Страница 26 из 61
XVIII
Aleksandra skrzyżowała długie, smukłe nogi, siadając po turecku na łóżku, i ukryła twarz w dłoniach. Nadal nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. Domagała się wciąż nowych szczegółów, czegoś, co by ją przekonało. Była siódma wieczorem. Legue
– Dlaczego pojechał pan aż do Maisons-Alfort? – zapytała Aleksandra. – Musiał pan coś wiedzieć?!
– Nic – zapewnił Legue
– Legue
Legue
– Przecież się staram, ale pani Haufman chciała mieć pewność.
– Proszę mówić dalej, panie inspektorze – odezwała się słabym głosem Aleksandra. – Chcę wiedzieć jak najwięcej.
Twarz dziewczyny była zmieniona, oczy i policzki zaczerwienione od łez, czarne włosy wzburzone i sztywne od ciągłego rozgarniania wilgotnymi dłońmi. Marek pragnął osuszyć ślady łez, wygładzić czarne włosy. Ale przecież nie mógł zrobić nawet tego.
– Laboratorium bada szczątki, ale upłynie kilka dni, zanim otrzymamy wyniki. Już teraz wiemy, że zwęglone zwłoki należą do osoby drobnej, co wskazuje na kobietę. Zbadano wrak samochodu, ale nie zostało nic, nawet strzęp ubrania, żaden przedmiot, dosłownie nic. Pożar podsyciły litry benzyny, którą obficie polano nie tylko ciało, ale także cały samochód, a nawet ziemię wokół niego i fasadę sąsiedniego domu, na szczęście – opuszczonego. Nikt już nie mieszka na tej uliczce. Ma być wyburzona i tylko kilka starych samochodów rdzewieje tam, dokonując żywota i od czasu do czasu dając nocne schronienie kloszardom.
– Sugeruje pan, że miejsce zostało stara
– Tak. Ponieważ zanim wezwano straż, ogień zdążył zrobić swoje.
Inspektor Legue
– Co dalej? – zapytała.
– Pod stopami ofiary znaleziono dwie grudki stopionego złota, przypuszczalnie bransolety lub łańcuszek. Zatem był to ktoś na tyle zamożny, że nosił złotą biżuterię. Na tym, co zostało z przedniego siedzenia, leżał kamyk – mała, czarna bryłka bazaltu, zapewne jedyna rzecz, jaka oparła się wysokiej temperaturze. Znajdował się w spalonej torebce, która spoczywała na prawym przednim siedzeniu, obok kierowcy. Nic więcej. Powi
– Oczywiście – wtrąciła Aleksandra, słabo się uśmiechając. – Moja babka panicznie bała się, że zgubi klucze, dlatego nauczyła nas wszystkich chować je po wiewiórczemu. Żadne z nas nie nosi przy sobie kluczy.
– Aha – mruknął Legue
Aleksandra wyciągnęła rękę ku torebce.
– Ciotka Zofia znalazła go na greckiej plaży dzień po pierwszym scenicznym sukcesie – wyszeptała. – Nigdy bez niego nie wychodziła. Zresztą to drażniło Piotra. Nas po prostu bawiło, ale w końcu to ten mały kamyk… Pewnego dnia wyjechali do Dordogne i musieli zawrócić, chociaż byli już ponad sto kilometrów od Paryża, bo Zofia zapomniała zabrać kamyk. To prawda, że zawsze nosiła go w torebce albo w kieszeni płaszcza. Na scenie, bez względu na krój kostiumu, żądała, aby wszyto małą wewnętrzną kieszonkę, gdzie mógłby się zmieścić. Nie zaśpiewałaby, nie mając go przy sobie.
Vandoosler westchnął. Jacyż ci Grecy bywają nieznośni.
– Kiedy zakończy pan śledztwo – ciągnęła półgłosem Aleksandra – to znaczy… jeżeli nie będzie pan musiał go zatrzymać… bardzo chciałabym go dostać. Oczywiście, jeżeli wuj Piotr…
Aleksandra zwróciła torebkę inspektorowi Legue
– Na razie musimy go oczywiście zatrzymać. Natomiast Piotr Relivaux nie wspominał, że chciałby go odzyskać.
– Jakie wnioski wysnuła dotąd policja? – zapytał Vandoosler.
Aleksandra lubiła, kiedy do rozmowy włączał się ten stary policjant; jeśli dobrze zrozumiała – wuj albo chrzestny chłopaka w czerni, z sygnetami na palcach. Choć nie do końca ufała byłemu komisarzowi, jego głos uspokajał i dodawał otuchy. Ale tylko wtedy, gdy Vandoosler nie mówił nic szczególnego.
– Może przejdziemy do sąsiedniego pokoju? – zaproponował Marek. – Moglibyśmy się czegoś napić.
Wszyscy w milczeniu przeszli do dużego pokoju, a Mateusz sięgnął po marynarkę. Musiał wkrótce wyjść do pracy w Le To
– Julia nie zamknęła restauracji? – zapytał Marek.
