Страница 45 из 82
Bobby’ego dręczą myśli o kobiecie z hotelu. Ten jej spokój, ta jej obojętność. Białe szczupłe plecy i owalna twarz. Zastanawia się, ile może mieć lat, i dochodzi do wniosku, że jest niewiele starsza od niego. Jak by to było stać z nią na balkonie? Jak by to było patrzeć na dymiące kominy dzielnicy fabrycznej i czuć obecność dziesiątek tysięcy ludzi, którzy nigdy nie zajdą tak wysoko?
Nie chce być dłużej Bobbym Pięknisiem. Przestaje odwiedzać Gul i Shuchi, i kiedy tylko to możliwe, wyrywa się poza Falkland Road ku lepszym rejonom miasta, gdzie wędruje pod arkadami i uchyla kapelusza, mijając białych. Szuka dziewczyny. Wyobraża sobie, że jest córką bogatego Anglika, i modli się, żeby ciągle była w Bombaju. Zagląda przez szyby do wnętrza Evansa amp; Frasera w nadziei, że kupuje tam stroje. Je lody w Corngalia’s, marząc, by weszła i usiadła przy jednym z marmurowych stolików. Zaniedbuje obowiązki. Całkiem zapomina o posługach dla Elspeth Macfarlane. By zrekompensować wydatki, nagabuje ludzi na nabrzeżu i jako przewodnik pływa z turystami przez zatokę na Elephanta Lsland.
W drodze na wyspę siedzi w milczeniu, póki łódź nie zaczyna kluczyć między splątanymi namorzynami porastającymi brzegi. Po przycumowaniu odgania konkurentów i pomaga swojej grupie wspiąć się po krętych kamie
Zbyt pochłonięty własnymi sprawami, nie myśli o polityce i ledwo zauważa, że wokół niego narasta gorączka antybrytyjskiej agitacji. W salonie pani Macfarlane roi się od chłopców, którzy posłuchawszy wezwania, rzucili naukę w angielskich szkołach i oddali się sprawie wyzwolenia. Są schludni i poważni. Parsowie, muzułmanie i hinduiści z wyższych kast gromadzą się, by czytać na głos broszury i spierać się o ostatnie wypowiedzi Gandhiego, Patela i i
Bobby czuje niechęć młodych nacjonalistów do jego dobrze skrojonych garniturów i świeżo nabytego akcentu. Cóż za kontrast z ich indyjskimi czapeczkami Kongresu, białymi kurtami, płócie
– Martwię się o ciebie, Czandra – mówi Elspeth, gdy któregoś ranka Bobby schodzi na śniadanie. – Tracisz z oczu właściwy kierunek.
Bobby wpatruje się w nią z niedowierzaniem. Elspeth ciągnie dalej:
– Powinieneś być dumny ze swego narodu. Pomyśl o jego przyszłości. Powinieneś być dumny z tego, kim jesteś.
– A kim jestem? – rzuca Bobby i nie czekając na odpowiedź, wychodzi, trzaskając drzwiami.
Idzie na plac, gdzie toczy się mecz hokeja na trawie. Drużyna młodych muzułmanów gra przeciwko drużynie pracowników kolei. Przy linii bocznej stoi grupa brytyjskich żołnierzy. Podają sobie butelkę i zagrzewają do walki anglo-hinduskich graczy.
– Dalej, Railway! Dalej! Dowalcie tym brudasom! Dobrze!
Dopingowani zawodnicy kolei dają z siebie wszystko, dumnie prężąc pierś. Bobby patrzy na nich z niesmakiem. Ich kibice odwróciliby się od nich natychmiast, gdyby grali z drużyną o jaśniejszej skórze. Prawdziwe kundle, które merdając ogonem, zadowalają się rzuconym ochłapem.
Pewnego wieczoru modlitwy Bobby’ego zostają wysłuchane. To ona! Wchodzi do Green’s pod rękę ze sły
Przy sąsiednich stołach, mniejszych księżycach krążących wokół centralnej planety, świecą pośledniejsze gwiazdy bombajskiego światka wyścigów: bukmacherzy trenerzy, hazardziści głodni poufnych wskazówek. Bobby zauważa grubego Anglika, który przygląda się wszystkiemu ze szczególnym zainteresowaniem. Siada przy nim i pyta, co się dzieje.
