Страница 166 из 169
– Yagharek jest moim przyjacielem – powiedział Isaac, z gniewem i smutkiem zarazem.
Kar’uchai kontynuował wątek, jakby nie usłyszał jego słów.
– Kiedy zauważyliśmy, że odszedł po… wykonaniu wyroku… wybór padł na mnie.
– Czego chcesz? – spytał Isaac. – Co zamierzasz z nim zrobić? Chcesz zabrać go ze sobą? Planujesz… no… obciąć mu coś jeszcze?
– Nie przychodzę po Yagharka – odparł Kar’uchai. – Przychodzę do ciebie.
– Grimnebulin popatrzył na niego ze zdziwieniem, a garuda kontynuował: – To od ciebie zależy, czy sprawiedliwość pozostanie sprawiedliwością… – Isaac nie wiedział, co odpowiedzieć na te słowa. „Co on zrobił?” – pomyślał niecierpliwie.
– Twoje nazwisko dotarło do mnie po raz pierwszy już w Myrshock – rzekł garuda. – Było na liście wśród i
– Yagharek jest moim przyjacielem – powtórzył spokojnie Isaac. – Przyszedł do mnie i zatrudnił mnie. Był hojny. Kiedy sprawy… skomplikowały się, potoczyły się nie po naszej myśli… zrobiło się naprawdę niebezpiecznie, a on wykazał odwagę i pomógł nam. Stał się częścią czegoś… czegoś niezwykłego. Zawdzięczam mu… życie – dodał, spoglądając przelotnie na Lin.
– Jestem jego dłużnikiem za to, że… Był gotów zginąć, wiesz? I naprawdę mógł zginąć, ale został z nami i… nie wydaje mi się, że moglibyśmy teraz rozmawiać, gdyby nie on. – Isaac mówił cicho, szczerze i z uczuciem. „Co on zrobił?” – Co on zrobił? – zapytał wreszcie na głos, pokonany.
– Jest winien – odpowiedział cicho Kar’uchai – kradzieży wyboru drugiego stopnia z kompletnym nieposzanowaniem.
– Ale co to znaczy?! – krzyknął Isaac. – Co on naprawdę zrobił? Czym jest ta pieprzona kradzież wyboru? Dla mnie to puste słowa!
– To jedyna zbrodnia, jaką znamy, Grimneb’lin – odrzekł Kar’uchai monoto
– Co on zrobił?! – ryknął Isaac. Lin obudziła się z gwałtownym trzepotem dłoni i nerwowymi skurczami mięśni.
Kar’uchai odpowiedział beznamiętnie.
– Sądzę, że nazwałbyś to gwałtem.
„Ach, więc sądzisz, że nazwałbym to gwałtem?” – pomyślał Isaac sarkastycznie, ale nawet ociekające sarkazmem myśli nie mogły stłumić zgrozy, która go ogarnęła.
„Nazwałbym to gwałtem”.
Nie mógł nic na to poradzić: wyobraźnia natychmiast zaczęła pracować pełną parą.
Myślał, oczywiście, o samym akcie, który w jego mniemaniu był przejawem niewiarygodnej brutalności („Czy ją bił? Czy przycisnął do ziemi? Gdzie ją dopadł? Czy przeklinała go i walczyła?”). Jednak najsilniej podziałała na niego wizja wszystkich perspektyw, wszystkich możliwości wyboru, które Yagharek ukradł nieszczęsnej istocie. Obrazy przemykały przed oczami w błyskawicznym tempie.
Wybór nieuprawiania seksu. Wybór nieodczuwania bólu. Wybór nieryzykowania ciąży. A potem… gdyby rzeczywiście zaszła w ciążę… Wybór niedokonywania aborcji? Wybór nierodzenia dziecka?
Wybór traktowania Yagharka z szacunkiem?
Isaac bezgłośnie poruszył ustami, ale to Kar’uchai przemówił:
– Ukradł mój wybór.
Minęło kilka niedorzecznie długich sekund, zanim sens tych słów dotarł do Isaaca. Wstrzymał oddech i szeroko otworzył oczy, teraz dopiero zauważając minimalne zgrubienie raczej symbolicznych piersi Kar, równie bezużytecznych jak olśniewające pióra rajskiego ptaka. Bardzo chciał coś powiedzieć, ale w zasadzie nie wiedział, co czuł. Nie było to w każdym razie nic wystarczająco jasnego, by dało się wyrazić słowami.
Wymamrotał więc tylko niezrozumiale, że współczuje i w ogóle.
– Sądziłem, że jesteś… sędzią wśród garudów, milicjantem czy kimś takim – dodał po chwili.
– Nie ma u nas takich służb – odpowiedziała bez emocji Kar’uchai.
– Yag… pieprzony gwałciciel – syknął Isaac. Samica cmoknęła językiem.
– Złodziej wyboru.
– Zgwałcił cię – warknął uczony, lecz Kar’uchai znowu cmoknęła z dezaprobatą.
– Ukradł mój wybór – powiedziała. Grimnebulin zrozumiał nagle, że garuda nie uzupełnia jego wypowiedzi, tylko koryguje ją. – Nie możesz tak po prostu tłumaczyć tej zbrodni na język waszego prawa, Grimneb’lin – dodała po chwili. Wyglądała na rozdrażnioną. Isaac próbował coś powiedzieć; potrząsnął żałośnie głową, spojrzał na Kar’uchai i znowu miał przed oczami Yagharka dopuszczającego się brutalnego gwałtu. – Nie możesz tłumaczyć, Grimneb’lin – powtórzyła istota. – Przestań. Widzę teraz w tobie… wszystkie prawa i moralne zasady twojego miasta, o których tyle czytałam. – Isaac miał wrażenie, że garuda przemawia monoto
„Czyżby?” – pomyślał Isaac. „Czy to wystarczy? Czy to już wszystko?”
Kar’uchai przyglądała się jego wewnętrznej walce.
Lin przywołała Grimnebulina, klaszcząc w dłonie jak małe dziecko. Mężczyzna przyklęknął i przemówił do niej cicho. Odezwała się ciągiem absurdalnych znaków, na które odpowiedział z powagą, tak jakby prowadzili sensowną rozmowę.
Khepri uspokoiła się i przytuliła go, nerwowo zerkając zdrowym okiem na garudę.
– Uszanujesz naszą sprawiedliwość? – spytała Kar’uchai. Isaac posłał jej ukradkowe spojrzenie i znowu zajął się Lin.
Kar’uchai milczała przez długi czas. Nie doczekawszy się odpowiedzi, ponowiła pytanie. Isaac popatrzył na nią i pokręcił głową, bardziej z niepewnością niż z jawnym sprzeciwem.
– Nie wiem – mruknął. – Proszę cię…
Znowu odwrócił się do Lin, która zdążyła już zasnąć. Opadł ciężko na podłogę obok niej i potarł dłońmi skronie.
Po kolejnych kilku minutach milczenia Kar’uchai wezwała go po imieniu. Spłoszył się, jakby zapomniał już o jej obecności.
– Odejdę teraz, ale wrócę i znowu zadam ci pytanie. Proszę, nie drwij z naszej sprawiedliwości. Pozwól, żeby nasz wyrok pozostał w mocy. – Samica usunęła krzesło spod drzwi i wyszła. Jej szponiaste stopy głośno skrobały drewno starych schodów.