Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 37 из 130

Ale chociaż ją to frustrowało, doskonale wyczuwała, że targają nim podobne konflikty wewnętrzne. Jej złość i jego złość – na Armadę – na to absurdalne życie – zlały się w jedność. Niezmiernie jej ulżyło i dało poczucie wyzwolenia, że może się podzielić nawet czymś tak zimnym jak to.

Jeszcze raz pocałowała go namiętnie, a on skwapliwie ten gest odwzajemnił. Kiedy opasał ją ramieniem i wplótł palce w jej włosy, odsunęła się i wzięła go za rękę. Pociągnęła go przez kręte alejki parku na zachód, ku swojemu domowi.

W jej pokoju Silas patrzył bez słowa, jak Bellis się rozbiera.

Przerzuciła spódnicę, koszulę, żakiet i majtki przez oparcie krzesła i stała naga w zmierzchającym świetle sączącym się przez okno, rozpuszczając upięte do góry włosy. Silas drgnął. Ubrania porozrzucał wokół siebie jak nasiona. Uśmiechnął się do niej znowu, a ona westchnęła i też się uśmiechnęła, nareszcie, bez zwyczajowego budowania dystansu, bodaj pierwszy raz od miesięcy. Towarzyszył temu niespodziewany atak nieśmiałości, który zgasił uśmiech.

Nie byli dziećmi. Nie robili tego po raz pierwszy. Nie było nieporadności ani paniki. Podeszła do niego i opasała go udami z wyćwiczonym wdziękiem i pożądaniem. Kiedy nadziała się na jego fiuta, a on wyzwolił przygwożdżone przez nią do ściany ręce, wiedział, jak ją poruszyć.

Było namiętnie; bez miłości, ale nie bez radości; z pełną świadomością, ale i zaangażowaniem. Przywróciło to uśmiech na jej twarzy. Jęczała i szczytowała wielką erupcją ulgi i rozkoszy. Kiedy położyła się na wąskim łóżku, nauczywszy go, jak lubi się pieprzyć, i poznawszy jego upodobania, spojrzała na niego. Miał zamknięte oczy i był zlany potem. Dokonała autoinspekcji, która potwierdziła, że nadal jest samotna, a miasto budzi w niej taką samą jak dotychczas odrętwiałość. Byłaby zdumiona, gdyby jej wynik był i

Ale jednak, ale jednak. Mimo wszystko. Jeszcze raz się uśmiechnęła. Było jej lepiej.

Przez trzy dni Ta

Trzy dni. Od czasu do czasu napierał na pasy i przesuwał się parę centymetrów w lewo lub w prawo.

Głównie jednak pływał w żarłocznych eterycznych snach. Chorurg miał dobre serce i utrzymywał najwyższy bezpieczny poziom zanarkotyzowania, toteż Ta

Przed zabiegiem Ta

Chorurg wytłumaczył mu jednak łagodnie, że bez niektórych procedur obejść się nie można. Operacja obejmuje na przykład przemieszczenie jego wnętrzności na poziomie najmniejszych części składowych. Ta

Ta

W pierwszy dzień, kiedy Ta

Porobił głębokie nacięcia z boku szyi Ta

Stale uważając, aby Ta

Dołożył do ognia napędzającego pokaźną maszynę analityczną. Karmił ją kartami perforowanymi, gromadząc dane. W końcu obok stołu operacyjnego wtoczył zbiornik z poddanym działaniu silnych środków uspokajających dorszem i połączył znieruchomiałą rybę z ciałem Ta

Rozcieńczone homeomorficzne chymikalia przepływały ze skrzeli za do poszarpanych ran Ta

Przez większość nocy w delikatnie rozkołysanej przychodni scena ta powtarzała się. Chorurg podrzemywał, co jakiś czas sprawdzając stan Ta

W tych godzinach Ta

Po wschodzie słońca chorurg odpiął Ta

Zanim Ta

A potem Ta

Z początku ciekła ślamazarnie, niosąc ze sobą krew, brud i tkankę łączną. A potem woda zaczęła się oczyszczać, a skrzela kurczyć i rozkurczać, emitując miarowe chlusty.

Ta

Obudził się później, zbyt zamroczony, aby zrozumieć, co się wydarzyło, ale zarażony entuzjazmem chorurga. Gardło strasznie go bolało. Znowu zasnął.

Mieli za sobą zdecydowanie najtrudniejszą fazę. Chorurg odciągnął powieki Ta

Wreszcie chorurg dokonał nieporównanie najłatwiejszej, chociaż najbardziej widocznej zmiany. Między palcami Ta

Następnie wykąpał Ta

Czwartego dnia Ta

Zacisnął nowe dłonie. Mrugnął powoli i zobaczył, że przed opadnięciem powieki przesunęło mu się przez pole widzenia coś półprzezroczystego. Odetchnął głęboko zmaltretowanymi przez wodę płucami i zakasłał. Zabolało, zgodnie z ostrzeżeniami chorurga.

Mimo bólu, osłabienia, głodu i niepewności Ta

Kiedy wszedł chorurg, Ta

– Panie Sack – powiedział chorurg. Ta

Po tych słowach – nie mogli się powstrzymać i nie próbowali – ryknęli śmiechem, chociaż sprawiło to Ta

Po powrocie do domu, po ostrożnym przejściu dolinami Książkowic i Niszczukowód, zastał Szekla czekającego w pokojach, które nigdy wcześniej nie były takie wysprzątane.

– Doskonała robota, chłopie – powiedział onieśmielony.

Szekel chciał uściskać go na powitanie, ale Ta

Czuł. Pełzali na południe z prędkością niemal geologiczną, ale holowanie trwało już dwa tygodnie. Przemieścili się może o pięćset mil morskich – pokonali tę niemałą przecież odległość ruchem tak powolnym, że niezauważalnym – i zima dogorywała, bo zbliżali się do pasa umiarkowanego morza i powietrza.