– Nie – odpowiedział Mateusz. – Ale będę musiał pracować za dwoje, bo ona ledwie trzyma się na nogach. Przed chwilą, kiedy Legue
Legue
– Ludzie domagają się wyjaśnień – powiedział – i nic w tym dziwnego. Potem mdleją i w tym również nie ma niczego dziwnego.
– Do zobaczenia wieczorem, święty Mateuszu – powiedział Vandoosler. – Zajmij się Julią. Legue
– Pani Simeonidis została odnaleziona dwa tygodnie po zniknięciu. Nie muszę ci mówić, w jakim stanie były zwłoki. Zwęglone, nie można ustalić, kiedy nastąpiła śmierć. Może zamordowano ją dwa tygodnie temu, a potem ukryto zwłoki w porzuconym samochodzie, ale niewykluczone, że stało się to ostatniej nocy. Co robiła w takim razie przez ostatnich czternaście dni i dlaczego? Równie dobrze mogła sama przyjść w zaułek. Czekała tam na kogoś i dała się schwytać w pułapkę. Ze względu na stan ulicy trudno cokolwiek ustalić. To tylko zgliszcza i ruiny. Prawdę mówiąc, śledztwo zapowiada się na wyjątkowo trudne. Mamy słabe punkty zaczepienia. Wyjście od pytania „jak” jest chwilowo niemożliwe. Ustalenie alibi obejmującego całe dwa tygodnie odpada. Dowody rzeczowe praktycznie nie istnieją. Pozostaje nam wyjście od pytania „dlaczego?” i wszystko, co się z tym wiąże. Spadkobiercy, wrogowie, kochankowie, śpiewacy i każdy, kogo rutynowo uwzględnia się w kręgu podejrzanych.
Aleksandra odsunęła pustą filiżankę i wyszła z „refektarza”. Jej synek rysował, siedząc przy biurku na piętrze Mateusza. Po chwili wróciła, prowadząc go za rękę, i zabrała z pokoju żakiet.
– Wychodzę – poinformowała czterech siedzących przy stole mężczyzn. – Nie wiem, kiedy wrócę. Nie czekajcie na mnie.
– Zabiera pani małego? – zapytał Marek.
– Tak. Gdybym wróciła późno, Cyryl zaśnie na tylnym siedzeniu samochodu. Nie martwcie się o mnie, muszę się przewietrzyć.
– Samochód? Jaki samochód? – zdziwił się Marek.
– Ciotki Zofii. Czerwony. Piotr dał mi kluczyki i powiedział, że mogę go brać, kiedy zechcę. On ma własny.
– Widziała się pani z Relivaux? – zapytał Marek. – Sama?
– Nie sądzi pan, że wuj byłby zaskoczony, gdybym nawet go nie odwiedziła, skoro przebywam tu już od dwóch dni? Mateusz może sobie mówić, co chce, ale Piotr był wspaniały. I nie chciałabym, żeby policja go nękała. I tak boleśnie to przeżyje.
Aleksandra należała do osób upartych, to było jasne. Marek zastanawiał się, czy nie postąpił zbyt pochopnie, zapraszając ją do nich. Dlaczego nie pozwolili jej zamieszkać u Relivaux? Nie, to nie był właściwy moment. Zresztą Mateusz znowu zatarasowałby drzwi, leżąc pod nimi jak skała. Przyglądał się młodej kobiecie, która mocno trzymała malca za rękę, patrząc gdzieś w dal. Strumień rozczarowań, mało brakowało, a zapomniałby o tym. Dokąd zamierzała jechać? Mówiła, że nie zna nikogo w Paryżu. Marek pogładził kręcone włosy Cyryla. Włosy tego malca były stworzone do głaskania. To jednak nie zmieniało faktu, że jego matka, tak delikatna i ładna, stawała się wyjątkowo męcząca, kiedy się uparła.
– Chcę zjeść kolację ze świętym Markiem – powiedział Cyryl. – I ze świętym Łukaszem. Mam dość samochodu.
Marek spojrzał na Aleksandrę, dając jej do zrozumienia, że nie sprawi mu to kłopotu, bo i tak nie zamierzał dziś wychodzić, może więc zająć się małym.
– Zgoda – powiedziała Aleksandra.
Ucałowała synka, powiedziała mu, że tak naprawdę jego nowi przyjaciele nazywają się Marek i Łukasz, a potem objęła się rękami i wyszła, skinieniem głowy żegnając inspektora Legue
– Jeżeli pojedzie do Maisons-Alfort, rozczaruje się. Zaułek jest zamknięty – powiedział Legue
– Po co miałaby tam jechać? – zapytał Marek, którego nagle ogarnęło zdenerwowanie, chociaż jeszcze parę minut temu dałby głowę, że chce, by się od nich wyprowadziła. – Pojeździ sobie po mieście, i tyle.
Legue
– Każesz ją śledzić? – zapytał Vandoosler.
– Nie, nie dziś. Dziś wieczorem nie zrobi nic istotnego.