Страница 38 из 130
Ta
– Mówi, że za dwa tygodnie powinienem wrócić do pracy, chłopie – powiedział Ta
Ta
Ta
Wzdłuż granicy między okręgami Niszczukowody i Czasy przebiegała szczelina w tkance miejskiej: pas morza tworzył akwen pływacki, na którym zmieściłby się średniej wielkości statek. Bardzo niewielu armadyjskich piratów umiało pływać, a przy takiej pogodzie mało kto miał na to ochotę. W morskim basenie kąpała się garstka ludzi, odważniaków lub masochistów.
Pod wodą, pomału, speszony swoją nową hydroruchliwością i wolnością, codzie
Nauczył się zamykać tylko wewnętrzne powieki – niesamowite doznanie. Nauczył się patrzeć w wodzie nieograniczany przez niewygodny hełm, bez żadnego żelaza, mosiądzu i szkła. Patrzył swobodnie, a nie przez iluminator, wykorzystując teraz całe pole widzenia oczu.
Najwolniej i z największym strachem, sam – kto miałby mu w tym pomóc? – Ta
Po pierwszym wtargnięciu wody do ust tchawica zamknęła się odruchowo, język poszedł do tyłu, gardło zacisnęło się i zatarasowało drogę do żołądka i morska woda popłynęła nowymi kanałami, udrażniając sobie przepływ. Wkrótce przestał czuć smak soli. Strużki wody przechodziły przez niego, przez skrzela. „Dalijabber, psiakrew” – pomyślał zdumiony, że nie odczuwa potrzeby oddychania. Z przyzwyczajenia napełnił płuca przed zejściem pod wodę, ale za bardzo zwiększyło to siłę wyporu. Powoli, ze swego rodzaju perwersyjną paniką, wypuścił powietrze nosem i pożegnał się z nim bez żalu. Nic, zero zawrotów głowy, zero bólu, zero strachu. Tlen nadal docierał do krwi, którą bez ustanku pompowało jego serce.
W górze ziemiste ciała współobywateli Ta
Rozdział trzynasty
Silas i Bellis spędzili razem dwie noce.
W ciągu dnia Bellis wstawiała książki na półki, pomagała Szeklowi w czytaniu i opowiadała mu o parku Crooma, a czasem szła coś zjeść z Carria
Po drugiej nocy Silas zniknął. Ucieszyło to Bellis. Zaniedbywała książki Joha
Silasa nie było trzy dni.
Bellis kontynuowała penetrację Armady. Nareszcie wyprawiła się do najdalszych części miasta. Zobaczyła świątynie oparzeń w Cieplarni i posągowe tryptyki ustawione na kilku łodziach. W dzielnicy Tobietwój – mniej brutalnej i przerażającej, niż dawano jej do zrozumienia: okazało się, że jest to w gruncie rzeczy trochę przerysowane, pełne kupieckiej agresji targowisko – zobaczyła armadyjski szpital wariatów, ogromny gmach wyrastający z parowca, zlokalizowany w opinii Bellis dosyć okrutnie, bo obok nawiedzanej dzielnicy.
Niewielki wysyp łodzi z Niszczukowód, na skutek jakiegoś historycznego kaprysu oddzielonych od trzonu swej dzielnicy, tworzył swoisty bufor między okręgami Budy i Cieplarni. Tam Bellis znalazła liceum, którego laboratoria i sale lekcyjne schodziły stromo z burt statku, uwarstwione jak miasto na zboczu góry.
Armada posiadała wszystkie instytucje – edukacyjne, polityczne religijne – typowe dla miasta ze stałego lądu, tylko może bardziej estetyczne w formie. Jeżeli tutejsi naukowcy byli bardziej zahartowani od swoich lądowych kolegów i bardziej przypominali zbójców i piratów niż doktorów nauk, w niczym nie umniejszało to ich znajomości przedmiotu. Każdy okręg miał i
Armada była miastem z gruntu laickim, jej zaniedbane kościoły traktowano z równie małym nabożeństwem jak piekarnie. Istniały świątynie pod wezwaniem deifikowanego Crooma, pod wezwaniem księżyca i jego córek, w ramach dziękczynienia za pływy, czy pod wezwaniem morskich bogów.
