Страница 94 из 130
Jego nieumarli pretorianie syknięciami i mruknięciami wyrazili swoją aprobatę.
Rozdział trzydziesty szósty
Na północ, powoli, niestrudzenie. Ciągnięci całymi dniami, całymi tygodniami. Miasto czekało, nikt nie wiedział, co się wydarzy, ale ludzie nie wierzyli, aby ta jednostajna żegluga mogła być długo kontynuowana bez przygód. Na Armadzie wzrastało napięcie.
Bellis czekała na wieści o broszurze Fencha. Była cierpliwa. Wyobrażała go sobie w brzuchu miasta, głęboko w trzewiach jakiegoś statku, zbierającego informacje, zawiadującego jakąś agenturą.
W niektóre noce, popychana niezdrową fascynacją, która ją samą szokowała, Bellis schodziła na niższe pokłady „Wielkiego Wschodniego”, żeby ukryć się w pomieszczeniu pod pokojem Kochanków. W ich plującym i zdyszanym miłosnym gruchaniu dosłuchała się nowego napięcia.
„Niedługo” – syknęło jedno z Kochanków. „Kurwa, tak, niedługo” – brzmiała wyjęczana odpowiedź.
Pojawiły się różnice między ich okrzykami. Kochanka sprawiała wrażenie żarliwszej, bardziej zaangażowanej. Wydawała się zniecierpliwiona, spragniona szybkiego rozstrzygnięcia, to ona częściej szeptała „niedługo”, to jej bardziej zależało na tym projekcie. Jej kochankowi zależało raczej na niej. Mizdrzył się i mruczał w reakcji na jej słowa.
Czas wlókł się niemiłosiernie. Bellis była coraz bardziej sfrustrowana Utherem Doulem.
Miasto względnie szybko wydostało się z obszaru burz i gorąca do bardziej umiarkowanej strefy, gdzie było ciepło i wietrznie jak latem w Nowym Crobuzon.
Pięć dni po spotkaniu Bellis i Silasa w „Pashakanie” na arkadyjskim niebie, a konkretnie na sterowcu „Arogancja”, odbywała się jakaś krzątanina.
Bellis stała z Utherem Doulem na pokładzie „Wielkiego Wschodniego” i patrzyła w stronę parku Crooma, a Hedrigall, który pełnił rolę oficera wachtowego, pracował razem z i
– Zrzutka depeszy! – krzyknął i załoga szybko uprzątnęła obszar wokół lin. Obciążony worek z hukiem zładował na podłożonych szmatach.
Hedrigall otwierał worek rutynowymi ruchami i Bellis zaczęła odwracać wzrok. Ale kiedy człowiek-kaktus wydobył depeszę, jego zachowanie uległo tak gwałtownemu przeistoczeniu, że Bellis szybko spojrzała w jego stronę. Ten podbiegł do niej i Doula z tak zdumiewającą prędkością, że w pierwszej chwili sądziła, iż zamierza ich zaatakować. Zesztywniała, kiedy ten muskularny mężczyzna dudnił stopami o deski pokładu.
Hedrigall wyciągnął przed siebie depeszę od czujki z „Arogancji”.
– Okręty woje
Z początku ludzie byli zdezorientowani, nie wierzyli, że naprawdę są takie rozkazy. W każdej dzielnicy, na każdym okręcie flagowym zebrały się tłumy mężczyzn i kobiet, z bronią w ręku, dopinający elementy zbroi, obruszeni i z zamętem w głowach.
– Kiedy to nie ma żadnego sensu, proszę pana – powiedziała do Doula jakaś kobieta. – Jesteśmy prawie sześć tysięcy kilometrów od Nowego Crobuzon. Po co by płynęli tak daleko? I jak to możliwe, że nasi nauskopiści niczego nie zauważyli? Już wczoraj by zobaczyli. I niby jak Crobuzończycy mieliby nas znaleźć?
– Nie pytamy jak! – ryknął Doul tak głośno, że wszyscy zgromadzeni na pokładzie „Wielkiego Wschodniego” umilkli zaszokowani. – Nie pytamy dlaczego! Będzie na to mnóstwo czasu, jak ich pozabijamy! Bo teraz mamy czas tylko na to, żeby walczyć jak psy, jak oszalałe rekiny. Musimy walczyć, bo inaczej miasto zginie!
Ludziom odechciało się polemik. Z zastygłymi twarzami szykowali się w duchu do wojny. Pytanie: „Jak oni to zrobili?” zostało odłożone na później.
Pięć największych armadyjskich okrętów woje
Wokół nich i pomiędzy nimi kręciły się mniejsze pancerniki, krępe okręty okute w szary kuloodporny metal, pozbawione okien, najeżone krótkimi działami. Dołączyły do nich te statki pirackie, które były wtedy w porcie. Ich załogi zagryzły zęby i próbowały się nie zastanawiać nad swoim samobójczym chojractwem – były uzbrojone i opancerzone do walki z jednostkami handlowymi, a nie woje
Nie było podziału na okręgi. Załogi podlegające różnym władcom ramię w ramię taklowały, sypały węgiel pod kotły, ładowały armaty.
