Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 23 из 85

– Jak szatan.

– Jak szatan. Całe zło tego świata przypisuje się szatanowi. Nastolatki wciągane są w sekty. Dzieci są porywane i zabijane podczas demonicznych rytuałów. W całym kraju zabijane są zwierzęta, które składa się w ofierze szatanowi. Logo firmy Proctor and Gamble zawiera ukryty szatański symbol. W tych plotkach zamyka się cała frustracja, która jeszcze to wszystko podsyca.

– A więc uważasz, że kult szatana nie istnieje?

– Tego nie powiedziałam. Jest kilka, powiedzmy, popularnych zorganizowanych grup satanistycznych, jak ta Antona LaVeya.

– Kościół Szatana w San Francisco.

– Zgadza się. Ale to są małe, maleńkie grupy. Większość “satanistów” – w powietrzu wzięła słowo w cudzysłów – to prawdopodobnie tylko białe dzieciaki ze średniej klasy bawiące się w wyznawanie szatana. Od czasu do czasu posuwają się nieco za daleko i demolują kościelne cmentarze i torturują zwierzęta, ale raczej zajmują się rytuałami i wybierają się na wycieczki śladami legend.

– Wycieczki śladami legend?

– Tak to określają socjolodzy. Odwiedzanie strasznych miejsc, jak cmentarze albo domy, w których straszy. Rozpalają ogniska, opowiadają historie o duchach, zaklinają, trochę demolują. To wszystko. Potem, kiedy policja znajduje graffiti, przewrócony nagrobek, wygaszone ognisko, może zdechłego kota, stwierdzają, że lokalna młodzież należy do sekty. Prasa zaczyna o tym pisać, księża podnoszą alarm i nowa legenda zaczyna krążyć.

Jak zawsze była bardzo spokojna, ale teraz jej nozdrza drgały, kiedy mówiła, zdradzając napięcie, jakiego jeszcze u niej nie widziałam. Czekałam, co jeszcze powie.

– Moim zdaniem zagrożenie ze strony satanizmu jest bardzo przesadzone. Kolejny wywrotowy mit, jakby powiedzieli twoi koledzy.

Nagle i bez ostrzeżenia podniosła głos, aż podskoczyłam.

– David! To ty?

Ja nie usłyszałam ani jednego dźwięku.

– Tak, proszę pani. – Głos był stłumiony. W drzwiach pojawiła się wysoka postać, której twarz całkowicie zakrywał kaptur kurtki i ogromny szalik okręcony dokoła szyi.

– Przepraszam na minutę.

Wstała i zniknęła za drzwiami. Nie słyszałam, o czym mówili, ale on był poruszony, a jego głos to wznosił się, to opadał, jak płacz dziecka. Jea

Nagle zapadła cisza. Chwilę później Jea

– Ci studenci – westchnęła, śmiejąc się i potrząsając głową.

– Niech zgadnę. Potrzebuje więcej czasu na dokończenie swojej pracy.

– Nic się nie zmienia. – Spojrzała na zegarek. – Cóż, Tempe, mam nadzieję, że pomogłam ci w twojej pracy. Będziesz uważać na te dzie

– Oczywiście. Zwrócę je najpóźniej w poniedziałek. – Wstałam, włożyłam materiały do teczki i sięgnęłam po kurtkę i torebkę. Jej uśmiech odprowadził mnie do drzwi.

Zimą niebo w Montrealu ubiera się w szare barwy, wybierając z palety od gołębiego, koloru żelaza, ołowiu, aż do cyny. Kiedy wyszłam z Birks Hali, na niebie wymieszały się ołów z cyną.

Przewiesiłam sobie teczkę i torebkę przez ramię i skierowałam się w dół pagórka, pokonując ostry, zimny wiatr. Momentalnie zaczęły mi łzawić oczy, zacierając obraz. Kiedy tak szłam, gdzieś w głowie pojawiła się Fripp Island. Palmy karłowate. Trawa morska. Słońce iskrzące na bagnach.

Przestań, Bre

Otwierając drzwi samochodu zauważyłam wysokiego, młodego człowieka, który patrzył na mnie z daleka. Poznałam kurtkę i szalik. To był David, nieszczęsny student Jea

Na chwilę nasze spojrzenia się spotkały, a wściekłość w jego oczach przestraszyła mnie. David bez słowa odwrócił się i ruszył wzdłuż budynku. Wytrącona z równowagi wsiadłam do samochodu i zamknęłam drzwi, z ulgą myśląc, że to problem Jea

Po drodze do laboratorium mój umysł zajął się tym, co miało nadejść, i tym, co wciąż miałam do zrobienia. Gdzie była A

Jak ja zdążę przejrzeć te dzie

Kiedy dotarłam do rue Parfhenais, równomiernie padający śnieg pokrył ulicę. Znalazłam miejsce tuż przed drzwiami i w duchu zmówiłam modlitwę prosząc, aby mi go śnieg dokładnie nie zasypał.

