Страница 22 из 101
ROZDZIAŁ 7
5 marca 1997 roku
godzina 7.25
Nowy Jork
Tanie czerwone wino i krótki sen zdecydowanie spowolniły ra
Pierwszy punkt porządku dzie
Podszedł do Vi
Jack pociągnął w dół górną krawędź gazety, odsłaniając przed światem twarz młodego człowieka o wybitnie włoskich rysach. Miał dwadzieścia kilka lat, blisko trzydzieści, był mało imponującej budowy, ale przystojny. Jego ciemne, gęste włosy budziły zawsze zazdrość Jacka. On sam zauważył z niepokojeni, że w ostatnim roku nie tylko posiwiał, ale na czubku głowy pojawiły się także pierwsze oznaki łysiny.
– Hej, Einstein, co tam pora
Vi
– Nie wiem – krótko stwierdził Vi
Jack zmarszczył czoło. Vi
– Niczego nie napisali? – zapytał z niedowierzaniem Jack. Był naprawdę zaskoczony. Sądził, że media urządzą sobie ostre strzelanie ich kosztem. Nie co dzień zdarzało się przecież, żeby z kostnicy znikało ciało, i to tak sławne. Kłopoty biurokracji miejskiej zawsze były wdzięcznym tematem dla prasy.
– Nie zauważyłem – odparł Vi
Jack pokręcił głową. Był szczerze zdziwiony i ciekawy, jak Harold Bingham, główny inspektor Zakładu Medycyny Sądowej, zdołał nakłonić prasę do milczenia. W chwili kiedy miał zamiar odwrócić się na pięcie i odejść, w oczy wpadł mu tytuł z pierwszej strony gazety trzymanej przez Vi
Jack wyrwał całą gazetę z rąk Vi
– Hej, co jest! – zawołał tamten zaskoczony.
Jack złożył gazetę, a następnie odwrócił tak, że Vi
– Zdawało mi się, że według ciebie niczego w gazecie nie napisali – zauważył Jack.
– Nie powiedziałem, że nie napisali, tylko że nie zauważyłem – przypomniał Vi
– Na miłość boską, przecież to jest na pierwszej stronie! – Jack w podnieceniu wskazał wielkie litery kubkiem z kawą.
Vi
– No co ty! – rzucił coraz bardziej poirytowany Vi
– Zaczynasz mnie zastanawiać – stwierdził Jack. – Znam cię i jestem pewien, że ten artykuł przeczytałeś jeszcze w metrze. O co chodzi, Vi
– O nic! Po prostu zacząłem od wiadomości sportowych.
Jack przez moment dokładnie przyglądał się twarzy Vi
– Jesteś chory? – zapytał żartobliwym tonem Jack.
– Nie! – sapnął Vi
Jack oddarł stronę z wiadomościami sportowymi i podał ją Vi
Do pokoju wpadła Laurie i od razu przerwała Jackowi. Zdejmując płaszcz, wyraziła nadzieję, że Jack czuje się lepiej niż ona.
– Prawdopodobnie nie – przyznał Jack. – Kupiłem tanie wino. Przepraszam.
– Ale i pospaliśmy ledwie pięć godzin. Wstawanie było prawdziwą makabrą. – Przewiesiła płaszcz przez oparcie krzesła. – Dzień dobry, Vi
Vi
– Gniewa się, bo mu podarłem gazetę – wyjaśnił Jack. Wstał, ustępując miejsca Laurie. W tym tygodniu na niej spoczywał obowiązek rozdziału pracy, w tym przydzielania poszczególnych autopsji patologom. – Czołówka i artykuł redakcyjny poświęcone są Franconiemu.
– Nie dziwi mnie to. We wszystkich lokalnych wiadomościach trąbili o tym cały dzień i słyszałam, że zapowiadali Binghama w "Dzień dobry, Ameryko".
– Ma teraz pełne ręce roboty – przyznał Jack.
– Zaglądałeś do dzisiejszych spraw? – zapytała Laurie. Spojrzała na stos około dwudziestu teczek osobowych.