Czujki z „Arogancji”, które teraz wyraźniej widziały crobuzońskie okręty, zrzucały kolejne depesze. Uther Doul odczytywał je na głos Kochankom.
– Pewnie przypłynęli po swoją zasraną platformę – powiedział cicho, żeby tylko tych dwoje usłyszało. – Mają nad nami przewagę siły ognia. My mamy więcej statków, ale połowa z nich to drewniane krypy pirackie. Oni mają siedem dużych okrętów woje
Ta
Niewielki oddział ludzi-raków siedział na jednej z podwodnych tratw. Byli to czarownicy-zwabiacze, przywoływali swoje zwierzęta.
Kiedy pod miastem szalał dinichtys, Ta
Minuty wlokły się ślamazarnie. Ta
Wszędzie, na całej Armadzie i na wszystkich pływających po morzu statkach, które szykowały się do obrony miasta, była broń.
Otwarto bramy zbrojowni i arsenałów, żeby wyjąć i wyczyścić wytwory techniki wojskowej z setek kultur i z okresu tysięcy lat: działa, harpuny i skałkówki; miecze, kusze, łuki i kuszarpacze; wreszcie bardziej ezoteryczne narzędzia walki: żądłowce, baany, yarrikły.
Wszelkich rozmiarów sterowce powoli wznosiły się ponad dachy i omasztowanie, niby elementy architektury oderwane od tkanki miejskiej. Nad zachodnim horyzontem widać było dym produkowany przez crobuzońskie maszyny.
Na pokładzie „Wielkiego Wschodniego” zrobił się wielki młyn, bo wszyscy podoficerowie, oficerowie i władcy wszystkich dzielnic usiłowali dopchać się do przedzierzgniętego w żołnierza Uthera Doula, żeby usłyszeć wydawane przez niego rozkazy. Bellis stała w pobliżu bez ruchu i słuchała. Nikt nie zwracał na nią uwagi.
– Mają więcej kanonierek niż my, ale rozejrzyjcie się. – Pokazał na gąszcz parowców i holowników, które do niedawna ciągnęły Armadę po oceanie, a teraz hasały swobodnie bez celu. – Rozkażcie załogom tych jednostek, żeby przekwalifikowali je na kanonierki. Przekazano wiadomość do Pragnieniowic: Brucolac i jego podkomendni zostaną poinformowani, jak tylko się obudzą. Poślijcie tam szybkie łodzie albo statki powietrzne, żeby na nich czekały. Nie wiemy, jaka jest podwodna siła Crobuzończyków. Dowódcy okrętów podwodnych będą musieli samodzielnie ocenić, kiedy należy zaatakować. Ale statków powietrznych na pewno nie mają. To jest nasza jedyna realna przewaga. – Pokazał na „Trójząb”, który wisiał nad rufą „Wielkiego Wschodniego” obładowany ciężkimi bombami i prochem strzelniczym. – Puśćcie je przodem. Nie zwlekajcie. I uwaga… Skoncentrujcie się na crobuzońskich okrętach woje
Z nagłym szarpnięciem Bellis doznała olśnienia. W jej głowie coś przeskoczyło, jakby zerwał się jakiś trybik. Puszczając mimo uszu dalsze rozkazy Doula, jej mózg ze zgrzytem obracał się wokół jednej i tej samej myśli: „statek z kraju, statek z kraju…”
Z desperackim zapałem spojrzała ku nikłej zasłonie dymu na zachodzie. „Jak mam do nich dotrzeć?” – pomyślała, zdumiona, zachwycona i oszołomiona.
Crobuzońskie statki wreszcie znalazły się w zasięgu wzroku: długa linia buchającego dymem czarnego metalu.
– Wciągają flagi – powiedział Hedrigall z nadbudówki na rufie „Wielkiego Wschodniego”. Patrzył przez wielką, zamocowaną na stałe lunetę. – Coś nam komunikują… Nazwa okrętu flagowego i… – zawahał się. – Chcą pertraktować?
Doul odział się na wojnę. Do szarej zbroi poprzypinał skałkówki w kaburach – na obu biodrach, na obu ramionach, na obu udach, na torsie. Wszędzie sterczały rękojeści sztyletów i noży do miotania. Bellis uzmysłowiła sobie z drżeniem serca, że Uther Doul wygląda tak samo jak w chwili, kiedy zstąpił na pokład „Terpsychorii”.
Szybko się jednak otrząsnęła. Już jej to nie obchodziło. Znowu skierowała wzrok ku crobuzońskim statkom, do bólu podniecona.
Doul zastąpił Hedrigalla za okularem lunety.
– „Kapitan Princip Cecasan z N.C.S. „Pora