Страница 63 из 87
33
– Przede wszystkim – oznajmiła Rachel – musimy pozbyć się tego samochodu.
– Samochód – powiedziałem, kręcąc głową na myśl o uszkodzeniach. – Jeśli nie zabiją mnie przestępcy, zrobi to Zia.
Rachel znowu zdołała się uśmiechnąć. Wpadliśmy po uszy w kłopoty i tkwiliśmy w nich tak głęboko, że po prostu przestaliśmy się tym przejmować. Zastanawiałem się, dokąd pojechać, ale była tylko jedna możliwość. – Le
– Co z nimi?
– Mieszkają cztery przecznice stąd.
Była piąta rano. Mrok zaczął ustępować przed nieuchro
– Mam problem – oznajmiłem.
– Słyszę syreny.
– To część mojego problemu.
– Policja dzwoniła do mnie – rzekł. – Po tym jak zwiałeś.
– Potrzebuję twojej pomocy.
– Jest z tobą Rachel? – zapytał.
– Tak.
Zapadła niezręczna cisza. Rachel bawiła się telefonem komórkowym zabitego. Nie miałem pojęcia, czego szukała. Po chwili Le
– Znaleźć Tarę. Pomożesz mi czy nie?
Teraz odparł bez wahania:
– W czym mogę ci pomóc?
– Ukryć samochód, którym jedziemy, i pożyczyć i
– I co potem zrobicie?
Skręciłem w prawo.
– Będziemy u ciebie za minutę. Wtedy spróbuję ci wyjaśnić. Le
Le
– Co się stało, do diabła?
– Masz jakieś bandaże? – zapytałem.
– W kuchni, w szafce nad zlewem.
Rachel wciąż trzymała w ręce telefon.
– Muszę mieć dostęp do Internetu – powiedziała.
– Posłuchajcie – rzekł Le
– Przedyskutuj to z nim – ucięła Rachel. – Ja muszę skorzystać z Internetu.
– W moim gabinecie. Wiesz gdzie.
Rachel pospiesznie ruszyła we wskazanym kierunku. Poszedłem za nią, ale zatrzymałem się w kuchni. Ona weszła do gabinetu. Oboje dobrze znaliśmy ten dom. Le
Znalazłem i wyjąłem zestaw pierwszej pomocy Cheryl.
– Pod naszym domem doszło do strzelaniny.
Streściłem mu przebieg wypadków, otwierając apteczkę i przeglądając zawartość. Na razie wystarczy. W końcu zerknąłem na Le
– A gdybyśmy zostali, co by się stało?
– Policja by was zgarnęła.
– No właśnie.
Potrząsnął głową i powiedział ściszonym głosem:
– Policja już nie uważa, że ty to zrobiłeś.
– Jak to?
– Myślą, że zrobiła to Rachel.
Nie wiedziałem, co powiedzieć.
– Czy wyjaśniła ci istnienie tych zdjęć?
– Jeszcze nie – odparłem. I zaraz dodałem: – Nie rozumiem.
Dlaczego uważają, że to Rachel?
Le
Le
– Ten facet we flanelowej koszuli właśnie usiłował nas zabić.
– No i co się z nim stało?
– Mówiłem ci. Ktoś mu towarzyszył. Zastrzelił go.
– Widziałeś tego kogoś?
– Nie. Rachel… -Zrozumiałem do czego zmierza. -Daj spokój, Le
– Chcę wiedzieć, skąd się wzięły te zdjęcia na CD, Marc.
– Świetnie, więc zapytajmy ją o to.
Kiedy wyszliśmy z kuchni, na schodach zobaczyłem Cheryl.
Zmierzyła mnie wzrokiem, trzymając ręce założone na piersi. Jej twarz miała taki wyraz, jakiego jeszcze nigdy u niej nie widziałem. Aż przystanąłem. Na dywanie zauważyłem plamę krwi, zapewne Rachel. Na ścianie wisiała fotografia całej czwórki ich dzieci, usiłujących wyglądać swobodnie w identycznych białych golfach na białym tle. Dzieci i jednolite białe tło. – Ja się tym zajmę – rzekł Le
Pospieszyliśmy do gabinetu. Na telewizorze leżało opakowanie od DVD z najnowszym filmem Disneya. O mało nie potknąłem się o Wiffie Bali i plastikowy kij baseballowy. Na podłodze walała się plansza do gry w monopol z Pokemonami, porzucona w połowie rozgrywki. Ktoś, zapewne jedno z dzieci, napisał na kartce „NICZEGO NIE DOTYKAĆ” i położył ją na planszy. Przechodząc koło kominka, mimochodem zauważyłem, że ostatnio uaktualnili fotografie. Dzieci na zdjęciach były starsze, takie jak obecnie.
