Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 41 из 56

Morelli podszedł prosto do telewizora i włączył kanał sportowy. Na ekranie zaczęły migać niebieskie koszulki Rangersów. Przeciw nim na własnym boisku grała drużyna Capsów. Patrzyłam na wznowienie gry, ale szybko uciekłam do kuchni, żeby sprawdzić automatyczną sekretarkę.

Nagrały się dwie wiadomości. Jedna od matki, która poinformowała mnie, że w banku First National poszukują kasjerów, i przypomniała, że jeśli dotykałam… szczątków pana Looseya, to powi

Wyłączyłam sekretarkę, wzięłam z szafki paczkę chipsów, a z lodówki dwa piwa. Opadłam na kanapę obok Morellego i postawiłam między nami chipsy. Wyglądaliśmy jak stare małżeństwo siedzące przed telewizorem w sobotni wieczór.

Mniej więcej w połowie pierwszej części meczu zadzwonił telefon.

– Jak leci? – zapytał głos w słuchawce. – Robicie to z Joem jak pieski? Słyszałem, że on tak lubi. No wiesz, naprawdę niezła jesteś. Obskakujesz jednocześnie i Spira i Joego.

– Mancuso?

– Dzwonię, żeby zapytać, jak ci się podobała paczuszka z niespodzianką.

– Faktycznie bomba. O co ci chodziło?

– O nic. Po prostu bawię się. Patrzyłem, jak otwieraliście ją w przedpokoju. Fajnie, że była przy tym staruszka. Lubię staruszki. Można by rzec, że to moja specjalność. Powi

– Jesteś chory, Mancuso. Powinieneś pójść do lekarza.

– To twoja babcia będzie musiała pójść do lekarza. A może ty też. Z początku byłem wkurzony, bo krzyżowałaś mi plany. Teraz spojrzałem na to z i

Oblał mnie zimny pot.

– Kto wie, może nawet opowiesz mi o Spirze i o tym, jak okrada swoich przyjaciół.

– A skąd wiesz, że to nie Moogey okradał przyjaciół?

– Moogey był na to za głupi.

Usłyszałam trzask i rozmowa się skończyła.

– To dzwonił twój kuzyn – oznajmiłam Morellemu – żeby zapytać, czy podobała mi się przesyłka z niespodzianką, a potem groził, że zabawi się ze mną i z babcią Mazurową.

Wydawało mi się, że nieźle odgrywam rolę twardziela, ale tak naprawdę trzęsłam się w środku jak galareta. Nie miałam ochoty pytać Morellego, co Ke

Zadzwoniłam do rodziców, aby upewnić się, czy babcia jest w domu. Dowiedziałam się, że owszem, właśnie ogląda telewizję. Przy okazji zapewniłam matkę, że dokładnie umyłam ręce i jakoś udało mi się wykręcić od zaproszenia na deser.

Przebrałam się w dżinsy, założyłam adidasy i flanelową koszulę. Wyjęłam z ukrycia rewolwer i upewniłam się, czy jest naładowany, po czym wrzuciłam go do torebki.

Kiedy wróciłam do pokoju, Morelli karmił Rexa z ręki.

– Wyglądasz, jakbyś się szykowała na akcję – zauważył. – Czy mi się zdawało, że podnosisz czasem pokrywkę od słoika?

– Mancuso groził mojej babci – oznajmiłam przestraszona.

Morelli wyłączył telewizor.

– Staje się coraz bardziej rozdrażniony i niecierpliwy i zaczyna popełniać błędy. Głupio zrobił idąc za tobą do centrum handlowego. Głupotą było też wślizgnięcie się do Stivy. A telefon do ciebie też nie był mądrym posunięciem. Za każdym razem, robiąc coś takiego ryzykuje, że go ktoś nakryje. Kiedy działa w skupieniu, Ke

– Jego zdaniem to Spiro rąbnął towar.

– Ci dwaj sprzedaliby własnych rodziców, gdyby tylko znaleźli się kupcy.

Trzymałam już kurtkę w ręku, kiedy zadzwonił telefon. W słuchawce odezwał się Louie Moon.

– On tu był – mówił Moon. – Ke

– Gdzie jest teraz Spiro?

– W szpitalu św. Franciszka. Sam go tam zawiozłem i wróciłem, żeby wszystkiego dopilnować. No wie pani, pozamykać drzwi i tak dalej.

Kwadrans później byliśmy w szpitalu. Przy recepcji zobaczyłam dwóch mundurowych, Vince’a Romana i jeszcze jednego faceta, którego nie znałam. Stali twardo, przygwożdżeni do ziemi ciężarem pasów z bronią.

– Co się dzieje? – zapytał Morelli.