Jeśli Bellis się zgubiła, wystarczyło wynurzyć się z gąszczu bocznych uliczek, spojrzeć do góry na zacumowane do masztów aerostaty i znaleźć „Arogancję”, wiszącą dostojnie nad rozjarzonym „Wielkim Wschodnim”. Była to jej latarnia morska, wedle której ustalała kurs powrotny.
Miasto roiło się od drewnianych tratw, długich i szerokich na dziesiątki metrów, idiotycznie zabudowanych domami. Cienkie jak igła okręty podwodne chwiały się na wodzie między barkentynami, a były też statki-rydwany pełne nor mieszkalnych hotchich. W tanich dzielnicach rozpadające się budynki porastały pokłady albo chybotały niebezpiecznie między rufami niewielkich łodzi. Były domy gier, więzienia i porzucone kadłuby statków.
Podniósłszy oczy ku horyzontowi, Bellis widziała morskie zaburzenia: kipiącą wodę i nie wiadomo czym wywołane kilwatery. Z reguły były to skutki wiatru i pogody, ale czasem wpadało jej w oko stadko morświnów, plezjaur, szyja morskiego wyrmena albo plecy stworzenia tak dużego i szybkiego, że nie potrafiła go rozpoznać. Życie wokół miasta.
Wieczorami Bellis patrzyła na wracające do miasta kutry rybackie. Czasem pojawiały się statki pirackie i były witane w portach Basilio albo Jeżowca – te motory napędowe gospodarki armadyjskiej jakimś szóstym zmysłem odnajdywały drogę do domu.
Armada była miastem galionów. Wyskakiwały znienacka w mało prawdopodobnych miejscach, ozdobne i budzące nie więcej uwagi niż rzeźbione kołatki na drzwiach domów w Nowym Crobuzon. Idąc między dwoma szeregówkami z cegły, Bellis nagle stawała twarzą w twarz z dostojną, skorodowaną kobietą – napierśnik zaśniedziały, malowane spojrzenie złuszczone i zmętniałe. Wisiała w powietrzu jak upiór, pod bukszprytem swego statku, który sterczał nad pokładem sąsiada i celował w jakąś uliczkę.
Były wszędzie. Wydry, smokowce, ryby, wojownicy i kobiety. Przede wszystkim kobiety. Bellis nie znosiła tych oczu bez wyrazu, tych pokrzywionych figur, kiwających się debilnie na skutek falowania morza, nawiedzających miasto jak banalne duchy.
W swoim pokoju skończyła Eseje o zwierzętach i wciąż nie miała pojęcia, na czym polega tajny projekt Armady.
Gdzie jest Silas i co robi? Nie była smutna ani zła, że go nie ma, tylko zaciekawiona i trochę sfrustrowana. W końcu Silas był jedyną osobą, którą od biedy mogła nazwać swoim sojusznikiem.
Wrócił wieczorem piątego lunuara.
Bellis go wpuściła. Nie dotknęła go ani on jej.
Był zmęczony i zgaszony. Włosy miał zmierzwione, ubranie zakurzone. Usiadł na krześle i zasłonił oczy dłońmi, mrucząc jakieś pozdrowienie, którego nie dosłyszała. Zaparzyła mu herbaty. Czekała, aż się odezwie, ale w końcu wróciła do lektury książki i do cigarillo.
Zrobiła kilka stron notatek, zanim przemówił.
– Bellis. Bellis. – Potarł oczy dłońmi i spojrzał na nią. – Muszę ci coś powiedzieć. Muszę powiedzieć ci prawdę. Ukrywałem przed tobą różne rzeczy. – Skinęła głową i zwróciła na niego wzrok. Oczy miał zamknięte. – Podsumujmy, co wiemy. Miasto zmierza na południe. „Sorgo”… Wiesz, do czego jest „Sorgo”? Tak samo jak i