Jednak zdjęcie z dawnych czasów, ukazujące naszą czwórkę na przyjęciu, znikło. Nie wiedziałem, co to oznacza. Zapewne nic.
A może Le
Przyjrzałem się uchu. Poważnie uszkodzone. Kula nadszarpnęła górną część. Ponadto rozcięła skórę z boku głowy. Centymetr w prawo – gdzie tam, ćwierć centymetra – i Rachel już by nie żyła.
Nie zwracała na mnie uwagi, nawet kiedy dezynfekowałem ranę i owijałem bandażem. Na razie będzie musiało wystarczyć. Zajmę się tym, kiedy będzie to możliwe.
– Mam – powiedziała nagle Rachel. Uśmiechnęła się i nacisnęła klawisz. Drukarka zaczęła powarkiwać. Le
– Rachel?
Spojrzała na mnie.
– Musimy porozmawiać.
– Nie – ucięła. – Musimy jechać. Właśnie znalazłam nowy trop.
Le
– Sprawdziłam wykaz rozmów w tym telefonie komórkowym – powiedziała Rachel.
– Potrafisz to zrobić?
– Przecież to proste, Marc – odparła z lekkim zniecierpliwieniem.
– Wykaz rozmów przychodzących i wychodzących.
W każdej komórce jest taka opcja.
– Racja.
– Wykaz wychodzących niewiele mi powiedział. Nie było w nim żadnego numeru, co oznacza, że nawet jeśli ten facet do kogoś dzwonił, to na zastrzeżony numer.
Usiłowałem nadążać.
– W porządku.
– Jednak wykaz przychodzących to co i
– Gdzie jest to Huntersville?
– To też sprawdziłam w Internecie. Przy granicy z Pensylwanią.
Powiększyłam mapę do średnicy kilkuset metrów. Dom stoi na uboczu. To duża posiadłość na kompletnym odludziu.
Zimny dreszcz przeszedł mi po plecach i rozszedł się po całym ciele. Zwróciłem się do Le
– Poczekaj chwilkę – rzekł Le
Rachel wstała.
– Chcesz wiedzieć, skąd się wzięły te fotografie na CD.
– Tak, na początek.
– To ja jestem na tych zdjęciach. Owszem, byłam tam.
Reszta to nie twój interes. Jestem wi
Le
– Chcesz także wiedzieć, czy zabiłam mojego męża, prawda?
Spojrzała na Cheryl. – Myślisz, że zabiłam Jerry'ego? – Już nie wiem, co myśleć – odparła Cheryl. – Chcę jednak, żebyście oboje się stąd wynieśli.
– Cheryl – próbował uspokoić ją Le
Przeszyła go spojrzeniem, które powaliłoby szarżującego nosorożca. – Nie powi
– Jest naszym najlepszym przyjacielem. Ojcem chrzestnym naszego syna.
– Właśnie dlatego. I sprowadza niebezpieczeństwo na nasz dom? Na czwórkę naszych dzieci?
– Daj spokój, Cheryl. Przesadzasz.
– Nie – wtrąciłem. – Ma rację. Powi
Rachel wyrwała papier z drukarki.
– Dane – wyjaśniła.
Kiwnąłem głową i popatrzyłem na Le
– Mogę im wszystko wyjaśnić – odparł Le
Urwał i potrząsnął głową, jakby nagle zrozumiał, że to niemożliwe. – Im byłoby łatwiej wejść do środka.
Podszedłem do niego.
– Dowiedzieli się o nadajniku, który ukryła Rachel.
– Kto?
– Porywacze. Nie wiem jak. A jednak dowiedzieli się.
Dodaj dwa do dwóch, Le
– To niczego nie dowodzi.
– Sądzisz, że mam czas na szukanie dowodu?
Le
– Wiesz, że nie mogę ryzykować.
– Taak – mruknął. – Wiem.
Potem sięgnął do kieszeni i wyjął kluczyki. Odjechaliśmy.