– Koń Gotówki znowu wygrał.
– Który?
– Który? Pot of Gold oczywiście. Mógłbyś zwolnić to miejsce? Czekam na kogoś.
– Już się robi. Ale proszę mi powiedzieć, czy Torrance na nim jechał? Szczęściarz z niego. Jego żona jest szałowa.
Grubas parska śmiechem.
– Tamta kobieta? Taka z niej żona jak ze mnie. Tylko nie rób sobie nadziei. Od razu widać, że cię na nią nie stać. Gzy teraz zechcesz odejść?
Bobby wstaje i dopycha się do kontuaru. Zamawia bezalkoholowego drinka i gapi się na nieżonę Torrance’a. Jest jeszcze piękniejsza (o ile to w ogóle możliwe) niż wtedy. Krótkie włosy, obcięte z tyłu bardzo wysoko, opadają na twarz i odsłaniają szyję tak zmysłowo, że w swej białości wydaje się aż nieprzyzwoita. Gdy się śmieje i pije z towarzyszami zabawy, w jej oczach zapalają się figlarne iskierki.
– Bobby? Bobby! Co ty tu robisz?
Płaska jak naleśnik twarz belgijskiej klientki pani Pereiry. Tej młodej kobiety, która zawsze czeka na wieści o siostrze. Jak się nazywa? Ga – Gal – Gan… Ga
– Pa
– Bobby! Nie przypuszczałam, że cię tu zobaczę. Nie w takim drogim miejscu!
– To samo mógłbym powiedzieć o pani. Jej twarz tężeje.
– Często bywam w Green’s. Jestem Europejką.
– Zna tu pani wiele osób?
– Oczywiście – mówi pa
– A tamtych, którzy siedzą z panem Gotówką?
– To dżokej Gotówki i Elvin, jeden z zarządzających gymkhaną.
– A ta kobieta z Torrance’em?
– Czemu o nią pytasz?
– Niech pani pilnuje swojego nosa.
Urażona pa
– Przepraszam.
– Puść mnie.
– Przepraszam. Nie chciałem być niegrzeczny.
– Mam nadzieję.
Jej stanowczość słabnie. Bobby czuje, że jej ciało się rozluźnia.
– Puść mnie, proszę.
Bobby spełnia tę prośbę. Zamiast odejść, pa
– Jesteś bardzo zepsuty – mówi pa
– Już?
Kobieta cmoka z dezaprobatą.
– Taki młody, a już taki zepsuty.
Pieści jego policzek, omal nie trafiając w oko trzymanym w dłoni papierosem. Uśmiecha się drapieżnie. Już ma coś powiedzieć, gdy pojawia się jakiś mężczyzna o rumianej, ospowatej twarzy i bezceremonialnie klepie ją w ramię.
– Chodź, Dianę czy jak ci tam. Nie mam całej nocy.
Posyła Bobby’emu nienawistne spojrzenie. Pa
– Oczywiście, kochanie. Już idę.
– Dianę, jak ona ma na imię? – pyta błagalnie Bobby. – Powiedz, jak ma na imię?
Pa
– Nazywa się Lily Parry. A ja nie jestem Dianę. Mam na imię Delphine.
Bobby kiwa głową. Pa
Jest doskonała, l nie tylko Bobby zdaje się tak uważać. W ledwo uchwytny sposób bar ciąży w jej kierunku. Na niej skupiają się spojrzenia wspartych o filary, wychylających się przez poręcze czy siedzących na krzesłach gości. Mężczyźni przy jej stole nachylają się ku niej niczym okryte smokingami stoki góry. Wokół głównej sali i na tarasie każdy dogodny punkt, w którym obserwator mógłby przystanąć i zapalić papierosa, jest już zajęty. Wydaje się, że ściganie wzrokiem Lily Parry jest tu tak popularne, że niektórzy spośród chętnych, z braku wolnych punktów obserwacyjnych, zmuszeni są przemieszczać się po sali, co przy sobotnim ścisku w Green’s jest zdecydowanie gorszym wariantem.
Samej pa