– Dopiero co przyszedłem – odpowiedział Jack i wrócił do lektury. Po chwili odezwał się, komentując przeczytany fragment. – O, to jest dobre! Twierdzą, że my i policja uknuliśmy spisek. Według nich świadomie pozbyliśmy się ciała, bo było to korzystne dla policji. Możesz sobie to wyobrazić? Ci dzie
– To społeczeństwo cierpi na paranoję – stwierdziła Laurie. – Media dają jedynie to, co ludzie chcą otrzymać. Ale taka szalona teoria utwierdza mnie w przekonaniu, że powi
– A miałem nadzieję, że po zarwanej nocy zmieniłaś zdanie i zrezygnowałaś z wyprawy po prawdę – mruknął Jack, nie przerywając lektury.
– W żadnym wypadku – odparła Laurie.
– To idiotyczne! – zawołał, uderzając ręką w gazetę. – Najpierw sugerują, że jesteśmy odpowiedzialni za zniknięcie ciała, a teraz utrzymują, że gangsterzy na pewno pogrzebali szczątki w dzikich okolicach Westchester, więc nigdy już nie zostaną odnalezione.
– W tym fragmencie mają chyba rację – uznała Laurie. – Chyba że ciało wypłynie po wiose
– Rany, co za bzdury! – skomentował Jack po przeczytaniu całego artykułu. – Masz, chcesz przeczytać? – podsunął Laurie pierwszą stronę gazety.
Machnęła od niechcenia ręką.
– Dziękuję, ale przeczytałam już wersję "Timesa". Była wystarczająco złośliwa. Nie muszę już zapoznawać się z punktem widzenia "New York Post".
Jack podszedł do Vi
– Jesteś dzisiaj okropnie drażliwy – powiedział do niego Jack.
– To zostaw mnie w spokoju – zaproponował sucho Vi
– Ho, ho, uważaj, Laurie! Zdaje się, że Vi
– U-ha – odezwała się Laurie. – Mamy tu tego "topielca", o którym wspomniał wczoraj Mike Passano. Komu powi
– Daj go mnie – zaoferował się Jack.
– Nie rusza cię? – zapytała. Sama bardzo nie lubiła topielców, szczególnie jeśli dłużej leżeli w wodzie. Taka autopsja była zwykle bardzo nieprzyjemną i trudną pracą.
– Ech – odparł Jack. – Jak się przyzwyczaisz do zapachu, to palce lizać.
– Błagam – mruknęła Laurie. – To obrzydliwe!
– Poważnie. Topielcy stanowią zazwyczaj prawdziwe wyzwanie. Wolę takich niż z postrzałem.
– Ten to jedno i drugie – stwierdziła i przypisała Jacka do topielca.
– Uroczo! – uznał Jack. Podszedł do biurka i zajrzał Laurie przez ramię.
– Strzał oddany w górną prawą część ciała, przypuszczalnie z bliskiej odległości.
– Brzmi coraz ciekawiej. Jak się nazywa ofiara?
– Nie wiemy. Prawdę powiedziawszy, to część twojego zadania. Głowa i ręce zniknęły.
Wręczyła Jackowi teczkę osobową. Oparł się o krawędź biurka i zaczął przerzucać jej zawartość. Nie było tego dużo. To, co znalazł, pochodziło od asystentki z ich dochodzeniówki, Janice Jaeger.
Janice podała, że ciało zostało znalezione w Atlantyku niedaleko Coney Island. Przypadkowo trafiła na nie łódź patrolowa straży przybrzeżnej, która zaczaiła się na spodziewanych przemytników narkotyków. Straż wypłynęła w morze po otrzymaniu anonimowego cynku. Łódź stała nieruchomo na wodzie z wyłączonymi światłami i włączonym radarem i dosłownie uderzyła w ciało. W pierwszej chwili przypuszczali, że to informator, którego handlarze nakryli i zostawili straży jako cały łup.
– Niewiele tego – powiedział Jack.
– Na szczęście ty lubisz trudne zadania – dokuczyła mu z uśmiechem Laurie.
Jack ruszył do windy.
– Chodź, zrzędo! – zawołał Vi
– Jezu – stęknął Jack, wylewając kawę z kubka. – Powinieneś spróbować sił w nowojorskich Gigantach [5] .
[5] New York Giants (ang.) – drużyna futbolu amerykańskiego (przyp. tłum.)