Hol był duszny i przesycony zapachem mokrej wełny. Otrzepałam energicznie buty, powiększając kałużę stopniałego śniegu na podłodze, i poszłam do windy. Po drodze na górę starałam się usunąć smugi tuszu do rzęs z dolnych powiek.

Na biurku zastałam dwie różowe karteczki. Dzwoniła siostra Julie

Wykręciłam numer i odebrał.

– Długi lunch.

Sprawdziłam czas. Za kwadrans druga.

– Płacą mi od godziny. Co jest?

– Wreszcie znaleźliśmy właściciela domu w St-Jovite. Nazywa się Jacques Guillion. Pochodzi z Ouebecu, dawno temu przeniósł się do Belgii. Nie wiadomo, gdzie się podziewa, ale jego belgijska sąsiadka twierdzi, że Guillion wynajmował dom w St-Jovite starszej pani, która nazywa się Patrice Simo

– Nieźle poinformowana sąsiadka.

– Najwyraźniej utrzymywali bliskie stosunki.

– To spalone ciało z piwnicy to może być ta Simo

– Może być.

– Dostaliśmy dobre zdjęcia rentgenowskie zębów. Ma je Bergeron.

– Przekazaliśmy dane Królewskiej Kanadyjskiej Policji Ko

– A co z tymi dwoma ciałami w domu i tymi dorosłymi, i dziećmi?

– Pracujemy nad tym.

Przez moment oboje trwaliśmy w zamyśleniu.

– Całkiem duży dom jak na jedną starszą panią.

– Wygląda na to, że nie była tak całkiem sama.

Następne dwie godziny spędziłam w laboratorium histologii pracując nad ostatnimi fragmentami ciała przy żebrach i obserwując je pod mikroskopem. Moje obawy okazały się słuszne, nie znalazłam żadnych nacięć czy i

Ryan znowu zadzwonił, kiedy tylko wróciłam do swojego biura.

– A może by tak małe piwko? – zapytał.

– Nie trzymam piwa w swoim biurze, Ryan. Gdyby tak było, wypiłabym je.

– Ale ty nie pijesz…

– No to dlaczego mówisz o piwie?

– Mówię, bo może byś się chciała napić. Pod koniczynkę,

– Co?

– To ty nie pochodzisz z Irlandii, Bre

Rzuciłam okiem na kalendarz wiszący na ścianie. Siedemnasty marca. Kilka razy tego dnia nieźle zaszalałam. Chciałam o tym zapomnieć.

– To już nie dla mnie.

– Ja tylko chciałem powiedzieć “zróbmy sobie przerwę”.

– Zapraszasz mnie na randkę?

– Właśnie.

– Z tobą?

– Nie, z moim księdzem spowiednikiem.

– Nie mów. To on łamie swoje zasady?

– Bre

– Ryan, ja…

– To dzień świętego Patryka. A poza tym piątek wieczór i pada jak cholera. Masz jakąś lepszą propozycję?

Nie miałam. Tak naprawdę to nie miałam żadnych propozycji. Ale my za często razem pracowaliśmy nad sprawami, a ja miałam zasadę oddzielania od siebie spraw zawodowych i prywatnych.

Zawsze. I już. Żyłam w separacji, sama, jakieś dwa lata tak minęły. I nie mogłam narzekać na nadmiar męskiego towarzystwa.

– Nie uważam, żeby to był dobry pomysł.

Nastała dłuższa przerwa. A po chwili:

– Mamy coś o Simo

– Kiedy ona się urodziła?

Usłyszałam, jak przerzuca papiery.

– Tysiąc dziewięćset osiemnasty.

– Pasuje. Rodzina?

– Sprawdzamy.

– Dlaczego wyjechała z Belgii?

– Może chciała zmienić otoczenie…? Słuchaj, jeżeli się jednak zdecydujesz, to znajdziesz mnie u Hurleya po dziewiątej. Jeśli będzie kolejka, to użyj mojego nazwiska,

Siedziałam chwilę, zastanawiając się, dlaczego mu odmówiłam. Pete i ja doszliśmy do porozumienia. Nadal się kochaliśmy, ale nie mogliśmy razem żyć. Będąc w separacji znowu byliśmy przyjaciółmi. Już od lat nie mieliśmy tak dobrego układu. On chodził na randki, ja też mogłam to robić. O Boże. Randki…! Czas trądziku i aparatu korekcyjnego na zębach.

Mówiąc szczerze, to Andrew Ryan bardzo mi się podobał. Żadnych pryszczy czy krzywych zębów. Bardzo dobrze. A technicznie to wcale razem nie pracowaliśmy. Ale czasami był bardzo wkurzający. I nieprzewidywalny. Nie. Ryan oznacza kłopoty.