiedy rozglądałam się za śmietnikiem, dostrzegłam coś pod ławką. Zamykamy kubek Carliego.
Z portfela wyjęłam wizytówkę, napisałam na niej numer i podniosłam pokrywkę. Ryan z rozbawieniem patrzył, jak podnosiłam się spod ławki.
Właśnie wchodziła do furgonetki.
– Kathryn – zawołałam ze środka ulicy. Spojrzała w moim kierunku i wtedy pomachałam kubkiem. Zegar na banku wskazywał kwadrans po piątej.
Powiedziała coś do siedzących w samochodzie i podeszła do mnie. Podałam jej kubek z moją wizytówką w środku. Spojrzała mi w oczy.
– Zadzwoń do mnie, kiedy będziesz chciała porozmawiać.
Odwróciła się bez słowa, wróciła do samochodu i wsiadła. Kiedy odjeżdżali Bay Street, dostrzegłam jeszcze jasne włosy Doma siedzącego za kierownicą.
Pokazaliśmy zdjęcie w jeszcze jednej aptece i kilku restauracjach serwujących szybkie dania, a potem pojechaliśmy do biura szeryfa. Ivy Lee poinformowała nas, że wszystko stanęło w miejscu. Jakiś pracownik przedsiębiorstwa oczyszczania miasta, który stracił pracę, zamknął się w domu ze swoją żoną i trzyletnią córeczką i grozi, że je zabije. Baker nie będzie mógł się z nami spotkać tego dnia.
– I co teraz? – zapytał Ryan. Staliśmy na parkingu na Duke Street. – Przypuszczam, że Heidi nie prowadziła bujnego życia nocnego, więc chyba możemy sobie darować bary i kluby.
– Chyba tak.
– Skończmy na dzisiaj. Odwiozę cię na Statek Miłości.
– Nazywa się Melanie Tess.
– Tess. Czy to jest coś, co się je z kukurydzianym chlebem i warzywami?
– Tak, golonka ze słodkimi ziemniakami,
– Mam cię podwieźć?
– Pewnie,
Większą część drogi przejechaliśmy w milczeniu. Ryan wkurzał mnie przez cały dzień i nie mogłam się doczekać, kiedy wreszcie się od niego uwolnię. Odezwał się, gdy byliśmy na moście.
– Wątpię, by chodziła do salonu kosmetycznego albo na solarium.
– To zdumiewające. Teraz już wiem, dlaczego zostałeś detektywem.
– A może powi
– Już go sprawdziliście. Nie ma nigdzie wzmianki o zapłaconym podatku, prawda?
– Nic.
– Może płacono mu gotówką?
– To zmniejsza liczbę możliwości.
Zatrzymaliśmy się na parkingu przed restauracją Olliego.
– To gdzie ruszamy dalej? – zapytałam.
– Nigdy nie jadłem chleba kukurydzianego.
– Miałam na myśli śledztwo. Sam się postarasz o swój obiad. Ja idę do domu, biorę prysznic i robię sobie talerz pysznego makaronu błyskawicznego. Właśnie w tej kolejności.
– Jezu, Bre
– Czytałam etykietę.
– To może od razu łyknij sobie odpady przemysłowe. Zaburzasz tylko harmonię – naśladował Kathryn – w swoim “potencjale genetycznym”.
Jakaś niesprecyzowana myśl wkradła się do mojego umysłu, bezkształtna jak pora
– …służebnice Owensa niech lepiej uważają. Mam zamiar dobrać mu się do tyłka.
– Jak myślisz, co on głosi?
– Wygląda mi to na jakąś kombinację ekologicznego Armageddonu i pracy nad sobą.
Kiedy zatrzymaliśmy się na molo, niebo nad bagnami zaczynało się przecierać. Wzdłuż horyzontu biegły linie żółtego światła.
– Kathryn coś wie – stwierdziłam.
– Jak my wszyscy.
– Czasami jesteś naprawdę upierdliwy, Ryan.
– Milo, że to w końcu zauważyłaś. Dlaczego sądzisz, że ona coś jednak ukrywa?
– Powiedziała “dzieci”.
– No i?
– Dzieci.
Wreszcie zrozumiał.
– Cholera jasna.
– Nie mówiliśmy jej, że Heidi nosiła bliźniaczą ciążę.
Czterdzieści minut później ktoś zapukał do drzwi od strony portu. Właśnie miałam na sobie koszulkę Katy z emblematem drużyny Hornets, byłam bez bielizny, a na głowie miałam okręcony w fantazyjny turban ręcznik. Spojrzałam przez żaluzje.
Na zewnątrz stał Ryan z sześcioma puszkami i monstrualnej wielkości pizzą. Zdjął marynarkę i krawat, a rękawy koszuli podwinął do łokci.
Cholera.
Odsunęłam się od okna. Mogłam wyłączyć światło i nie otwierać. Mogłam go olać. Albo powiedzieć, żeby sobie poszedł.