– Spisaliśmy zeznanie młodego Stivy. Twój kuzyn go chlasnął. Spiro jest tam. – Vi

– Co z nim?

– Mogło być gorzej. Ke

Vince i jego kolega parsknęli śmiechem.

– I co, nikt nie zauważył Ke

– On jest jak wiatr.

Spiro siedział na szpitalnym łóżku na oddziale pogotowia. W sali leżało jeszcze dwóch i

Spiro ujrzawszy mnie, ocknął się z otępienia.

– Miałaś mnie chronić! – krzyknął. – Gdzie u diabła byłaś, kiedy cię potrzebowałem?

– Miałam objąć służbę od dziesiątej, cóż to, nie pamiętasz?

Spiro przeniósł wzrok na Morellego.

– To prawdziwy wariat! Twój kuzyn to pieprzony wariat. Próbował mi, skurwiel, odrąbać rękę. Powi

– Każę cię odwieźć radiowozem do domu – powiedział Morelli. – Ale wiedz, że potem jesteś zdany tylko na siebie. – Podał Spirowi swoją wizytówkę. – W razie czego zadzwoń do mnie. Gdybyś potrzebował szybkiej interwencji, to wykręć 997.

Spiro mruknął coś pod nosem i spojrzał na mnie wściekłym wzrokiem.

Uśmiechnęłam się uprzejmie i zakołysałam na piętach.

– To co, do jutra?

– Ano do jutra – odrzekł.

Kiedy wyszliśmy ze szpitala, wiatr nieco przycichł, ale nadal mżyło.

– Idzie ciepły front – orzekł Morelli. – Po tym deszczu będziemy mieli ładną pogodę.

Wsiedliśmy do samochodu i obserwowaliśmy szpital. Na podjeździe dla karetek stał radiowóz Romana. Mniej więcej po dziesięciu minutach Roman i ten drugi odprowadzili Spira do radiowozu. Jechaliśmy za nimi aż do Demby, a potem odczekaliśmy, aż sprawdzą mieszkanie Spira.

Radiowóz odjechał, a my siedzieliśmy w samochodzie jeszcze przez kilka minut. W mieszkaniu Spira wciąż jeszcze świeciło się światło. Pewnie będzie się tak świecić całą noc.

– Powi

– Daremny trud. Spiro nie ma tego, czego chce Ke

Morelli siedział bez ruchu i patrzył gdzieś w dal przez szybę zalaną deszczem.

– Muszę koniecznie zmienić samochód. Ke

O tym, że zna mojego buicka nie trzeba było nawet wspominać. Cały świat znał już mojego buicka.

– A ten brązowy samochód?

– Tamten też sobie pewnie zapamiętał. Zresztą muszę mieć wóz, w którym nie będzie mnie widać. Jakiś minivan albo ford bronco z przyciemnianymi szybami. – Włączył silnik i wrzucił bieg. – Wiesz może, o której Spiro otwiera swój przybytek?

– Zwykle o dziewiątej.

Morelli zapukał do mnie o wpół do siódmej rano, aleja byłam szybsza. Zdążyłam się umyć i ubrać w to, co zaczynało przypominać mój służbowy uniform: dżinsy, ciepła koszula, zwykłe buty. Wyczyściłam też terrarium Rexa i nastawiłam kawę.

– Oto mój plan – powiedział Morelli. – Ty śledzisz Spira, a ja śledzę ciebie.

Nie wydawało mi się to jakąś rewelacją, ale nie miałam lepszego pomysłu, więc siedziałam cicho. Napełniłam termos kawą, zapakowałam dwie kanapki i jabłko i na koniec włączyłam sekretarkę.

Kiedy podeszłam do buicka, wciąż było ciemno. Niedzielny poranek. Pustka na ulicach. Żadne z nas nie było w nastroju do rozmów. Na parkingu nie zauważyłam furgonetki Morellego.

– Czym teraz jeździsz? – zapytałam.

– Czarnym fordem explorerem. Stoi na ulicy przed domem.

Otworzyłam buicka i wrzuciłam wszystko na tylne siedzenie. Znalazł się tam również koc, choć nie zapowiadało się, żeby mi był potrzebny. Przestało padać, a powietrze stało się znacznie cieplejsze. Na moje rozeznanie około dziesięciu stopni.

Nie byłam pewna, czy w niedziele Spiro trzymał się takiego samego rozkładu jak w dni powszednie. Dom pogrzebowy otwarty był przez siedem dni w tygodniu, a ilość weekendowego odpoczynku zależała przypuszczalnie od tego, ilu akurat było do pochowania zmarłych. Spiro nie wyglądał na człowieka, który chodzi do kościoła. Przeżegnałam się. Nie mogłam sobie jakoś przypomnieć, kiedy sama byłam ostatnio na mszy.