Страница 51 из 59
Wszyscy przyglądali się Rebecce, która minęła potłuczone drzwi i wbiegła na górę po schodach.
Kiedy Roland dotarł do mieszkania, klęczała przy łóżku, gładząc delikatnie nagie ciało Evana.
– Nie pamiętam – lamentowała głosem tak żałosnym, że Rolandowi łzy stanęły w oczach. – Nie pamiętam, co robić.
Dotknął łagodnie jej ramienia, nie rozumiejąc jej, lecz proponując wszelkie wsparcie, na jakie było go stać. Starał się nie odwracać oczu od sińców i na wpół zagojonych ran. Jeśli on może znieść ból, ja będę musiał znieść świadomość jego wytrwałości.
Siedzący na drugiej poduszce Tom spojrzał na nich oboje z miną, która wydawała się Rolandowi pełna wyrzutu. Pozwoliłeś na to, mówiły kocie wąsy.
– Pani?
– Jestem tu, Evanie. – Rebecca przycisnęła twarz do jego ramienia.
Adept westchnął i zdawało się, że jej dotyk go odprężył. Kiedy dziewczyna się odsunęła, otworzył oczy. Burzliwą szarość zastąpiła posępna barwa ołowiu.
– Rolandzie – rzekł. – Poniosłem klęskę.
Roland zlizał łzę, która spłynęła mu do ust.
– Jest jeszcze jutro – powiedział, starając się powstrzymać głos od drżenia.
Evan opuścił powieki. – Może nie być niczego prócz jutra.