Znowu wyjrzałam i tym razem moje oczy napotkały jego.
– Wiem, że tam jesteś, Bre
Pomachał puszkami.
– Cola dietetyczna.
Niech to szlag.
To nieprawda, że go nie lubiłam. Tak naprawdę to lubiłam jego towarzystwo bardziej niż wielu i
No i bardzo podobał mi się fizycznie, ale mój zdrowy rozsądek nie pozwalał się angażować.
Do diabła. To lepsze niż makaron i syntetyczny ser. Wpadłam do salonu, założyłam dżinsy z obciętymi nogawkami i przejechałam szczotką po włosach.
Podniosłam żaluzje i wpuściłam go do środka. Wręczył mi napoje i pizzę i wspiął się na pokład.
– Mam własną colę – powiedziałam zamykając osłonę z siatki.
– Coli nigdy dość.
Wskazałam mu kuchnię, położyłam pizzę na stole, on wziął piwo dla siebie i colę dla mnie, a resztę puszek włożył do lodówki. Wyjęłam talerze, serwetki i duży nóż; Ryan otworzył pudełko z pizzą.
– Uważasz że to bardziej odżywcze niż makaron?
– Wegetariańska.
– A to co? – wskazałam brązowy kawałek.
– Kawałek z boczkiem. Chciałem, żeby były na niej różne składniki.
– Weźmy to do salonu – zaproponowałam.
Rozłożyliśmy wszystko na stoliku do kawy i usiedliśmy na kanapie. Woń bagna i mokrego drewna mieszała się z zapachem sosu pomidorowego i bazylii. Jedliśmy rozmawiając o morderstwach i rozważając możliwość związku ofiar z St-Jovite z Domem Owensem.
W końcu przeszliśmy na bardziej osobiste tematy. Opisałam mu Beaufort z mojego dzieciństwa i podzieliłam się z nim wspomnieniami z wakacji na plaży. Mówiłam mu o Katy i mojej separacji z Pete'em. On opowiedział mi o latach spędzonych w Nowej Szkocji i o swoim ostatnim rozstaniu z przyjaciółką.
Nasza rozmowa była przyjemna i naturalna, a ja opowiedziałam mu o sobie więcej, niż kiedykolwiek mogłam przypuszczać. Kiedy milkliśmy na chwilę, ciszę wypełniała woda i szum traw na bagnach. Zapomniałam o przemocy i śmierci i zrobiłam coś, czego dawno nie robiłam. Odprężyłam się.
– To niesamowite, że tyle mówię – zauważyłam zbierając talerze i serwetki.
Ryan pozbierał puste puszki.
– Pozwól mi pomóc.
W pewnym momencie moja ręka otarła się o jego rękę i zrobiło mi się gorąco. Bez słowa zebraliśmy naczynia i zanieśliśmy je do kuchni.
Kiedy usiadłam z powrotem na kanapie, Ryan przez chwilę stał nade mną, potem usiadł blisko, położył obie dłonie na moich ramionach i odwrócił mnie plecami do siebie. Właśnie miałam zaprotestować, kiedy zaczął masować mi mięśnie poniżej szyi, na ramionach i przedramionach aż do łokci. Jego ręce przesuwały się w dół moich pleców, potem znowu do góry; kciukami wykonując małe kółeczka, przesunął nimi wzdłuż każdej łopatki. Takimi samymi ruchami wymasował mi miejsce tuż pod nasadą czaszki.
Zamknęłam oczy.
– Mmmmm.
– Jesteś bardzo spięta.
Było zbyt miło, by psuć to rozmową.
Teraz zajął się krzyżem, kciukami masując mięśnie biegnące wzdłuż kręgosłupa, posuwając się centymetr po centymetrze. Oddychałam wolno i poczułam się błogo.
Wtedy przypomniałam sobie o Harry. I że nie mam na sobie bielizny.
Odwróciłam się twarzą do niego i nasze spojrzenia się spotkały. Ryan się przez chwilę zawahał, potem wziął moją twarz w swoje dłonie i przycisnął swoje usta do moich. Przeciągnął palcami wzdłuż linii mojej szczęki i do tyłu, po włosach, a wtedy objął mnie i mocno przyciągnął do siebie. Zaczęłam się odpychać, ale przestałam; moje ręce spoczywały na jego piersiach. Poczułam, jaki jest szczupły, a jego mięśnie twarde.
Czułam ciepło jego ciała i zapach skóry, sutki stwardniały mi pod koszulką. Opadając mu na piersi zamknęłam oczy i odwzajemniłam pocałunek,
Mocno mnie obejmował i długo całował. Objęłam go za szyję, a jego ręka powędrowała pod moją koszulkę, łaskocząc palcami. Delikatność jego dłoni sprawiła, że po krzyżu i czaszce przebiegły mnie dreszcze. Oparłam się jeszcze mocniej i całowałam go jeszcze mocniej, otwierając i zamykając usta w rytm jego oddechu.