Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 23 из 130

Jeśli uznali, że nie można, zastanawiali się, co w takim razie z nim zrobić.

Bellis przybyła do „Czasu Niezrealizowanego” z makijażem i włosami sponiewieranymi przez wiatr. Kelner przywitał się z nią uprzejmie, a ona wytrzeszczyła oczy, zaskoczona takim traktowaniem. „Jakby był prawdziwym kelnerem, w prawdziwej restauracji, w prawdziwym mieście” – pomyślała.

„Zapleciony Język” był dużym, wiekowym statkiem. Upakowano na nim tyle budynków, tak gruntownie go przerobiono, tyle przy nim majstrowano, że nie dało się powiedzieć, do jakiego typu jednostek pływających kiedyś się zaliczał. Od stuleci stanowił część Armady. Przedni kasztel pokrywały ruiny: stare świątynie z białego kamienia, w znacznej części skruszonego lub sproszkowanego. Ruiny były porośnięte bluszczem i pokrzywami, które nie odstraszały jednak miejscowych dzieci.

Na ulicach „Zaplecionego Języka” widziało się dziwne kształty, bryły nieokreślonych substancji ocalonych z morza i walających się po kątach, jakby o nich zapomniano.

Restauracja była mała, nagrzana i urządzona w boazerii z ciemnodrzewu, z zajętą połową stolików. Okna wychodziły na pas keczów i kajaków w dokach Portu Jeżowca, drugiego portu Armady.

Bellis z ukłuciem w sercu zobaczyła, że u sufitu restauracji wiszą sznury papierowych lampionów. Ostatnim tak przystrojonym lokalem, który widziała, był „Zegar i Kogucik” na Polach Salacusa w Nowym Crobuzon.

Musiała potrząsnąć głową żeby wytrzepać z niej gryzącą melancholię.

Przy stoliku w rogu Joha

Przez jakiś czas siedzieli bez słowa. Joha

Ze zdumieniem zobaczyła, że stojąca na stole butelka czerwonego wina to stary rocznik galaggi, House Predicus 1768. Spojrzała na Joha

– Pomyślałem, że powi

Wino było wyśmienite.

– Dlaczego zostawili mnie… nas… samym sobie? – spytała Bellis. Żebyśmy sobie radzili? Albo zdechli? – Pojadała potrawę z ryb i gorzkich liści hodowanych na statkach. – Wydaje mi się nierozsądne, żeby wyrwać kilkaset osób z ich życia, a potem puścić samopas tutaj…

– Nie puścili nas samopas – zareplikował Joha

– To co? – Bellis chciała, żeby dokończył. – Jak kapitana?

– Nie, nie, nie – zaprzeczył szybko Joha

– Na jakiś czas.

– Tak. Nie twierdzę, że to jest dokładnie to samo. Wielka różnica polega na tym, że kiedy skaptuje cię Armada, nie możesz odejść.

– Słyszałam to tysiące razy, ale co z flotą Armady? Co z żyjącymi pod wodą rakami? Myślisz, że nie mogą uciec? Zresztą, gdyby to była prawda, gdyby ludzie nie mieli możliwości wyjechać, tylko rdze

– Masz rację – odparł Joha

Ale fakt jest taki, że załogi są wybierane według dwóch kryteriów – pierwsze to lojalność, a drugie – że jeśli rzeczywiście zdezerteruje nie będzie to miało znaczenia. Przede wszystkim prawie wszyscy urodzili się w mieście: uprowadzeni rzadko otrzymują patent. Tacy jak ja nie mogą liczyć na to, że dostaną się na taki statek. Większość porwanych nie wychyli nosa poza granice Armady.

– Pomyśl jednak, kogo porywają, Bellis. Trochę marynarzy, to na pewno, trochę „konkurencyjnych” piratów, paru kupców. Ale Armadyjczycy spotykają na swej drodze mnóstwo statków. Myślisz, że atakują wszystkie? Porywają przede wszystkim takie statki jak… Terpsychoria”. Przewożące niewolników. Albo transportujące prze-tworzonych do kolonii. Albo statki-więzienia. Albo z jeńcami woje

„Do jasnej cholery – pomyślała Bellis – skąd o tym wiesz, na Jabbera?”

– Co z takimi jak ty i ja? – kontynuował Joha

„Być może większość, ale nie wszyscy” – pomyślała Bellis. „A jeśli koniecznym warunkiem popuszczenia nam smyczy jest zadowolenie z życia tutaj, to przecież bardzo łatwo mogą się pomylić w ocenie”.

– Nie sądzę – stwierdził Joha

Wielu ma rodziny, które na nich czekają. To oni najprędzej odmówią pogodzenia się z faktem, że to jest ich nowy kraj.

„Tylko oni?” – pomyślała Bellis, której zrobiło się gorzko w gardle.

– Więc co z nimi będzie? – spytała wyzutym z emocji głosem. – Podzielą los kapitana? Cumbershuma?

– Słyszałem… – wzdrygnął się Joha

Jego mina miała w sobie coś wazeliniarskiego i przymilnego. Bellis, która czuła się coraz bardziej obco, zdała sobie sprawę, że jest sama.

Przyszła tutaj z myślą, że może uda się porozmawiać z Joha

Joha

„Jak oni to osiągnęli?” – pomyślała. „Co on robi?”.

– Co jeszcze słyszałeś? – spytała po dłuższej chwili lodowatego milczenia.

– Z wielką przykrością się dowiedziałem, że wśród tych, którzy zaraz po przyjeździe padli ofiarą chorób, był Mollificatt – powiedział z autentycznie smutną miną. Skundlona i zmie

– Doszły mnie pogłoski, że nasz nowy towarzysz podróży, pan Fe

Bellis wywinęła oczami do nieba.

„Nie mogę tego słuchać” – pomyślała Bellis, która odzywała się tylko dla zachowania pozorów, że uczestniczy w tej rozmowie. Czuła się samotna. „Pikantne tajemnice i frazesy. Co jeszcze usłyszę?” – zastanawiała się z pogardą, kiedy Joha

Tego wieczoru Joha

– Skąd o tym wszystkim wiesz, Joha

Joha

– Bellis… – Zwykłe restauracyjne odgłosy dokoła zdawały się bardzo głośne. – Bellis… Czy mogę ci to powiedzieć w zaufaniu? – Westchnął i podniósł na nią wzrok. – Pracuję dla Kochanków. Nie w dzielnicy Niszczukowody, tylko bezpośrednio dla nich. Mają zespół badawczy, który pracuje nad… – Pokręcił głową i uśmiechnął się zachwycony. – Nad absolutnie niezwykłym projektem. Wyjątkowa okazja. Zaprosili mnie, abym do nich dołączył, ze względu na moje dotychczasowe dokonania. Czytali niektóre moje prace i uznali, że chcą, abym z nimi pracował.

Zdała sobie sprawę, że Joha

– To są taumaturgowie, oceanolodzy, biolodzy morscy. Do zespołu należy człowiek, który brał udział w napadzie na „Terpsychorię”

– Uther Doul. To on wszystkim zawiaduje. Jest filozofem. Realizowanych jest wiele różnych projektów. Z kryptogeografii, teorii prawdopodobieństwa i z tego, nad czym ja pracuję. Człowiek, który stoi na czele tego projektu, jest fascynujący. Był w komitecie powitalnym: wysoki starzec z brodą.