Страница 43 из 61
XXVII
Marek zdumiał się, widząc, jak nazajutrz rano Łukasz stawia na stole obok filiżanki kawy talerz homarców, które dla niego zostawił.
– Wyglądasz na trochę niewyspanego – powiedział.
– Da się wytrzymać – odparł Łukasz, krzywiąc się z lekka. – Mam mocną głowę.
– Cieszę się – powiedział Marek. – Chociaż pewnie nie tak bardzo jak ty.
– Bardzo zabawne – mruknął Łukasz. – Doskonałe homarce, Mareczku. Potrafisz wybierać dobre sklepy. Następnym razem zorganizuj nam łososia.
– Jak tam twój weteran? Dowiedziałeś się czegoś? – zainteresował się Marek.
– Fantastyczny. Umówiłem się z nim na środę, około ósmej. Niewiele więcej zapamiętałem.
– Zamknijcie się teraz – powiedział nagle Marek. – Zbieram informacje.
– Słuchasz dzie
– Chcę wiedzieć, jak rozwija się sztorm w Bretanii.
Marek uwielbiał burze i sztormy, chociaż zdawał sobie sprawę, że to dość banalna pasja. Ale przynajmniej łączyło go to z Aleksandrą. A nawet jedno wspólne hobby to więcej niż nic. Wspomniała, że lubi wiatr. Postawił na stole małe radio, upstrzone białą farbą.
– Kiedy będziemy duzi, kupimy sobie telewizor – oświadczył Łukasz.
– Zamknijcie się, do pioruna!
Marek zrobił głośniej. Łukasz potwornie hałasował, usuwając pancerze z homarców.
Trwał dzie
Marek prawie uderzył pięścią w radio i z przerażeniem w oczach spojrzał na Mateusza.
– Co się stało? – zapytał Łukasz.
– Przecież to ten facet, który tu wczoraj był! – wrzasnął Marek. – Zbrodnia polityczna, zawracanie dupy!
– Nie mówiłeś mi, jak się nazywa – szepnął Łukasz.
Marek pędził na poddasze, przeskakując po kilka stopni. Vandoosler, który obudził się już dawno, stał przy stole, czytając.
– Zamordowali Dompierre’a! – wydyszał Marek, któremu brakło tchu.
Vandoosler odwrócił się powoli.
– Usiądź – polecił. – Opowiadaj.
– Nic więcej nie wiem – krzyknął wciąż zadyszany Marek. – Usłyszałem to w radiu. Zabili go i tyle! Zabili! Znaleziono go rano na parkingu hotelowym.
– Co za dureń! – wrzasnął Vandoosler, uderzając pięścią w stół. – Tak to się kończy, kiedy ktoś próbuje samotnie rozpracować zbrodnię! Głupiec dał się szybko załatwić. Co za dureń!
Marek rozpaczliwie kręcił głową. Czuł, że drżą mu ręce.
– Może i był durniem – powiedział – ale natrafił na coś ważnego. Teraz to już pewne. Musisz zawiadomić o wszystkim Legue
– Tak, trzeba powiadomić Legue
Marek jęknął.
– Przecież obiecaliśmy Dompierre’owi, że będziemy milczeli. Co mogliśmy zrobić?
– Wiem, wiem – rzekł Vandoosler. – Dlatego najpierw musimy uzgodnić parę szczegółów: po pierwsze to nie ty pobiegłeś za Dompierre’em, tylko on zapukał do twoich drzwi, bo jesteś sąsiadem Relivaux. Po drugie tylko ty, święty Mateusz i święty Łukasz wiedzieliście o jego wizycie. Ja o niczym nie miałem pojęcia, nie wspomnieliście mi o nim. Dopiero dziś rano dowiedziałem się o całej tej historii. Trzyma się kupy?
– Jasne! – krzyknął Marek. – Wymigaj się! My będziemy się wić jak węgorze w sieci Legue
– Czyżbyś nic z tego nie zrozumiał, młody Vandooslerze? Nie zależy mi na spokoju! Przesłuchanie i złość Legue
Marek pokiwał głową. Chwytał. Tylko że dławiło go w gardle. „Ani ziębi, ani grzeje”. To zdanie chrzestnego coś mu przypominało. Tak, tamtą noc, kiedy wciągali Łukasza do domu. Mateuszowi było ciepło, a on, chociaż miał na sobie piżamę i sweter, marzł. Niesamowity myśliwy-zbieracz. Ale to nieważne. Zofia została zamordowana, teraz zginął Dompierre. Komu Dompierre podał adres hotelu? Wszystkim. Im, tym z Dourdan i pewnie wielu i
– Idę – powiedział. – Uprzedzę Legue
– Tak. Łukasz zgubił ołowianego żołnierzyka. Utknął między brukiem.