Страница 110 из 130
Stała wśród tłumu, który zebrał się po to, żeby popatrzeć na dziurę w panoramie miasta. Gwardziści z początku usiłowali zatarasować gapiom drogę, ale dali za wygraną widząc, ilu ich jest.
Bellis mogła teraz poruszać się swobodniej. Nadal krzywiła się z bólu, kiedy ktoś dotknął ją w plecy, ale krwawienie ustało. Niektóre z mniejszych strupów zaczęły strzępić się po bokach. Trzymała się na skraju tłumu.
– Hedrigall… odleciał sam.
Wszyscy to mówili.
Im bardziej Armada zagłębiała się w Ukryty Ocean, z tym większą trudnością nadążały za nią statki. Płynęły jej tropem niby wylęknione kaczuszki, a te, które przywiązano do miasta, zgasiły silniki, nieznacznie zwiększając obciążenie awanka.
Na drugi dzień po rozmowie z Carria
Miasto miało po nie wrócić w ciągu miesiąca, góra dwóch.
A gdyby nie wróciło? Wtedy miały uznać się za wolne. Decyzja taka zapadła bez przeszkód, a jej konsekwencje nie zostały przedyskutowane.
Bellis oglądała z okna rejteradę armadyjskich statków. I
Armadyjczycy nigdy wcześniej nie widzieli swego miasta bez aureoli statków. Zgromadzili się na krawędzi miasta, żeby popatrzeć na morze. Pustka była przytłaczająca. Ale nawet te bezkresne połacie wody tak ich nie zaniepokoiły jak ucieczka Hedrigalla.
Nikt niczego nie widział. Nikt niczego nie słyszał. „Arogancja” wymknęła się potajemnie. Dla Niszczukowód była to szokująca strata.
„Jak to możliwe?” – pytali ludzie. Sterowiec był uszkodzony, a Hedrigall uchodził za stuprocentowo lojalnego.
– Miał wątpliwości – powiedział Ta
Ta
Wyobraził sobie, jak Hedrigall naprawia po godzinach zepsute silniki „Arogancji”. Wszyscy wiedzieli, że Hedrigall jest samotnikiem i że spędza na pokładzie „Arogancji” znacznie więcej czasu, niż potrzeba. Czy rozprostował pręty w jej płetwach? Czy sprawdził tłoki, które od dziesięcioleci ani drgnęły?
„Od jak dawna to planowałeś, Hedrigall?” – pomyślał Ta
Nie mógł ujawnić się ze swoimi zastrzeżeniami? Czyżby uważał, że nie ma sensu choćby spróbować powalczyć o swoje miasto? Czyżby przestał uważać je za swoje?
„Gdzie teraz jesteś, chłopie?”.
Ta
Był to rodzaj samobójstwa. Hedrigall nie mógł zgromadzić dostatecznej ilości paliwa, żeby dotrzeć do stałego lądu, bez szans. Gdyby doleciał do czekającej floty armadyjskiej, to by go spytali, dlaczego opuścił miasto, dlatego na pewno starał się ich ominąć.
Na pewno mógł liczyć na pomoc wiatrów. Komory gazowe były bardzo mocne, mogły utrzymać go w powietrzu przez wiele lat. „Ile jedzenia zmagazynowałeś, chłopie?” – zastanawiał się Ta
Przed oczyma stanął mu następujący obraz: „Arogancja” przez całe lata dryfuje kilkaset stóp nad wodą, a w kabinie kapitana powoli rozkładają się zwłoki Hedrigalla. Niesiony przez wiatr grobowiec.
A może zdoła przeżyć. Może przez właz drzwi „Arogancji” wystawi absurdalnie wielką wędę. Ta
Oto Hedrigall siedzi na krawędzi włazu, fika nogami jak dziecko i wciąga ryby. Gumowate istoty trzepoczą po drodze do góry, toną w powietrzu i docierają do Hedrigalla dawno zdechłe. Mógł tak żyć przez wiele lat, miotany wiatrami po całym świecie. Wessany przez wieniec wiatrów okrążających Wezbrany Ocean, lata w kółko, starzeje się, na skutek monodiety dostaje osteoporozy, skóra mu się marszczy, a kolce siwieją. Samotność odbiera mu rozum. Hedrigall mówi do portretów i heliotypów wiszących na ścianach „Arogancji”.
Aż tu pewnego dnia los wypycha go z tego szerokiego pasa wiatru, aerostat mknie na południe, na północ czy licho wie dokąd i pewnego dnia na horyzoncie pojawia się ląd.
Hedrigall leci nad górami, zrzuca kotwicę, zahacza się o drzewo schodzi na dół. Znowu czuje grunt pod stopami.
„Czy szukanie Blizny to jest aż tak kurewsko zły plan, Hedrigall?”
Ta
„Powodzenia, kolego” – powiedział po pewnym czasie, z wahaniem unosząc dłoń i kiwając głową. „Nie potrafię źle ci życzyć”.
Władcy Niszczukowód poczuli się skarceni. Hedrigall uchodził za lojalnego obywatela i jego odlot wzbudził bezprecedensową falę dyskusji, niepewności i krytyki projektu Kochanków.
Kilka kilometrów pod powierzchnią morza awank kontynuował swoją podróż. Tylko nieznacznie zwolnił po wpłynięciu na nowe wody.
Ta
Ta
Żyło się teraz spokojniej, mniej ludzi i mniej rzeczy odwracało uwagę Ta
Rzecz jasna, farmerzy nadal dbali o swoje rośliny i trzody, nad i pod wodą, i zbierali plony, kiedy przyszła pora żniw. Wciąż były do wykonania tysiące drobnych prac naprawczych i konserwacyjnych. Wewnętrzna machineria miasta nadal się kręciła: piekarze, lichwiarze, kucharze i aptekarze wystawiali szyldy i brali pieniądze. Do tej pory Armada była jednak miastem zorientowanym na zewnątrz, na piractwo, na handel. Teraz działalność portowa – ładunek, wyładunek, sztauerka, klarowanie i taklowanie – pogrążyła się w zastoju.
Ta
– Wskakuj, Szek – powiedział.
Miał świadomość rozprzestrzeniającego się po całej Armadzie nacięcia, niepewności, jakby Hedrigall w chwili odlotu rozlał za sobą truciznę. Ta
Za narastającymi obawami ludzi kryły się też i
Będąc w wodzie, Ta
Szekel naciągnął na oczy ciężką maskę i trzymał głowę pod powierzchnią do momentu, gdy kiepsko przylegająca uszczelka zaczęła wpuszczać wodę. Razem z Ta
Kiedy Szekel i Ta